Strona Główna


Poprzedni temat «» Następny temat
Pryzmat Wojny i Tohran
Autor Wiadomość
Aspect 
Moderator
Khaine's Wrath



Wiek: 21
Dołączył: 03 Sty 2011
Posty: 1422
Skąd: The Grim Horizon
Wysłany: 2012-02-04, 16:35   Pryzmat Wojny i Tohran

SAGA PRYZMAT WOJNY

Wstęp

Czterysta lat temu Światostatek Altansar był jeszcze uwięziony w Oku Terroru, potężnego połączenia świata materialnego z Osnową. Na jego pokładzie właśnie zabłysło nowe światełko, nowa dusza wstąpiła do tego świata. W sali szpitalnej najmłodsi Eldarzy przychodzili na świat. Właśnie narodził się potomek Autarchy Darkena’ Lorrien jego syn – Fae Lorrien, którego czekała świetlana przyszłość. Nikt jednak nie domyślał się, jaką rolę w dziejach galaktyki odegra ta mała i słaba jeszcze istotka.
W ciągu pięćdziesięciu lat, Fae został przyjęty do grona Obrońców, gdyż wewnątrz Oka Terroru Eldarzy już w wieku dziecięcym byli przyjmowani do wojska, z powodu ciągłych ataków demonicznych stworów chaosu. Pewnego razu Darken – Autarcha Altansaru potężny Eldar, który jak przystało na przedstawiciela szlachetnego rodu był gibki i smukły, o ruchach pełnych gracji, godnej eldarskiego szlachcica, wziął syna na wyprawę w głąb najciemniejszych korytarzy Altansaru zamieszkiwanych przez różne potworne manifestacje mrocznych energii. Jego Płaszcz lśnił od odbijanego światła lamp w korytarzu, jego biała zbroja połyskiwała podczas marszu. Miał miecz energetyczny i katapultę szurikenową, na plecach zaś transparent Altansaru emanujący mocą. Był eldarem w średnim wieku, a jego twarz znaczyło kilka, niewielkich skaz. Długie brwi nadawały mu srogi wygląd, w porównaniu z nim, młodzieńcza twarz Faego była wręcz niemowlęcą. Młodzik miał na sobie zwykłą upiorytową zbroję Obrońcy i katapultę szurikenową w rękach, ledwo co nadążał za swoim ojcem, który zapuszczał się coraz głębiej i szybciej w ciemności. Po kilku minutach poruszania się w mroku, usłyszeli złowieszczy pomruk, Darken kazał synowi przygotować broń, włączył lampę i oświetlił korytarz, w którym szykowały się już do skoku trzy przerażacze Boga Chaosu Tzeentcha, Fae został powalony pod naporem jednej z bestii, wyciągnął nóż i wbił go jej w bok, odrzucił kopniakiem i zastrzelił serią z katapulty szurikenowej, jego ojciec już uporał się z pozostałymi dwoma za pomocą miecza energetycznego. Ruszyli dalej po drodze rozprawiając się jeszcze z kilkoma demonami, aż dotarli do komnaty, której szukał Darken.
- Oto komnata przewodu, można tędy przedostać się do Pajęczego Traktu i nim przejść na inne Światostatki.
- Dlaczego nikomu o tym nie powiedziałeś?
- Odkryłem ją trzy dni temu, nie mówiłem o niej nawet Caeyrze, jeżeli ktokolwiek inny dowiedziałby się o niej mógłby zechcieć opuścić Altansar, jeżeli wszyscy by opuścili nasz okręt, niebyło by już nadziei na uwolnienie go z okowów Spaczni. Postanowiłem, że pójdziesz tam ty, odnajdziesz innych Eldarów i sprowadzisz pomoc, jesteś jeszcze młody, najmłodszy na Światostatku! Nie działa na ciebie zbyt długo niszcząca moc Chaosu, Prorocy nie rozpoznają skąd jesteś, urośnij w siłę, zbierz grupę wojowników, odnajdź naszego Ojca – Maugana’ Ra, powróć na Altansar i uwolnij go z wpływu Chaosu, wiem, że dużo od Ciebie żądam, ale miałem wizję, wiem, że to najlepsze wyjście.
- Ja! Ależ ojcze, będę zaszczycony. – Fae rozpromieniony dumą nie wiedział jeszcze jak wielkie trudy go spotkają. – Tylko jak uruchomimy tą starą bramę?
- Rozpracowywałem ten mechanizm wczoraj w nocy, odkryłem, że należy włożyć ten kamień duszy do tamtej niszy, co spowoduje uruchomienie mechanizmu ściągającego – mówiąc to wyciągnął zawiniątko przyczepione do pasa, z tulejki szmat błysnął dość duży kamień duszy. – Idź, włóż go w otwór.
Młody Lorrien uruchomił zapadkę i po chwili zabłysły wyładowania elektryczne uruchomione podczas połączenia. Już w kilka sekund zapadła cisza, niebieski portal emanował energią.
- Co teraz? – Spytał młodzieniec
- Teraz musimy się rozstać. – Powiedział szybko i - zdawać by się mogło - niedbale, jednak wprawny obserwator dokładnie widziałby lśniącą łzę, wymykającą mu się z oka i spływającą na policzek.
– Żegnaj moje dziecko.
Zerwał się i tylko echo jego kroków odbijało się w sali.
- Do widzenia Tato! – Krzyknął Fae. Odpowiedział mu rytmiczny, coraz dalszy i cichszy tupot stóp.
– To wszystko bez sensu… - powiedział na głos, stąpając ostrożnie w stronę bramy, przełknął ślinę i z wycelowanym przed siebie karabinem ruszył w głąb Pajęczego Traktu…



Rozdział 1 – Maugan’ Ra

Młody Eldar biegł korytarzem wyglądającym na wnętrze podniszczonego imperialnego bunkra. Miał na sobie szaty czarownika, zielona peleryna powiewała za nim gdy w zawrotnej prędkości pokonywał metry dzielące go od wyjścia, w jego idealnie oszlifowanym ostrzu miecza odbijały się sylwetki goniących go ludzi, około dwudziestu gwardzistów imperialnych strzelało w jego stronę z karabinów laserowych, w jego myślach pojawiały się już przebłyski przyszłości i na ułamek sekundy przed śmiercią unikał laserowej lancy. Z końca korytarza dobiegały krzyki ludzi, którzy zaszli go od przodu, wreszcie nie widząc innego wyjścia rozbił strzałem z pistoletu szybę w oknie i rzucił się na śnieg, zimy na planecie Tirisfall były straszne, trzaskające mrozy potrafiłyby zabić człowieka w kilka godzin, ale nie eldarskiego maga, za biegnącą postacią nie było widać szykującego się pościgu, mimo to czarownik nie zwalniał, nie był głupi, wiedział, że gwardziści już szykowali pojazdy transportowe by go znaleźć, w końcu zza kamiennego występu zobaczył czekającego na niego szaro-pomarańczowego falcona, szybko wskoczył do środka, we wnętrzu maszyny siedziało dwóch Eldarów – pilot i strzelec na wieżyczce. Pilot odezwał się:
- Wszystko w porządku Lorri?
- Tak Galenie, ruszaj zanim przybędą ludzie! – Fae ściągnął hełm widać było już jego podobieństwo do ojca, te same długie brwi nadawały mu powagi, a zacięty wyraz twarzy przyprawiał o dreszcze, młody czarownik był znany z luźnego podejścia do rzeczy i fenomenalnej strategii – Hiena, uważaj na hellhoundy, widziałem jednego po drodze, pewnie zostali już zaalarmowani!
- Spokojnie Lorri, wszystko da się załatwić, Galen, Sentinel na czwartej!
Pilot skręcił ostro w lewo, a Hiena szybko wycelował w maszynę i celnym strzałem spowodował wybuch paliwa.
- Lećmy stąd wreszcie, Fae, masz ten hologram ludzi?
- Tak, Logan się ucieszy.
Po trzech godzinach antygraw lądował już na Światostatku Yme-Loc. W hangarze czekała na nich Prorokini Dalia.
- Autarcha Logan czeka na was, mam nadzieję, że spełniliście swoje zadanie…
Po przejściu pod Kopułą Łez doszli do Sali Narad, była niemal pusta, jedynie samotny Logan nieruchomo spoglądał na nich.
- Usiądźcie, proszę na pewno jesteście zmęczeni.
- Opowiadajcie – Dalia była Prorokinią w kwiecie wieku, nosiła lekkie szaty prorokini, w walce używała niewielkiej włóczni śpiewu. Fae wyczuwał potęgę jej ducha, w psionice była znacznie lepiej wyszkolona niż on.
- Cóż – zaczął Galen – Po przeleceniu niewielkiego worteksu bezpiecznie wylądowaliśmy i włączyliśmy kamuflaż. Fae od razu popędził w stronę bunkra dowództwa, my poszliśmy szukać tego patrolu, po wysadzeniu kilku chimer bezpiecznie i sprawnie wróciliśmy do falcona i czekaliśmy na Lorriena.
- Kiedy tylko znalazłem się w bunkrze otworzył do mnie ogień wartownik, po uporaniu się z problemem po cichu dotarłem do sypialni komisarza Cartera, akurat spał, więc mogłem bezpiecznie wziąć z jego biurka hologram, na korytarzu dostrzegł mnie jednak serwitor i natychmiast wszczął alarm z koszar dobiegł do mnie odgłos tupania, szybko zastrzeliłem serwitora i pobiegłem do wyjścia, za moimi plecami dwudziestka żołnierzy strzelała do mnie, już byłem prawie w drzwiach, kiedy wrócił patrol z hellhounda, musiałem więc uciec przez okno, potem sprawnie wróciłem do falcona.
- Dobrze wykonana misja, spisaliście się na medal, ale gdzie hologram? – Dalia była adiutantką Logana, który stosunkowo rzadko się odzywał, chyba, że jego rozmówca był wyższy rangą.
- Oto i on – wyciągnął rękę, na której spoczywała nieduża kasetka zawierająca transmisję.
- Ta prymitywna ludzka technologia, może się nam przydać – Logan uruchomił hologram i wszyscy wysłuchali transmisji.
Wyświetlona została planeta Tirisfall i na zielono oznaczone punkty w których przebywały imperialne siły, głos komisarza opisywał wszystkie taktyki i operacje wojskowe zaplanowane na najbliższe tygodnie.
- Dziękuję – powiedział Logan – twoja sława jest słuszna, żegnam Cię, wiele zrobiłeś dla Yme-Locan, szkoda, że musisz już odjeżdżać.
- Niestety, następny Światostatek być może jest w potrzebie.
- Fae, chyba Cię to zainteresuje. Słyszałem, że na Światostatek Iybraesil przybywa wielki Maugan’ Ra, chyba pochodzi z twojego Altansaru, być może uda Ci się z nim spotkać.
- Naprawdę? – Fae rozpromienił się z radości – Dzięki Ci Hiena, muszę się z nim spotkać!
- Cieszę się, że mogłem Ci pomóc, tak naprawdę mam na imię Tallan. Do zobaczenia Lorri!
- Jeszcze się spotkamy Tallanie. – Fae szybko pomaszerował do najbliższej bramy Pajęczego Traktu. Nie lubił podróżować w Osnowie, ale teraz na to nie zważał chciał jak najszybciej dostać się do Lorda Maugana, spieszył się tak bardzo, że nawet nie zobaczył jak natknął się na ślepy zaułek, Pajęczy Trakt to sieć korytarzy, swoisty labirynt, tylko uważni Eldarzy są w stanie wyjść z niego cało, wiele istot się w nim jednak zagubiło i nie koniecznie są to miłe stworzenia. Teraz dopiero odkrył, że wyczuwa obecność żywej istoty, to było coś duże, kto wie jakie monstra mogą się czaić w tych korytarzach, Arlekini nie są w stanie oczyścić całkowicie ścieżek Traktu, wytyczyli więc kilka głównych dróg pomiędzy Światostatkami, w ślepe zaułki lepiej się nie zapuszczać, a Fae znalazł się w jednym z nich. Dość mocno przestraszony zaczął szybko opuszczać tą ścieżkę, nagle uderzył go mocny odór, wiedział co tak śmierdzi, tylko bestie zarażone rozkładem Nurgla, boga chorób mają taki zapach, smród stawał się nie do wytrzymania, więc włączył filtr w hełmie, trochę to pomogło. Nagle coś zobaczył, tak jakby fragment ciała znikający za zakrętem, ostrożnie poszedł za nim, stanął przed nim sam Wielki Nieczysty w całej swojej okazałości, nigdy nie podejrzewał, że aż tak potężny demon znajdzie kiedykolwiek wejście do Pajęczego Traktu, teraz jednak napotkał go i musi z nim walczyć sam. Z ust najeżonych spróchniałymi zębami dały się słyszeć słowa:
- Bój się robaku! Zgniotę Cię na kwaśne jabłko – resztę bełkotu zagłuszył dobiegający z dna gardzieli basowy rechot, z wydmuchiwanym przez potwora powietrzem wylatywały trujące opary i fragmenty zjedzonego mięsa. Cały demon przypominał żabę stojącą n dwóch nogach, jego skóra była pokryta bąblami i ropą, gdzie niegdzie rozkład dotarł do mięsa, ale widocznie nie przeszkadzało to właścicielowi skóry, na głowie miał poroże przypominające rogi jelenia, w ręce trzymał długi, zakrzywiony miecz, który był czerwony i popękany od rdzy, z jego ostrza aż ulatywała mgła trucizny, Fae wiedział, że lepiej by było, żeby nie zbliżył się nawet do niego, już się odwracał i brał nogi za pas, lecz wtedy śmierdzącym stworem zaczęły targać drgawki, nachylił się i otworzył paszczę, z głębi jego żołądka wyleciały resztki w pół strawionego ścierwa, oblane żółcią stworzyły tak trującą atmosferę, że powietrze można było kroić nożem, Eldarski czarownik poślizgnął się na żółto-zielonej mazi i przewrócił lądując w wymiocinach, kwas zaczął już przeżerać się przez nieskazitelną szatę, Fae szybko za pomocą siły psionicznej strzepnął żrącą substancję ze swojego ubioru i rzucił się do dalszej ucieczki, za nim było słychać tupot wielkich nóg potwora, który chyba nigdy jeszcze nie gonił Eldara:
- Stój, nie nadążam, nie uciekaj przed nieuniknionym!
Nagle tuż przed czarownikiem z podłogi wystrzeliły drzwi i przejście się zamknęło. Demon już prawie dogonił Lorriena, który postanowił się nie poddawać, zebrał całą siłę jaką posiadał i poraził potwora wielką dawką elektryczności, ten na chwilę się zachwiał, nabrał powietrza i ryknął przeraźliwie na Eldara ogłuszając go i pokrywając śliną oraz odpadkami z jego szczęk. Fae chwycił miecz, atakując demona po rękach mocno go poranił, bestia jednak znalazła sposób i podniosła czarownika w jednej ręce. Demon, patrząc mu prosto w oczy, powiedział:
- Sprawiłeś mi wyjątkowe trudności, nie będę ryzykował, zjem Cię natychmiast! – Przez kilkanaście sekund korytarz rozbrzmiewał donośnym rechotem Nieczystego, który już otwierał pysk, nagle ścieżka pojaśniała zewsząd dały się słyszeć odgłosy wystrzałów, demon został zasypany gradem szurikenów, co odwróciło jego uwagę i Fae wydostał się z duszącego uścisku, zobaczył kim byli jego sprzymierzeńcy, trupa wędrownych Arlekinów atakowała demona, jeden z nich podbiegł do ogłuszonego czarownika, w przebłyskach przytomności widział, jak Arlekini zabierają go z pola walki i uciekają przed demonem, po kilku godzinach, które dla Faego wydały się minutami całkowicie odzyskał świadomość.
- O, żyjesz! Bałem się, że skręciłeś szyję.
- Gdzie… gdzie jestem?
- W arlekińskiej karawanie, szczęście dziś przy tobie stanie, nie chodzi się w ciemne kątki, mogą być tam mroczne wątki.
- Muszę się dostać na Iyabresil, do Maugana’ Ra, zanim odleci!
- Jedziemy w tamte strony, jedź z nami, jesteś zmęczony! – Troje Arlekinów na zmianę mówiło do niego wierszem, cały czas się uśmiechali, Fae cieszył się, że wreszcie bezpiecznie dotrze do Lorda Feniksa z Altansaru. Wave Serpent Arlekinów dość szybko zmierzał w kierunku Światostatku, Arlekini wierszami opowiadali mu o swoich przygodach, więc podróż mijała mu przyjemnie. Przywódca Arlekinów był Błaznem Śmierci , to on swoją wyrzutnią szurikenową – Wrzaskaczem odwrócił uwagę demona, miał na imię Vektron, druga była Gaya, uzbrojona w Pocałunek Arlekina, trzecim Arlekinem był Symret z dwoma Lustrzanymi Mieczami. Arlekini nigdy nie pokazują swojej prawdziwej twarzy, nie wiadomo także ile mieli lat, Vektron miał na sobie czarny płaszcz, jak przystało na Błazna Śmierci, pozostali dwoje mieli krasiaste kolorowe stroje. Już wkrótce wylecieli z Pajęczego Traktu do wnętrza Iyabresilu. Eldarzy tłumnie przechadzali się po względnie spokojnym Światostatku, od razu rzucił się w oczy dziwny statek Maugana jego kadłub i wszystkie części były podobne do ludzkich kości, czarne powierzchnie były poorane białymi przypominającymi żebra pasami, Lord ujawnił się pierwszy raz odkąd walczył razem z Eldradem Ulthranem przeciwko Nekronom na planecie Lorn 4. Arlekini powiedzieli mu, że również szukają Maugana, chcą zabrać się z nim na poszukiwania Altansaru, Lord bowiem organizował wyprawę w głąb Oka Terroru by odnaleźć Altansar.
- Idź już teraz, Maugan będzie rad nie raz.
- Chcemy lecieć z wami, podzielicie się darami?
- Pomożemy w walce tam, ja swą siłę daję wam.
- Dobrze, poproszę Maugana by was wziął ze sobą, jestem pewny, że was wynagrodzi. – po wysłuchaniu wiersza dziękczynnego Fae ruszył w stronę Krążownika Dra’Iyad, załogę krążownika stanowili Łowcy z Alaitoc, znani ze swojej wędrownej natury.
Krótki przedsionek od razu prowadził do surowego gabinetu Maugana, który siedział idealnie wyprostowany na swoim stołku, skinął ręką na krzesełko obok:
- Witam Cię, oczekiwałem, że przyjdziesz.
- Skąd wiedziałeś Mauganie?
- Wiem wiele rzeczy, wiele z nich chciałbym jednak nie wiedzieć, młody Lorrienie, powiedz mi jak wydostałeś się z Altansaru?
- Mój Ojciec…
- Ach tak – przerwał mu Maugan – pamiętam Darkena. Mów dalej.
- Więc mój Ojciec znalazł opuszczoną bramę Pajęczego Traktu… - Faego zaskoczyła postawa Maugana, nie wyrażał on żadnych emocji, wyglądało jakby go to w ogóle nie obchodziło – jednej nocy miał wizję, że ja opuszczę Altansar i Cię odnajdę, więc wziął mnie ze sobą, miałem wtedy pięćdziesiąt lat jakimś cudem nie natknąłem się na niebezpieczeństwo w Osnowie i dotarłem na Yme-Loc i zacząłem życie wędrownego poszukiwacza przygód, na Biel-Tanie Arcyprorokini Macha za wybitną służbę uczyniła mnie Czarownikiem, wtedy jeszcze przez sto lat podróżowałem między Światostatkami razem z Arlekinami, niosąc pomoc ich mieszkańcom, w końcu jednak trafiłem tutaj.
- Ciekawe – Lord mówił tym samym kamiennym tonem, lecz dało się poznać, że jest mocno poruszony, bo w oku zaperliła mu się łza. – Przybyłeś tutaj sam?
- Nie, jest ze mną trójka Arlekinów, którzy również chcą dołączyć do ekipy ratunkowej.
- Tak przypuszczałem, sam nie mógłbyś prowadzić Wave Serpenta.
- Czy mogą lecieć z nami?
- Mam już kompletną załogę…
- Ależ…
- Nie przerywaj mi! Mam już kompletną załogę, ale mogę wcisnąć jeszcze troje ludzi.
- Cieszę się, uratowali mi życie.
Fae pobiegł przekazać trupie dobre wieści:
- Wjedźcie swoim serpentem na krążownik, lecicie z nami!
- Dziękujemy Ci nasz przyjacielu, pokonamy twych wrogów wielu.
- Nie pożałujesz wyboru swego, wprowadź czołg kolego!
- Idę, już idę Gayo, cierpliwości Arlekini nie mają…
Z uśmiechem rozbawienia Lorrien wrócił na statek, czekał już na niego pewien Łowca:
- Witam Cię czarowniku, jestem Nal’ Foc, pochodzę z floty Lorda Yriela, Maugan’ Ra wybrał mnie, bym oprowadził Cię po statku – Lyandeńczyk okazał się być miłym człowiekiem, gawędzili spacerując po dość rozległym okręcie, Nal’ Foc miał standardowy płaszcz kameleoni w kolorach Lyandenu, czyli żółto – granatowy. Jego twarz była miła, przyjemna, wrogości nadawała jej jednak blizna po draśnięciu pociskiem ciągnąca się od oka, dalej znikająca pod kapturem. Łowca był niższy od Lorriena, jego pole holograficzne sprawiało, że nawet z bliska Fae widział wyraźnie tylko jego twarz, reszta sylwetki była rozmazana, niewidoczna.
- Nal’ Focu, dlaczego Maugan jest taki ponury, wygląda jakby wszystko mu było obojętne.
- Po zniknięciu Altansaru, Ra żałuje, że go tam nie było, jest smutny i to weszło mu już w krew, w rzeczywistości bardzo cieszy się, że przybyłeś, ale tego nie ukazuje. Chciałbym jeszcze z tobą pogadać, ale obowiązki wzywają. Muszę już iść, jeszcze się spotkamy.
- Do zobaczenia. – Fae do późna samotnie zwiedzał krążownik, odwiedził znajomą trupę, której przydzielono kwaterę w opuszczonym magazynie, w sumie Lord zgromadził trzystu pięćdziesięciu poszukiwaczy przygód, najwyśmienitszych w galaktyce. Ta mała grupa miała stawić czoła niezliczonym hordom demonów chaosu i innym stworom wewnątrz Oka.
Nazajutrz do sypialni Faego wkroczył Nal’ Foc i oznajmił, że Maugan dał rozkaz do ostatnich przygotowań, gdyż dzisiaj wieczorem ekspedycja wylatuje. Łowca zasugerował koledze, by poszedł na Iyabresil kupić ekwipunek i zwiedzić Światostatek.
Przed wyjściem do jego pokoju zawitali też trzej Arlekini:
- Też idziemy na okręcik, chęć zarobku nas już nęci.
- Nal’ Foc mówił, że też idziesz, chodźmy razem, czy nas przyjmiesz?
- Oczywiście, chodźmy, będzie raźniej! – Fae wesoły z towarzystwa poszedł na pokład kolosa.
Na głównym placu tłumnie gromadzili się Eldarzy załatwiając domowe sprawy i przechadzając się ogrodami, w dokach stało kilka Feniksów i parę Krążowników typu Naiad. Na Iyabresilu również znajdowała się długa aleja przodków, z ustawionymi upiornymi strażnikami i władcami upiorów, z tym, że na Altansarze było i o wiele więcej. Komnata sercowa ze świątynią Khaine’a była dość mała, Iyabresil nie był zbyt zamożny, ani wielki. Za to na jego pokładzie urodziło się wielu znakomitych strzelców, z tego właśnie Światostatku pochodzi największa liczba Ponurych Mścicieli, mimo, że ich założyciel wcale nie jest Iyabresilaninem. Fae i Arlekini zwiedzali statek kilka godzin, po drodze często zatrzymywali się, bo Vektron chciał znaleźć kupca na znakomitą przekładnię psioniczną do tarczy pokładowej Vipera, która była dość dużo warta, po znalezieniu odpowiedniego kupca już wracali się na krążownik Maugana, gdy usłyszeli przypadkiem rozmowę dwóch wojskowych, mówili o nadciągającym zagrożeniu ze strony Orków, którzy pragną zrabować Iyabresil. Zaciekawiło ich to, więc sobie zapamiętali nowinkę.
- O nareszcie jesteście, chodź Fae, zaraz startujemy.
Po odpaleniu silników Dra’ Iyad powoli wyleciał z zatłoczonych doków, Nal’ Foc rozmawiał z Faem o historii życia Maugana, który pilotował samodzielnie wielki okręt, po wkroczeniu w prędkość nadświetlną cała załoga wyszła poza mostek, autopilot miał ich doprowadzić w pobliże Cadii, więc przez dwa dni lotu mogą ćwiczyć swe zdolności. Kilka godzin później Nal’ Foc i Fae ćwiczyli szermierkę, pola siłowe na mieczach treningowych sprawiały, że ostrze zatrzymywało się tuż przed uderzeniem w cel i można było bezpiecznie się atakować, poza tym nie zmieniała się waga miecza i był on tak samo idealny jak wszystkie inne miecze Eldarskie. Przeciwnicy mierzyli się wzrokiem, Fae stał wyprostowany z opuszczonym mieczem, Nal’ Foc przykucnął, jakby gotował się do skoku, kilkoro Eldarów przypatrywało się pojedynkowi, byli tam też Arlekini Vektrona. Nagle wszystkich zaskoczył Fae, który z pozycji wskazującej na całkowity brak ofensywnych planów skoczył w górę i kręcąc się w powietrzu jak arlekin wylądował za łowcą, który odskakując wprzód obrócił się o włos unikając miecza czarownika, który do niebotycznych akrobacji nie potrzebował pasu antygrawitacyjnego Arlekina, pomagał sobie psioniką. Nal’ Foc zebrał się w sobie i z krzykiem zasypał Faego gradem ciosów, które ten, z pewnymi trudnościami sparował. Wtedy młody łowca zaczynał się już męczyć i powoli ustępował pola czarownikowi, który przejął inicjatywę i przeszedł do ofensywy, Nal’ Foc mocno zmęczony cofał się i ledwo co unikał pchnięć i ciosów bardzo szybkiego stylu walki Faego. W końcu opadł z sił i psioniką wybił mu z łatwością miecz z ręki.
- Dobrze walczysz, spuściłeś mi niezłe lanie – Nal’ Foc z uśmiechem przyjął porażkę – rewanż kiedy indziej?
- Dobrze, możesz spróbować. – Fae podał mu rękę i podniósł z ziemi.
Cała publika zasypała go komplementami i pochwałami.
Kilka dni później wlecieli do systemu Cadijskiego.
- Słuchajcie mnie! – Maugan zajął swoją pozycję na mostku, wszyscy Eldarzy ze statku zgromadzili się na posiedzeniu. – Nasz krążownik ma ograniczone możliwości przenikania osnowy, dzięki czemu będziemy mogli wlecieć do Oka bez konieczności korzystania z Cadijskich pylonów. Niestety to działa tylko w jedną stronę, bo Altansar nie posiada tak zaawansowanych urządzeń. Będziemy musieli przebić się przez bandy chaosu i bramę imperialną na Cadii. Czy jesteście ze mną, to ostatnie szansa wycofajcie się teraz, lub chodźcie za mną w mroki najczarniejszych otchłani naszego wszechświata!
Odpowiedziały mu chóralne potakiwania i głośne wiwaty. Wtedy Ra włączył silniki i wlecieli do Oka. Nagle całym okrętem zaczęły targać turbulencje. Maugan wspomagał strukturę Krążownika swoją mocą, energetyczne łuki spływały z jego rąk i leciały wzdłuż sterowników, w końcu wszystko ucichło przebili się przez blokadę narzucaną przez pylony nekronów. Nie było tutaj widać gwiazd wszędzie wokół w chaosie unosiły się szczątki i kosmiczne śmieci, gdzieniegdzie przez odłamki przebijały się okręty chaosu. Powoli torowały sobie drogę, czasem można było dostrzec dziwne ruchome kształty, przypominające zniekształcone sylwetki ludzkie, później jednak znikały, Fae zobaczył demona, który skakał z asteroidy na asteroidę, cała powierzchnia, którą dało się objąć wzrokiem była patrolowana przez siły chaosu.
- Jesteśmy, nadszedł czas! Wysłać grupy poszukiwawcze!

Rozdział 2 – Dziedzictwo Przodków

Fae zorganizował grupę poszukiwawczą w Wave Serpencie Arlekinów, wzięli ze sobą również Nal’ Foca. Ze statku cały czas wylatywały dziesiątki eldarskich pojazdów. We wszystkie strony odlatywali poszukiwacze szukając zaginionego Altansaru. Polecieli w stronę jednej z planet demonicznych – Belialu IV, Wave Serpent Faego i dwa Falcony utworzyli eskadrę i polecieli w formacji bojowej, na wypadek ewentualnego ataku. Według danych zdobytych od czarnoksiężnika chaosu, którego pokonał Maugan’ Ra Altansar leci od Medrengardu do Belialu IV. Więc Fae skierował swoją formację właśnie tam. Krążownik Dra’ Iyad podleciał do Oka od strony sektora Chinchare, więc ekipy poszukiwawcze musiały przelecieć niemal całe Oko, co było bardzo niebezpieczne dla osamotnionych eldarskich antygrawów. Mijali wielkie pola asteroid i przeróżne anomalie, zagubione opętane przez złe istoty dusze w szaleństwie latały wszędzie wokół majacząc, te głosy doprowadzały wszystkich do szału. Różne potworności oszalałe skakały w kółko z jednego kamienia na drugi, Fae zobaczył też człowieka zniekształconego przez działanie promieniowania, który biegał tam i powrotem po dwumetrowej asteroidzie.
- To miejsce to szaleństwo, nawet w najgorszych snach nie wyobrażałem sobie czegoś gorszego.
- Masz rację wielką, nawet my nie mamy chęci do śmiechu, Oko jest małą zachętą. Łatwo dopuścić się grzechu. – nawet radośni wiecznie Arlekini byli jakby przygnębieni w tej stolicy smutku i bólu, lecieli tak już od kilku dni, pozostałe dwa antygrawy były mocno uszkodzone, bo doszło do potyczki ze stadem demonicznych istot, Wave Serpent Arlekinów był jednak chroniony przez tarczę energetyczną, więc nic mu się nie stało. Na pokładzie zaczynało już brakować pożywienia. Czterej Eldarzy zastanawiali się czy nie lepiej byłoby już wracać, jednak Fae uparcie leciał naprzód, jeden z Falconów został zniszczony, bo pilot nieuważnie wpadł na asteroidę. Fae już stracił praktycznie nadzieję, wydał rozkaz do powrotu. W tym samym czasie zza jakiejś planetoidy wyleciała barka flagowa jakiegoś czempiona chaosu.
- Musimy się chować, Gayo włącz kamuflaż, Symret poinformuj drugą załogę! – Fae szybko wydawał rozkazy – Idę na wieżyczkę, Vektron leć na czwartą, schowamy się za planetoidą!
- Tak będzie już pędzimy, prędzej!
Zbliżały się demoniczne myśliwce Chaosu.
- Wykryli nas! Postaram się ich zlikwidować. – Mówiąc to Fae laserem rozproszonym zestrzelił jeden statek, a drugiego zniszczył ocalały Falcon, pozostałe dwa myśliwce zawróciły w celu odzyskania łączności, Fae zebrał siły psioniczne, wzmocnił Lancę i strzelił, przebijając pancerz jednego myśliwca, lecz wiązka laserowa wzmocniona psioniczną mocą poleciała dalej i eksplodowała na drugim myśliwcu, Wave Serpent był już bezpieczny – Lecimy w to pole asteroid, tam nas nie znajdą.
W miarę zbliżania się do pasa odłamków z pomiędzy głazów ujawniał się duży cienisty kształt…
- O nie! Zniszczą statek, nie wrócimy do swych matek!
- Spokojnie Gayo, to nie oni, to… to Altansar!!!
Okrzyki radości ogarnęły dwa okręty Eldarów, po kilku minutach byli już w wielkich dokach, po wyjściu nie czekało ich miłe powitanie – kilkudziesięciu uzbrojonych Eldarów celowało w nich, cała stocznia była w zielono – białych brawach Altansaru. Fae podniósł ręce w geście poddania, Arlekini w jednej chwili ze śmiechu przeszli na zaskoczenie, a później strach, Symretowi trzęsły się kolana
- A co, jeśli zostali opętani? – pomyślał Lorrien
- P… poddajemy się! Przodkowie ratujcie mnie!
- Spokojnie Symrecie, przychodzimy w pokoju, przybyłem tutaj z naszym ojcem – Mauganem’ Ra – widać było, że na Altansarczykach zrobiło to wrażenie, nie opuścili jednak broni – Jestem Fae Lorrien! – szmer szeptów przeszedł po Sali – Czy mój ojciec nadal dowodzi dziedzictwem naszych przodków?
Nagle w szeregach zrobiła się luka, wszyscy żołnierze unieśli broń w geście hołdu, w luce między szeregowcami pojawiła się znajoma postać… Starszy Eldar wyglądał na cień swojej dawnej chwały, choć w jego sylwetce dało się wyczuć siłę, która była znana w całej galaktyce, jego lewe oko było ślepe, z powodu długiego zadrapania ciągnącego się od czoła, po podbródek, nagle na jego twarzy zaczął żarzyć się uśmiech szczęścia, kilka łez uciekło z jego prawego, zdrowego oka…
- Ojcze! – Fae rzucił się mu na powitanie
- Fae… mój mały Fae, wiedziałem, że Ci się uda! – Darkenowi na twarzy malował się serdeczny uśmiech – Szybko, co tak stoicie? Zaopiekujcie się jego kompanami, przynieście dużo jedzenia, czeka nas uczta!
Kilku żołnierzy natychmiast rzuciło się wykonać polecenia. Ojciec zaprowadził go do ich starego mieszkania, było schludne i czyste.
- A gdzie jest moja matka, ojcze? – Fae wyczuł smutek w swoim ojcu.
- Twoja matka… nie żyje – nagła rozpacz ogarnęła młodego Eldara. – Próbowałem ją ratować, ale Nethersill była już stracona, wpadła w sidła podłego czarnoksiężnika – Mykerinosa, który nasłał na nią demony, nic nie mogliśmy zrobić, zginęła w samotności…
- Ona… nie żyje, cóż, muszę wziąć się w garść, szybko zbierzmy wszystkie osobistości, zwołaj naradę, mam wam ciekawe rzeczy do opowiedzenia, musimy się spieszyć.
- Oczywiście synu, natychmiast…
Kilka chwil później sala narad była wypełniona po brzegi wszyscy z uwagą słuchali Faego, który opowiadał całą historię podróży od chwili wkroczenia do Pajęczego Traktu. Kilkukrotnie niektórym słuchaczom łza zaperliła się w oku, lub wyrwał się okrzyk zdumienia. Po skończonej opowieści podszedł do niego Darken.
- Synu, nawet nie wiesz jak bardzo Ci współczuję, przeszedłeś niesamowitą drogę, nawet najwięksi herosi by temu nie podołali, chyba wszyscy się zgodzą, że trzeba wreszcie wyruszyć z ukrycia, musimy wylecieć z cienia Opiekuna i ruszyć na poszukiwania Krążownika Dra’Iyad Maugan’ Ra poprowadzi nas do zwycięstwa!
Po Sali przeszedł szmer aprobaty, Fae kilkadziesiąt razy musiał opowiadać tę historię, o ile z początku Arlekini pomagali mu wszystko spamiętać, później recytował ją szybciej niż wiersz. Spotkał się z Arcyprorokinią Caeyrą, potężną psioniczną, panią Altansaru sławną ze swojej myśli taktycznej i potężnego potencjału telekinetycznego, która dała mu Altansarskie szaty czarownika.
Po kilku dniach Altansar odpalił silniki, wysłano już eskadrę, która miała poinformować Dra’Iyad o sukcesie, poprowadziła ją załoga ocalałego Falcona. Kilka tygodni wystarczyło, żeby Altansar przemierzył większość drogi, w tym czasie załoga musiała się zmagać z atakującymi okręt siłami chaosu i innymi, gorszymi istotami, tuż przed dotarciem do celu Darken zauważył coś niedaleko jednej z większych planetoid:
- Przeskanować tamtą, anomalię, wygląda jak… Ooo nieeee…
- To żyje! – przestraszony łącznik spoglądał na Autarchę
- To flota – rój Tyranidów! Powiadomić Arcyprorokinię i natychmiast odbić w prawo o 90 stopni!
Nagły zwrot zachwiał równowagę wszystkich Eldarów w środku. Fae obudzony spadł z łóżka, zdziwiony szybko się ubrał i pobiegł na mostek.
- Co się stało, czemu zawracamy?
- Goni nas Flota Tyranidów! Kilka zarodników już wylądowało, stąd te wstrząsy!
- Darkenie, natychmiast zmobilizuj obronę, nie pozwól im się dostać na Altansar!
- Ja pójdę z jedną z ekip myśliwców.
- Tak to dobry plan, weź ze sobą eskadrę Feniksów!
Fae popędził do doków, zwołał trzynastu pilotów i w Feniksie poprowadził szwadron myśliwców, dołączyli do nich także Arlekini w swoim Serpencie, który ze swoimi zmodyfikowanymi silnikami dorównywał w prędkości myśliwcom gwiezdnym. Leciała w ich stronę grupa żywych statków bojowych strzelających kwasem przeżerającym nawet Upioryt. Fae rozkazał wykonać beczkę, kilka pocisków jednak sięgnęło celu i uszkodziło jeden z myśliwców, Fae kazał mu wycofać się, po wleceniu przeciwnikowi na ogon otworzył ogień lace trafiły w gruczoły kwasowe, które wybuchły rozsadzając istotę i oblewając kwasem pozostałe bio – statki, reszta myśliwców nie porządziła większych strat wrogowi, Wave Serpent zniszczył ocalałe po wybuchu zarodniki.
- Zniszczymy jeszcze te dwie fregaty i wycofujemy się – Fae widział wielką chmarę mniejszych i większych okrętów. – Celować w podstawy i kończyn, tam są gruczoły z kwasem.
- Jestem pod ostrzałem! – odezwał się jeden z pilotów, rzeczywiście kilka mniejszych Tyranidzkich bestii strzelało w feniksy kolczastymi dusicielami, doszło do walki na krótki dystans, Arlekini odlecieli w bok i wykonali niesamowity zwrot zestrzeliwując kilkanaście bio – myśliwców, tymczasem kwasowa fregata rozpoczęła ostrzał. Tarcze eldarskich proroków ledwie wytrzymywały napór substancji, jeden z myśliwców w płomieniach skręcił w bok i wybuchł na powierzchni wielkiego statku – matki, który nie poniósł większych uszkodzeń, Fae zrzucił bombę fotonową we wrażliwe miejsce fregaty powodując kolejną eksplozję. Kilka chwil później Arlekini strzelali do gruczołu ostatniego celu, Faemu skończyły się bomby fotonowe, więc również przelatywał nad statkiem ostrzeliwując go, nie mógł jednak trafić we wrażliwy punkt, dopiero Gaya z wieżyczki Serpenta trafiła zaczep kończyny i ostatnia Fregata została zniszczona.
- Odwrót wracamy na statek, jest już oblegany przez Tyranidów, jesteśmy potrzebni na powierzchni!
Podczas powrotnego lotu eskadra zestrzeliła jeszcze kilka potworów po chwili zrzucając bomby fotonowe i strzelając lancami i katapultami szurikenowymi zabijali setki Tyranidów latając nad ich armią, Ci nie pozostali bez odpowiedzi strzelali do nich z dział jadowych, szwadron stracił dwa feniksy, po czym Fae rozkazał lądować, podczas powrotu do doków jego myśliwiec został trafiony…
- Wracajcie beze mnie! Cholera… dojdę pieszo, już!
- Wrócimy po Ciebie, nie jesteś potrzebny w niebie!
Statek płonąc runął na podłogę, w wielkim parku, zewsząd słychać było ryki bestii, Fae wyszedł z wraku i natychmiast musiał bronić się przed kilkudziesięcioma gauntami, które zwabiła eksplozja, po uporaniu się z nimi pobiegł w kierunku sił Eldarskich, już był prawie na miejscu, kiedy spotkał ekipę poszukiwawczą wysłaną przez Arlekinów i pozostałe załogi…
- Fae! Fae! – Usłyszał w ciemności przerywanej błyskami wybuchów – Tutaj! – krzyknął włączając jednocześnie komunikator w poszukiwaniu ich częstotliwości, po chwili natrafił na drużynę złożoną z Arlekinów i kilkudziesięciu doborowych Altansarczyków, ci zaczęli budować bramę osnowy, by można szybko wycofać się do głównych sił.
- Tyranidzi nadchodzą! Do broni! Utrzymać pozycje!!! – rozlegały się okrzyki zagłuszane przez głośne lance świetlne Eldarów, cichy zgrzyt towarzyszący wystrzałom z wyrzutni szurikenowych stanowił tło dla symfonii dźwięków pozostałych broni, ta śmiercionośna orkiestra zbierała krwawe żniwo wśród okrutnych bestii…
Z łatwością w zamieszaniu dotarli do reszty sił. Caeyra zwołała naradę…
- Nie dość mieliśmy problemów, jeszcze to! – Darken wprost nie mógł usiedzieć na miejscu – Nie możemy jednak zostawać tutaj dłużej, proponuję, aby wypalić zarażone korytarze i kontynuować lot...
- To nie jest dobre rozwiązanie, ogień mógłby zniszczyć nasze święte artefakty, dusze naszych przodków uleciałyby, kiedy kamienie popękały by z gorąca… Lepszym rozwiązaniem jest skupienie się na locie do wyjścia, a przed Tyranidami będziemy się bronić do opuszczenia oka, wtedy się pomyśli…
- Proponuję rozwiązanie pośrednie! – do dyskusji włączył się Fae – Podczas powrotu widziałem wielkie grodzie ciśnieniowe, gdybym miał dość ludzi, mógłbym przebić się do nich i odciąć resztę Tyranidów, po ucieczce moglibyśmy się z nimi rozprawić…
- Nierozważnie jest pozwalać wrogowi zbudować sobie dom w naszym domu, ale rzeczywiście, na chwilę obecną to najlepsze wyjście, módlmy się do Vaula, aby Tyranidzi nie urośli zbytnio w siłę…
- I ja się z tym zgadzam Darkenie, to jest Iliada, moja łączniczka i ulubiony doradca, będzie towarzyszyć twojej grupie uderzeniowej, niech Khaine będzie z tobą! – ucałowała Faego w czoło i zakończyła posiedzenie słowami – Niech wylecą następne eskadry poszukiwawcze, musimy odnaleźć Lorda Maugana!
Po wyjściu z sali Arcyprorokini szepnęła Faemu do ucha:
- Dziedzictwo naszych przodków może jeszcze ocaleć… - porozumiewawczo mrugnęła okiem i zniknęła w zatłoczonym korytarzu udzielając błogosławieństwa przechodniom…

Rozdział 3 – Strata

Wojska wyruszyły, Iliada przyciągała Faego jak magnez. Cały czas z nią rozmawiał i kręcił się koło niej, czasami ledwo pamiętał o poważnym zadaniu, które miał wykonać. Iliada miała ze sobą trzy najlepsze Egzarchinie Banshee. Oprócz tego w grupie uderzeniowej Faego było dwunastu ponurych mścicieli, trzech upiornych strażników i trzydziestu obrońców z platformą antygrawitacyjną. Kilkukrotnie ścierali się z niedużymi grupkami Tyranidów, mimo to marsz szedł im sprawnie po kilku godzinach dotarli do wielkiej grodzi.
- Macie wszyscy przy sobie chipy z danymi, tak jak prosiłem?
- Tak jest.
- Kiedy dotrzemy do grodzi będziemy walczyć do ostatniego, ktoś musi wczepić chip. Kiedy minie czas hakowania wszystkie trzy grodzi się zatrzasną!
- Nie możemy po prostu wpisać hasła?
- Nie Iliado, wystarczyłoby, że jakiś Tyranid przypadkowo zniszczy klawiaturę, a zwarcie otworzy grodzie. Teraz po zniszczeniu generatora osłon takie zwarcie jest możliwe.
Z zarośli dobiegł szmer, w momencie wszyscy wycelowali tam karabiny, a Fae przygotował wyładowanie psioniczne. Po kilku minutach wyłoniła się mała głowa dziecka, eldarskiego dziecka. Dziewczynka podeszła do Faego, wzięła go za rękę i nic nie mówiąc poprowadziła w las parkowy. Fae gestem kazał pozostałym zostać na miejscach, pozwolił się pociągnąć w głąb chaszczy.
- Tam… tam są, oni… nie żyją – dziewczynka załkała i pokazała palcem na zgliszcza domu gajowego Eldara.
- Jak masz na imię?
- Lynn panie. – odpowiedziała swoim cienkim głosikiem
- Więc, Lynn wracaj do reszty.
Dziewczynka szybko pobiegła do oddziału. W komunikatorze odezwał się głos Iliady:
- Jesteś pewien, na pewno chcesz tam iść sam?
- Tak, szykujcie broń, zaraz wyruszamy pod gródź.
- A co z nią?
- Nie zostawimy jej, a w walce będzie zbyt niebezpiecznie dla dziecka, wyślij kogoś, by sprowadził Pająka Spaczni, niech ją wyteleportuje.
- Dobra, uważaj na siebie.
Fae powoli wszedł do przedsionka, uderzył go odór spalonego ciała. Usłyszał nagle dziwne odgłosy, wychylił się powoli za drzwi, w środku stał Genokrad. Fae natychmiast schował głowę, gdy ten odwrócił łeb, w pysku trzymał osmolone szczątki. Chodził na dwóch nogach, miał za to cztery ręce zakończone potężnymi szponami. Słychać było jak stąpał do wyjścia. Czarownikowi wydawało się, że już powinien go zobaczyć, ale mimo, że słyszał odgłosu z tego pokoju nie widział Tyranida, dopiero teraz zdał sobie sprawę, że kurz unosi się z podłogi, na której zostają ślady. Fae nie zdawał sobie sprawy, że infiltracja może wyewoluować w naturze. Genokrad był zupełnie niewidzialny. Fae już przygotował ostrze, już szykował atak, gdy nagle w komunikatorze odezwał się głos Iliady, czarownik natychmiast wyłączył komunikator, ale dwa świecące, złote punkty będące oczami Tyranida zwróciły się na niego, najpierw ujrzał muskularne nogi potwora, później opancerzony tors i dwie pary kończyn, na końcu ryczącą, najeżoną zębami paszczę. Fae nie zastanawiał się długo, rzucił się na Tyranida przebijając go na wylot, nagle poczuł ból w prawym barku, uderzony przez następnego Genokrada, który zdążył tu wejść przez okno. Poraził go psioniczne, tymczasem w drzwiach stali już następni czterej przeciwnicy. Fae zebrał siły i wybił dziurę w ścianie, w szaleńczym biegu dotarł do reszty Eldarów.
- Co z Lynn?
- Już została ewakuowana, możemy ruszać.
- Racja, naprzód.
Słychać było pomruki Genokradów wśród drzew. Fae powoli tracił cierpliwość, lecz wiedział, że w lesie mógłby potracić ludzi. W końcu dotarli na główną aleję, na której Tyranidzi urządzili sobie drogę szybkiego ruchu, masy obcych przelewały się na Eldarską stronę.
- Tylu Tyranidów jeszcze nie widziałem…
- Konsola jest tam, musimy dobić się do niej i obronić ją dopóki gródź się nie zamknie.
Drużyna prowadząc ostrzał ruszyła wzdłuż krawędzi do panelu kontrolnego. Jeżeli jakiś Tyranid ich zaatakował, ginął. Niezorganizowane, pojedyncze osobniki próbowały coś zrobić, lecz Eldarzy dość szybko dotarli do konsoli. Fae wcisnął chip do otworu wejściowego. Na konsoli pojawił się przewidywany czas hakowania. Eldarzy ufortyfikowali posterunek i pokonywali grupki Tyranidów. Po paru minutach wszystko ucichło, nie było już też słychać Genokradów jak dotąd przyglądających się Eldarom.
- Organizują atak. Mam nadzieję, że chip zda egzamin, ciężko będzie pokonać Tyranidów którzy już przeszli, co dopiero, kiedy z gniazda nadejdą ich tysiące.
Podłoga zaczęła drżeć. Fae wychylił głowę za krawędź grodzi. Z Tyranidzkiej strony nadchodziła wielka horda potworów.
- Są ich setki, nie wytrzymamy takiego ataku!
- Jeszcze kilkanaście sekund, wytrzymamy.
- Ognia!!! – krzyknął Fae i strzelił z działa zakrzywiającego zamocowanego na platformie powalając Karnifeksa. Pozostali Eldarzy zasiali krwawe żniwo wśród pozostałych Tyranidów.
-Gródź się zamyka! – krzyknął jeden z Obrońców, po czym został trafiony w głowę przez termagaunta i padł na podłogę.
- Część z nich się przedostanie.
- Niech przyjdą! Nasze ostrza pragną śmierci! – z zapałem krzyknęły Banshee
Nie kłamały, wszystkie hormagaunty, które się dostały pod ich miecze zginęły, gródź się zatrzasnęła, dało się jednak odczuć aż trzy wstrząsy, co znaczyło, że odnieśli zwycięstwo. Resztki pozostałych przy życiu Tyranidów rozbiegło się w nieładzie bez wsparcia umysłu roju. Oddział Faego wrócił na mostek.
- Zadanie wykonane, grodzie zamknięte.
- Znakomicie Fae! Już niemal dolecieliśmy do Cadii. Odnaleźliśmy także Krążownik Maugana, za niedługo wyląduje w dokach. – Darken był dość radosny. Jednak widać było wewnętrzny smutek, z konieczności pozostawienia części ojczyzny na pastwę rozszalałych bestii.
Dzień później Dra’Iyad wylądował na Altansarze, Maugan’ Ra wybuchnął złością na wieść o ataku Tyranidów, ale przyznał, że na chwilę obecną zamknięcie ich w separacji jest najlepszym wyjściem. Altansar pełną parą ruszył w stronę Cadii.
Kilka tygodni zajął im przelot. W pewnym momencie Altansarczycy ujrzeli wielką kolejkę statków i demonów, były ich setki tysięcy, jeśli nie milionów. Po kilku godzinach Altansar wbił się w chmarę demonów i statków Chaosu, z tunelu ruchomych statków powoli wyłoniła się planeta – Cadia. Statki Chaosu rozproszyły się i uciekły, Altansar był największym okrętem w drodze do Cadii, wszystkie pozostałe usunęły się z drogi kolosowi. Te które zostały, natychmiast wyparowały z powodu ostrzału. Potężne działa świetlne przebiły mu drogę wśród masy statków. W końcu dało się widać Pylony Nekronów.
- Musimy wylądować i zniszczyć artylerię przeciwlotniczą! Darkenie, poprowadzimy uderzenie.
- Ależ Mauganie, to będzie samobójstwo!
- Jeżeli nie zniszczymy tych dział ucieczka się nie powiedzie! Ty i Fae zostaniecie tutaj, na pokładzie, musicie obronić Altansar przed abordażem chaosu i przypilnujcie pobocznych przejść, mogą nimi przejść tyranidzi.
- Tak jest!
Po kilku godzinach wszystko było gotowe. Ra i stary Lorrien na czele potężnej grupy szturmowej dostali się na powierzchnię Cadii przez Sieciodrogę. Kilkuset wojowników miało wykonać skomplikowaną akcję, musieli jednocześnie przeciążyć trzy wielkie reaktory dostarczające energii do kilkudziesięciu dział laserowych. Jedną drużyną dowodził pewien znany Egzarcha Pająków Spaczni – Rakanis, drugą Darken, a największą sam Maugan’ Ra.
- Rozpocznijcie szturm, musimy dotrzeć do reaktorów w podobnym czasie.
- Oczywiście Mauganie, widzę, że na drodze stanie twojemu oddziałowi drużyna Kasarkinów, ostrożnie.
- Rakanisie, czy szturm przebiega bez przeszkód?
- Tak panie, jedyny opór jak na razie stawiają robotnicy manufaktorii.
Rakanis miał dowództwo nad elitarną grupą Pająków Spaczni, jego cel był położony na południowym biegunie planety, z powodu złych warunków pogodowych ludzie poczuli się na tyle pewnie, że nie umocnili dostatecznie tego reaktora, dzięki temu Rakanis mógł sobie pozwolić na tak niewielką drużynę szturmową. Z Sieciodrogi wyteleportowali się za murem fortyfikacyjnym, pracownicy mroźnej placówki byli uzbrojeni w lekkie pistolety laserowe, jeden z Pająków Spaczni wyłączy Radiolatarnię Komunikacyjną, dzięki czemu odciął łączność ludzi z kwaterą główną i zapewnił bezpieczeństwo akcji.

Darken dowodził zróżnicowaną kolumną piechoty złożonej z Ponurych Mścicieli, Ognistych Smoków, oraz Upiornej Straży. Jego cel był położony na równiku, w lesistej prowincji otoczonej mocnymi obwarowaniami, reaktor ten zasilał również wielką fabrykę chimer – transportowców gwardii. Z tego powodu Lorrien wziął ze sobą najwięcej broni przeciw pancernej. Po wyłamaniu bramy jego siły rozprawiły się z niezorganizowanym, zaskoczonym garnizonem. Kilkoro robotników powsiadało do chimer, więc Ogniste Smoki miały wiele roboty, szturm jednak poszedł sprawnie.

Maugan miał ze sobą kilkudziesięciu Mrocznych Żniwiarzy i duże oddziały Uderzających Skorpionów, oraz Obrońców, ponieważ ten reaktor znajdował się w głównych koszarach Cadijskich, kilka kilometrów od podstawy zachodniego pylonu. Duży garnizon, mimo zaskoczenia stawił mocny opór. Ra i jego żołnierze musieli dość długo przebijać się przez szeregi bunkrów, odnieśli duże straty, ale w końcu dotarli do reaktora.

Tymczasem na Altansarze demony teleportowały się przez Spacznię do wnętrza okrętu, Fae i Caeyra mieli dużo roboty z wybijaniem fal demonicznych istot, do tego przez sieć szybów wentylacyjnych setki Tyranidów wlewało się na stronę Eldarską, na Światostatku panował chaos.
- Mauganie, musimy szybko wylecieć, Altansar jest zalewany przez demony. Do tego Tyranidzi znaleźli inne drogi dostępu i przechodzą na naszą stronę szybami wentylacyjnymi.
- Już zajęliśmy reaktor, czekamy na pozostałe ekipy.
Rakanis ustawił minę EMP na rdzeniu reaktora.
- Tu Rakanis, mina uzbrojona, czekam na sygnał.
- Tu Lorrien dobiliśmy się do rdzenia, mina podłożona, wysadzać?
- Tak, wszystko gotowe, wysadzać za 3… 2… 1… Pal!!!
Z orbity było dobrze widać trzy oślepiająco białe wybuchy, które zgasły po paru sekundach.
- Dobrze, wycofujemy się do bram. Caeyra, odpalaj silniki, startujcie zanim się zorientują!
Po wyjściu z budynku reaktora siły Maugana zobaczyły straszny widok:
Kilka tysięcy demonów, oraz kosmicznych marines chaosu z lordem Abaddonem na czele zabezpieczyło wyjście z placówki.
- Hahaha! Naiwni! Cieszę się, że wyłączyliście działa Imperialistów, aż bym was pocałował, ale niestety nie mamy czasu na pogawędki, galaktyka czeka! – psychotyczny śmiech wyrwał się ze zmutowanych trzewi Lorda Chaosu.
- Nigdy się nie poddamy, naprzód synowie i córy Asuryana! – Ra rzucił się z wojennym okrzykiem na kilkukrotnie potężniejsze siły chaosu, była to masakra…
Darken Lorrien wraz ze swoimi żołnierzami rozpoczął odwrót, już część jego sił była w osnowie, gdy poczuł potężny, rozrywający ból w prawym barku, przebitym na wylot przez pocisk bolterowy.
- Gwardziści się zmobilizowali! Szybciej, szybciej do bramy! – mówiąc to wziął wyrzutnię szurikenową i celnymi strzałami przerzedzał szeregi ludzi. Dziesiątki Eldarów padły podczas ucieczki, Lorrien został trafiony kilkanaście razy, a mimo to trzymał zaciśnięty na spuście palec wskazujący, stracił już czucie w rękach, tak mocno je zaciskał na karabinie. Kiedy rozległ się przeczący szczęk oznaczający brak amunicji. Darken powiedział patrząc się w niebo, na którym było widać wielką sylwetkę jego ojczyzny przelatującej nad tym światem:
- Fae… żegnaj… - po czym powoli osunął się na ziemię.
Tymczasem Rakanis rad, że szturm przebiegł pomyślnie wycofywał się do bramy osnowy.
- Jak tam u was? Dotarliście już do bram? – zaniepokojony zaczął się dopytywać – Darken, odezwij się! Mauganie, żyjesz?! – odpowiedział mu szum. – Nieeeeee!!!
Altansar przestał być nękany przez demony zaraz po wyjściu z Oka Terroru, Tyranidzi wycofali się widząc bezsensowność takiego ataku. W komorze teleportacyjnej pojawił się tylko oddział Rakanisa.
- Oni… Zginęli, pani, Darken padł przy próbie ucieczki z rąk gwardzistów, oddział Maugana został całkowicie zdezintegrowany przez olbrzymią armię Chaosu, ale żyjemy, nasza niewola się skończyła, choć zapłaciliśmy za nią wysoką cenę…
Z komory wychynęła resztka oddziału Darkena, byli przerażeni i zawiedzeni śmiercią tylu swoich braci i sióstr.
- Dzisiejszy dzień był wielką stratą, zginęli nasi najwięksi herosi, padła ponad jedna trzecia armii. Ale mimo to żyjemy i nie jesteśmy już zniewoleni przez demoniczne siły Spaczni…
- Widmo Terroru zostało zażegnane… - Fae przypomniał sobie o czymś – Mój ojciec mówił mi, że dobrze by było założyć placówkę na jakiejś planecie, miał już na oku planetę, co powiesz na… Leonovę?
- Tak, słyszałam o ziemi naszych przodków. Możemy odnaleźć pozostałości ich cywilizacji. Kurs na układ Leonova!
_________________
The enemies of the Eldar shall fear my wrath...
Ostatnio zmieniony przez Aspect 2012-02-04, 17:06, w całości zmieniany 1 raz  
 
 
Aspect 
Moderator
Khaine's Wrath



Wiek: 21
Dołączył: 03 Sty 2011
Posty: 1422
Skąd: The Grim Horizon
Wysłany: 2012-02-04, 16:39   

Rozdział 4 - Nowy Dom

Altansar przyleciał do układu planetarnego Leonova, Fae zdążył zadomowić się już w bazie operacyjnej Eldarów.
***
Caeyra była w swojej komnacie medytacyjnej, leżała na podłodze, płyty upiorytu na jej zbroi pokryte były falującą czerwoną mgłą, kamienie duszy świeciły w niemal kompletnej ciemności komnaty. Czerwone cienie kolumn opadały na upiorytowe ściany i poustawiane przy nich gabloty z przeróżnym uzbrojeniem Arcyprorokini, która drżała i tarzała się po Sali, widziała czerwoną ziemię wypaloną do ostatniego źdźbła trawy i zwłoki Eldara nabite na pozłacany kostur, zbliżyła się – był to zdobiony kij Wielkiego Konfesora Aureliasza z ikonami zakonu Sióstr Bitwy Świętej Róży… obraz powoli się oddalał, rzeczywistość wróciła, Widziała postać jej ochroniarza w drzwiach… Nagle światło zgasło i opadła w nicość…
***
- Wstawaj! – powoli otwarłem oczy – Fae obudź się!
- Ale o co chodzi? – głowa bolała mnie jakby ktoś walił w nią młotem
- Nie pamiętasz? Arcyprorokini zwołuje radę i jesteś honorowym gościem! – Eradiel coraz bardziej się niecierpliwił, był to starszy Egzarcha Mrocznych Żniwiarzy, był dość tęgi jak na Eldara i miał krótkie rude włosy, jego oczy były różnokolorowe, jedno oko miał czerwone, a drugie zielone.
- To dzisiaj? Jeszcze mnie głowa boli po tamtym ciosie, niezłą pięść miał ten burszuj – masując głowę poszedł ubrać szaty Proroka.
- Rusz się, zostałem przydzielony by Cię pilnować, a nie wydzierać się jak do ściany, za chwilę bądź na dole – Czerwona twarz Eldara wyglądała jakby miała zaraz eksplodować.
Po paru minutach szliśmy już korytarzem do zgromadzenia osnowy, by polecieć Falconem na miejsce narady. Lot nie trwał długo, miejsce zgromadzeń nie było oddalone od bazy zbyt daleko, ale było dobrze ukryte i trudno dostępne, w razie czego garnizon mógłby się bronić tygodniami. Posterunek ten był na tyle duży, że w razie zniszczenia centralnej bazy cała armia lądowa Altansaru mogłaby się w nim ukryć…
Po wyjściu z czołgu ruszyłem z Eradielem w stronę Wielkiej Sali, największego budynku w bazie, to w nim toczyły się dyskusje między głównodowodzącymi Eldarów ze Światostaku Altansar. Gdy Fae wszedł do środka przez krótką chwilę nic nie widział
– Dobrze, że ubrałem hełm, inaczej bym musiał chodzić po omacku – pomyślał
Jednak hełm szybko się dostosował i powoli ruszyłem po dywanie rozłożonym na środku komnaty, o trafnej nazwie Wielkiej Sali. Po przeciwległej stronie kolumnady otaczającej dywan stał wielki eliptyczny stół przy którym siedziała Arcyprorokini Caeyra i pozostałych ośmiu proroków.
- Witam i przepraszam za spóźnienie – zawstydzony prorok siadł na wolnym miejscu i przyglądnął się gościom, zasiadającym przy stole. Tak jak przypuszczał wszyscy przybyli osobiście.
- Jakaż to znowu ważna przyczyna zatrzymała „Potężnego Lorriena”… - pogardliwie mruknął Raak, najstarszy i najbardziej zrzędliwy w zgromadzeniu
- Raaku, proszę nie zaczynaj, to że Fae ma tylko czterysta dwadzieścia osiem lat nie neguje jego osiągnięć – Arcyprorokini przeniosła teraz uwagę na Faego i pozostałych proroków – Możemy rozpoczynać zgromadzenie.
- Owocnych obrad - szepnął Faemu do ucha Eradiel, po czym wyszedł zamykając za sobą drzwi.
- Spotkaliśmy się, aby omówić skalę zagrożenia ze strony Nekronów– powiedział Khaze, jeden z bardziej zasłużonych i rzeczowych Proroków
- Nasi Łowcy przeczesali większą część planety, odnaleźli kilka starożytnych ruin tej znienawidzonej rasy. - wtrącił Teonathan
- Tak, jak zapewne wiecie znajduje się tu wiele tajemnic naszych przodków, są tu artefakty o jakich nawet się nam nie śniło, najpierw musimy jednak wykorzenić Nekronów z tej planety…
- Ależ pani, ile razy mam to powtarzać, Nekroni nie są naszym głównym zmartwieniem, inwazja Świętych Róż z naszych wizji może okazać się szalenie groźna – Naghar przywołał obraz i ustawił go w przenośniku na środku stołu – Jak widać na tym hologramie zgrupowania Sióstr Bitwy są na Leonovie wyjątkowo duże, mogą zechcieć oczyścić świat i wypalą go tak jak w naszych wizjach, musimy temu zaradzić!
- Też coś, powołaniem Eldarów jest walka z odwiecznymi wrogami Pradawnych – C’Tanami i Nekronami, musimy najpierw ich zniszczyć, później możemy zająć się podrzędnymi celami, takimi jak wypędzenie sił Imperium z Leonovy – stanowczo zaprzeczył Raak
- W takim razie zarządzam głosowanie, kto jest za wysłaniem zwiadowców na poszukiwania Nekronów? – zgłosiło się czterech członków rady, Fae, Raak, Khaze i Teonathan – Dobrze, połowa rady jest za tym wyjściem, rozumiem, że nikt się nie wstrzymuje od głosów? – nikt nie podniósł ręki – Więc postanowione i ja jestem za poszukiwaniami Nekronów – Naghar uderzył wściekle w stół, ale szybko się opanował – Tak, jak mówiłam jestem za poszukiwaniami Nekronów i od tej pory ich pokonanie to nasz priorytet, po zwycięstwie zwołam kolejną radę i postanowimy co dalej, zamykam posiedzenie!
Caeyra wstała skinęła ręką na Lorriena i poszli razem do jej prywatnych komnat.
- Fae, zostaniesz wysłany w teren wraz z zgrupowaniem szturmowym, zastosujemy taktykę wymyśloną przez naszego ojca - Maugana’Ra.
- To dla mnie zaszczyt!
- Dobrze, przejdźmy do szczegółów, jutro poprowadzisz zwiad w celu rozpoznania terenu, następnie zobaczymy…
***
Nazajutrz młody prorok był już w drodze. Miał dowództwo nad grupą pięciu łowców, skradali się po stepie poszukując śladów aktywności Nekronów. Już kilka razy atakowali ich gwardziści patrolujący równinę. Ciężko było iść przylgniętym do ziemi, kiedy wieje potężny wiatr. Leonova znana jest z bardzo silnych wiatrów, a właśnie tu, na stepach są one najsilniejsze…
Przez kilka dni brnęli tak przez wysokie trawy, które całkowicie ich zasłaniały. Po drodze zabijali patrolujących stepy gwardzistów. W jednej walce, mieli oni ze sobą ciężki bolter, jeden z moich podkomendnych został zraniony i musiał wrócić do bazy wraz ze swoim kolegą, który go ubezpieczał, więc teraz było nas tylko czterech…
Pewnej nocy Fae i jego kompani rozłożyli obóz na odsłoniętej, zupełnie płaskiej polanie. Przeczuwał, że coś się stanie, ale był pewny, że wartownicy wykryją zagrożenie.
- Proroku Fae – odezwał się w komunikatorze głos Shilasa, którego Lorrien wystawił na nocną wartę.
- Tak, słyszę Cię.
- Rozdzieracze wychodzą spod ziemi! – słychać było strach w jego głosie – Muszę się wycofać, zauważyli mnie, bieg… AAAA (odgłosy walki)
- Cały oddział zgłoście się! – wystraszony Fae krzyczał w komunikator, wstał by się rozglądnąć i w tej chwili stał się świadkiem śmierci członka jego zespołu– Nieee!
Potężny Rozdzieracz właśnie zabił ostatniego łowcę i nachylał się nad prorokiem gotując już szpony, Fae szybko ciął mieczem i pchnął go psioniczną siłą niszcząc na miejscu. Wiedział, że nic nie może zrobić, zamaskował się i wyniósł z pola walki. Po kilkunastu godzinach truchtu wróciłem do Wielkiej Sali.
- Tak, co się stało Fae – Aryprorokini zaskoczona jego przybyciem właśnie przygotowywała się do medytacji – Gdzie twój oddział?
- Pani, znaleźliśmy Nekronów…

Rozdział 5 – Tajemnica Krypty


Szybka narada dobiegła końca, stawiło się na niej tylko 4 proroków, akurat znajdujących się w głównej bazie. Postanowili, że nie mogą dopuścić do większego rozlewu krwi, muszą uderzyć z miażdżącą siłą eldarskich oddziałów szturmowych.
Lorrien wyszedł z Wielkiej Sali, krzątały się przed nim setki Eldarów. Piewcy naprawiali Falcony, Obrońcy wracali z patrolu, ogólny zamęt przez chwilę całkowicie przyciągnął jego uwagę. Po chwili zauważył, że z wielkiej bramy z osnowy wyłania się grupa nowych, potężnych Ognistych Pryzmatów…
- Fae! – krzyknął Eradiel, który co tylko teleportował się tutaj z głównej bazy – Rozmawiałem z Khazem, masz rozkazy od Arcyprorokini, poprowadzisz swoją grupę uderzeniową przeciwko pobliskiemu monolitowi Nekronów. Ten pomniejszy monolit został wykryty za blisko naszych baz, nie możemy dopuścić, by Nekroni odkryli nasze umocnienia! Masz zebrać oddział i zniszczyć go!
- Dobrze, wyruszamy za trzy godziny weź swoją drużynę i przygotuj się do wymarszu! - odpowiedział młodszy Eldar
Pobiegł do Vipera, który w piętnaście minut dowiózł go do bazy głównej. Tam odszukał Titlantara – gońca, szybko dał mu parę rozkazów. Goniec pobiegł jak szalony z nadludzką sprawnością przeskakując nad lądującym Falconem, po pół godzinie wrócił zdyszany z trzema drużynami obrońców, po które wysłał go Fae.
- Macie ze sobą granaty magnetyczne tak jak prosiłem?
- Tak jest! – odpowiedzieli chórem
- Znakomicie, będą nam potrzebne, wskakujcie do Falconów, spotkamy się pod Wielką Salą!
W kabinie Vipera Fae otrzymał wiadomość od Arcyprorokini, były to raporty innych zwiadowców, dosłownie sprzed paru minut. Nekroni powstawali ze snu na wielką skalę, a monolit – ich cel został zlokalizowany 45 kilometrów od Wielkiej Sali, według raportu broni go duża grupa nekrońskich wojowników i kilka niszczycieli, oprócz tego muszą uważać na patrole Skarabeuszy, które mogą ich wykryć.
- Pójdziemy dalej pieszo! Nie możemy ryzykować wykrycia. - rozkazał Lorrien, po czym wysiadł ze swojego pojazdu.
Kiedy Mroczni Żniwiarze Eradiela dołączyli do oddziału ruszyli przez las otaczający Salę. Droga była dla nich łatwa, ale większość ludzi nie przeszłaby ścieżką Eldarów. Nagle usłyszeli charakterystyczny dźwięk – odgłos silników Skarabeuszy, natychmiast przylgnęli do ziemi, a Eradiel zdążył złapać granat. Dźwięk był coraz silniejszy, Skarabeusze były coraz bliżej. Nagle Fae zauważył metalowy szczypiec łamiący drzewo obok niego, błyskawicznie ciął mieczem niszcząc maszynę na miejscu.
- Zniszczcie je zanim się teleportują! - wykrzyknął
Wyrzucili granaty, a roboty padły na ściółkę. Myśleli, że to wszystkie niedogodności na drodze do celu, lecz niestety mylili się. Okazało się, że po wizycie zwiadowców wzmocniono straż monolitu i teraz natknęli się na oddział Nieśmiertelnych, jeden dosłownie wyrósł jak spod ziemi tuż przed wojownikami Lorriena, więc rzucili się do walki wręcz. Fae rozciął korpus Nekrona po czym ten osunął się w bezładzie na ziemię. Eldarski oddział uporał się już z większością robotów i gdy padł ostatni ruszyli dalej, niestety nie obyło się bez strat, zginęło dwóch Obrońców i jeden członek drużyny Eradiela.
Odezwał się głos Arcyprorokini w komunikatorze:
- Fae, czy dotarliście do celu?
- Niestety jeszcze nie, w lesie doszło do niewielkiej potyczki, w której straciłem trzech wojowników.
- Cele misji zostają zmienione, po zniszczeniu monolitu wyruszycie dalej na północ, odkryliśmy tajemniczą kryptę, w której straciliśmy całą drużynę zwiadowczą, musisz zbadać tą budowlę.
- Ruszamy, mamy więcej drogi do pokonania, nie wrócimy na kolację – po wydaniu paru rozkazów już szliśmy dalej, tym razem pewni, że nie będzie następnych przeszkód.
– Idziemy już dwie godziny, las zaraz się skończy, jest to idealna pozycja do zainstalowania Lanc Świetlnych! - rozkazał Fae i zatrzymał się.
Po chwili stanowisko ogniowe było uzbrojone i gotowe do ostrzelania Nekronów, prorok wzmocnił pobliski laser mocą psioniczną i uzbroił swoje działo D.
- Widziałem go, ten monolit nie był ogromny, ale był dość duży, po prawej stronie w oddali na równinie dostrzegłem też nasz drugi cel – wejście do krypty było chronione przez cały garnizon nekronów, którzy co chwilę wychodzili i wchodzili do krypty. - powiedział wysłany prze Faego zwiadowca.
Po podprowadzeniu działek na skraj równiny wszyscy zyskali możliwość prowadzenia celnego ognia.
- Otworzyć ogień do monolitu! Zniszczyć go! – Krzyknął Fae i sam zaczął strzelać z działa D. Nekroni w jednej chwili zwrócili się do nich i najszybciej jak mogli, czyli marszem ruszyli w ich kierunku, od monolitu odrywały się kawały metalu, a stopione resztki skapywały po jego ścianach
- Celować w monolit, później rozwalimy resztę blaszaków.
Eradiel ze swoją drużyną nie obsługiwali laserów, trzymali swoje wyrzutnie, by uchronić artylerzystów przed atakiem piechoty. Jak zwykle taktyka ich nie zawiodła, po rozpoczęciu ostrzału połowa Neronów została powalona. Reszta wciąż zbliżała się, dopóki po powtórnym naładowaniu Eldarzy znów wystrzelili całe ładunki z wyrzutni, kilku Nekronów jeszcze żyło. Wtedy Żniwiarze odrzucili wyrzutnie i chwycili za wcześniej przygotowane miecze energetyczne, reszta Nekronów została wybita w walce bezpośredniej. W tym samym czasie monolit padł w kawałkach na ziemie i wybuchł niszcząc ciała piechoty nekrońskiej. Droga do krypty stała otworem.
- Dalej, zostawcie straż przy Lancach, nikt ani nic nie może zakłócić badania tych ruin! Eradielu, weź swoją drużynę, kto wie co może się tam czaić…
Po wejściu do kompletnej ciemności zmienili optykę w hełmach na nocną, po przejściu równego korytarza trafili na nieruchomych Nekronów odciętych od zasilania Monolitu, teraz uśpionych, stali oni jak straż w zagłębieniach na ścianach.
- Zniszczcie je granatami, nie chcemy, żeby znowu ożywiono
Po wykonaniu rozkazu ruszyli dalej, nagle zauważyli zmianę – ściany dotychczas wykonane z metalu Nekronów, teraz ustąpiły miejsca murom z… Upiorytu. Wchodzili do zapomnianej świątyni eldarskiej wyglądającej na bardzo starożytną, w jednym z większych pomieszczeń znajdował się ołtarz Khaine’a i parę trupów skarabeuszy budujących, które badały ten kompleks podziemi. Fae ruszył pierwszy po czym nadepnął na dziwną płytę i… nagle pojawił się hologram eldara, miał pancerz teleportacyjny Egzarchy Pająków Spaczni.
- Jeżeli jesteście tu z prorokiem odejdźcie, bowiem zostało napisane – tylko prawowity prorok Eldarów ma dostęp do tajnych pomieszczeń Rady Lugannathu. – hologram znikł
- Nie rozumiem, dlaczego tylko prorok może tam wejść, a jeśli jest tutaj, to mamy zawrócić? – Eradiel wyglądał na bardzo zamyślonego
- Możliwe, że są tam rzeczy tak straszne, że nie warto ich pokazywać światu, ciekawi mnie co Lugannatczycy robili na planecie podległej Altansarowi
- Chyba tam nie wejdziesz? – Eradiel wyglądał na wystraszonego, pokazywał obrotowe drzwi
- Eldarzy dążą do powiększania wiedzy, musimy to zbadać, zresztą takie mamy rozkazy. – prorok podszedł do drzwi – Tylko jak to otworzyć?
Po bez efektownych próbach pchnięcia, pociągnięcia i wciśnięcia drzwi Fae nie miał już pomysłu jak się tam dostać.
- Ciekawe co to znaczy „Prorok, który wypowie te słowa, może wejść do środka”, tylko jakie słowa?
- Te, które teraz wymówiłeś, patrz!
Drzwi osunęły się na poziom podłogi, krypta stanęła otworem, Lorrien wszedł do środka, od razu drzwi zamknęły się za nim, nawet optyka Eldarów nie była w stanie rozjaśnić mroków tego pomieszczenia, musiał zaświecić lampę. Był w pomieszczeniu przypominającym Wielką Salę na powierzchni, ruszył w stronę eliptycznego stołu Rady Lugannathu, stół i wystrój pomieszczenia był bardzo podobny do Wielkiej Sali, ponieważ Lugannath i Altansar mają bardzo podobną kolorystykę Upiorytu.
Nagle coś poruszyło się w ciemności, potężny, ogromny Lord Nekronów stanął przed Eldarem w całej swojej okazałości.
- Wiedziałem, że na Leonovie są jeszcze Eldarzy, a skoro są wiedziałem, że też odnajdą te ruiny! – każde słowo przychodziło mu z trudem, brzmiało to jakby je wypluwał, a nie wypowiadał – Przeklęci, nigdy nie można was do końca się pozbyć?
- Czegokolwiek szukasz w tej krypcie nie znajdziesz tego, bo ja tutaj jestem, twoje wojsko zostało rozbite, nie masz jak wydostać się z tej planety i natrafiłeś na mnie, co skończy twoją egzystencję we Wszechświecie podły demonie!
- Ha ha ha ha! – jego śmiech odbijał się kilkakrotnie po Sali, co spowodowało, że parę dreszczy przeszło prorokowi po plecach – Na prawdę sądzisz, że możesz mnie pokonać? Odnalazłem zapomniany artefakt, który twoi pobratymcy ukradli dawno temu moim przodkom, teraz ja dzięki jemu zniszczę tą planetę i opanuję cały sektor!
Po skończeniu przemowy wystrzelił promień energetyczny w stronę Faego, z łatwością go zablokował, jednak moc strzału była potężniejsza niż przypuszczał. Wyrzuciła go w powietrze i uderzyła nim w pobliską kolumnę, szybko kontratakował, wystrzeliwując łuk elektryczny, który powalił Nekrona na posadzkę. Lorrien natychmiast podbiegł i zanim robot wstał ciął mieczem w dół, Nekron sparował cios i podciął Eldarowi nogi lecz dzięki swojej eldarskiej zwinności nie zginął od zbliżającego się strzału w głowę. Przeskoczył mu miedzy nogami i zaatakował mieczem rozcinając płyty metalu ochraniające rdzeń kręgowy. Lord Nekronów we wściekłości uderzył Eldara metalową ręką, wbijając go w ścianę, potworny ból niemal sparaliżował Faego, szybko zebrał siłę i odepchnął go na drugi koniec sali siłą umysłu, podniósł miecz z podłogi i unikając ciosu w brzuch Kosturem Światła przeskoczył nad Nekronem w locie atakując mieczem i jednocześnie rażąc go błyskawicą mocy, padł bez ruchu na ziemię. Lorrien wziął Kostur i używając jego wielkiej mocy zniszczył drzwi.
- Co tam się działo Fae? – Eradiel był naprawdę wystraszony – Jakby ktoś strzelał z wyrzutni rakiet!
- Zabiłem Lorda Nekronów i odzyskałem ten starożytny Kostur Światła, wracamy do domu! Całkowicie z powodzeniem ukończyliśmy misję!
Po drodze na powierzchnię w komunikatorze rozległ się głos jednego z Obrońców pilnujących Lanc:
- Proroku, Siostry Bitwy zmierzają do krypty, są ich setki, nie mamy szans, szybko uciekajcie stamtąd zanim was odetną! Czekamy na granicy lasu, zapewnimy wam osłonę ogniową!
- Dziękuję, będziemy najszybciej jak się da! – Ruszyli biegiem najszybszym jakim można biec, żaden człowiek nie dorówna Eldarowi w biegu.
Po kilku minutach, bez strat dotarli do lasu i w Falconach wróciliśmy do Wielkiej Sali…

Rozdział 6 – Rozstanie


- Ta nieprawdopodobna historia zwiększa twoje zasługi dla naszego Światostatku – Caerya spoważniała – Jednak wszystko wskazuje na słuszność twojej opowieści, pozostałe monolity Nekronów odleciały, a Siostry Bitwy zwiększyły swoje siły przy naszej granicy, bo już nie muszą obawiać się ataku ze strony Nekronów, musimy przejąć planetę dla naszej potężnej rasy!
- Twoja wizja mnie zachwyca Arcyprorokini Caeyro, ale jak chcesz pokonać Siostry Bitwy bez najpotężniejszych broni? Przecież większość Altansarczyków jest na Światostatku i broni go przed Tyranidami.
- Przyzwiemy Awatara i ściągniemy parę Ognistych Pryzmatów, z takimi posiłkami pokonamy wroga…
- To ryzykowne, nawet z nimi ujawniając się możemy się nie obronić, a bez Pryzmatów Światostatek może paść!
- Dlatego ubezpieczyłam nas, ja poświęcę się by przywołać Awatara!
- Co? Coś takiego jeszcze nigdy się nie wydarzyło! Nie wiemy jak bardzo byłby potężny ten Awatar i poza tym kto miałby Cię zastąpić? Nie zgadzam się na to!
- Dzięki potędze Awatara będziemy mieli zapewnione zwycięstwo i nie będzie trzeba zbytnio uszczuplać garnizonu z Altansaru. Udowodniłeś swoją pomysłowość, spryt i mądrość – trzy najbardziej cenione cechy wśród Eldarów w walce z Lordem Nekronów i jeszcze wielokrotnie przed tym, myślę, że rada się zgodzi, abyś został nowym Arcyprorokiem.
- To… to dla mnie zaszczyt – Fae jąkał się nie wiedząc co ma powiedzieć – Ale tak nie może się stać, jestem za młody, rada się nie zgodzi, nie zdołam utrzymać ładu i porządku jakie panowały za twoich rządów.
- Ależ nie obawiaj się, jest wielu doświadczonych Eldarów, którzy Ci pomogą, a potrzebujemy tego zwycięstwa.
- Pani, proszę.
- Ta decyzja jest nieodwołalna, zwołuję naradę w Wielkiej Sali, prześlij rozkazy do wszystkich proroków, spotkanie nastąpi jeszcze dzisiaj!
- Tak… zrobię co w mojej mocy
Wyszedł, jeszcze niezbyt docierało do niego co przed chwilą usłyszał. Poszedł do gońca, po chwili siedział już w swojej kwaterze, która znajdowała się tuż obok Wielkiej Sali. Próbował się skupić, pomyśleć o tym rozsądnie, ale im bardziej nad tym rozmyślał, tym bardziej wydawało mu się, że postępowanie Arcyprorokini jest słuszne, w co nie chciał wierzyć, więc skupiał się jeszcze bardziej i tak w kółko. Po chwili zauważył, że od dobrych kilku minut ma wizję – Żyjąca Święta Ana stała na czele wielkiej armii fanatycznych wojowniczek – Sióstr Bitwy. Po chwili nastąpiło wielkie poruszenie, dało się słychać głosy – „Eldarzy! Eldarzy się zbliżają!”, po czym odpowiedzi Konfesora, który siedział na wielkim tronie przy kaplicy – „Przygotujcie się! Imperator jest z nami!”. Na horyzoncie pojawiła się czerwona łuna, w tym samym momencie ukazała się płonąca głowa Awatara Kaela Mensha Khaine’a i reszta jego ciała, kilka minut później zmierzała ku nim cała armia Eldarów… Obraz się oddalał, wracała rzeczywistość… Zauważył, że w miejscu gdzie stał Awatar leży jego podręczny pistolet szurikenowy. Nagle otworzyły się drzwi i wszedł Eradiel.
- Arcyprorokini zwołała naradę, chodź – powiedział i wyszedł
- Poczekaj przed Salą
Fae szybko się pozbierał, włożył hełm i po chwili siedział i słuchał wrzawy, którą wśród proroków wywołał pomysł Caeyry.
- To niedorzeczność, jak w ogóle możesz o tym myśleć Arcyprorokini? – darł się Khaze
- Taki młodzik, wyrostek ma dowodzić po tak wspaniałej Arcyprorokini jak ty? – Teonathan mówił uderzając pięścią w stół – Nie można poświęcać tak wspaniałej istoty dla jednej planety!
- Lepiej, żebym ja się poświęcił i tak za niedługo umrę, bo jestem coraz słabszy, ale wciąż moja moc może zrodzić potężnego Awatara – Raak wysunął tą propozycję w tym samym momencie, co Naghar przedstawił swoją.
- To nie może być, taki czyn byłby uznany za głupotę wśród innych Eldarów – mówił
- Nie będę dawał dowodzić sobą takiemu chłopcowi, fakt ma wielką moc i jego zasługi dla Altansaru są godne podziwu, ale nie ma doświadczenia i stanowczości Arcyproroka. – Amonon, rzadko odzywający się prorok, mój przyjaciel zaskoczył mnie dołączając do kłótni.
- Dość! Dość, w takim zamęcie do niczego nie dojdziemy, Siostry Bitwy muszą zostać pokonane, żeby nasz lud mógłby bezpiecznie wspomagać obrońców Altansaru z jakiejś spokojnej planety, tylko wtedy będziemy mogli zebrać siły i wyprzeć Tyranidów! – Caeyra była smutna, ale poważna i starała się to ukryć, co niezbyt jej wychodziło – Taka decyzja również dla mnie budzi wiele wątpliwości, ale to jedyne logiczne wyjście jakie znalazłam.
Nagle Umghar, stary słabowity Eldar zaskoczył wszystkich i spowodował kompletną ciszę.
- Tak, masz rację Caeyro, to jedyne wyjście, tylko Fae jest dość silny i opanowany, żeby dowodzić naszymi rodakami, tylko Awatar Arcyprorokini może mieć dość siły by uchronić nas przed klęską, schowajcie dumę, ukryjcie uczucia i urazy, popatrzcie na to logicznie.
- To… to nie do wiary, ale się z wami zgadzam – Khaze zapoczątkował kolejkę proroków popierających pomysł Caeyry, po chwili wszyscy chcieli wprowadzić w życie jej plan. Lorrien podejrzewał, że użyła swoich potężnych zdolności do nakłonienia słabszego proroka, po czym wszyscy przyjęli myśl szanowanego starca.
Plan był dość prosty, żeby Awatar za szybko nie opadł z sił zostanie użyty dopiero w decydującej batalii, po kilku dniach armia licząca kilkaset Eldarów i parę setek ich pojazdów rozpoczęła wymarsz.
Fae szedł na czele kolumny Mrocznych Żniwiarzy, przed nimi szła Arcyprorokini i jej przyboczna straż złożona z czterdziestu Pająków Osnowy, po paru godzinach marszu dotarli na miejsce planowanego pola bitwy, Acyprorokini słuchając rad Faego uszykowała zasadzkę na siły Imperium, ponieważ chciała oszczędzić Ogniste Pryzmaty na sam koniec postanowili pokonać armię Świętej Róży bez ich pomocy. Po kilkunastu godzinach pułapka była gotowa, a zwiadowcy zwabili już siostry do tej polany.
Nagle Rada dała rozkaz do ataku, z bram osnowy wybudowanych specjalnie na zasadzkę wyszli Mroczni Żniwiarze i Wyjące Banshee, w tej samej chwili Pająki Osnowy wyteleportowały się zamykając obręcz wokół fanatyczek, zaraz po tym przyleciały wypełnione Ognistymi Smokami Falcony, po czym cała armia rozpoczęła ostrzał, sióstr było dwa razy więcej i miały lepszy sprzęt, jednak zamknięte na małej polance, bez możliwości manewrowania próbując zorganizować jakąkolwiek obronę były wystawione niczym owieczki na rzeź, jednak nie wszystko było dla nich stracone, z tego co Fae widział ze swojego miejsca wśród Banshee zebrały swoje oddziały szturmowe – Serafiny i Siostry Repentii i ruszyły dokładnie na nasze pozycje chcąc wybić Mrocznych Żniwiarzy, nie wiedziały jednak, że wśród traw ukrywa się oddział Wyjących Banshee, po dobiegnięciu do eldarskich pozycji były mocno przetrzebione, lecz nadal mogłyby z łatwością wybić altansarskich strzelców. Lorrien wstał gdy jedna z Sióstr Repentii nadepnęła na jego nogę, uderzył ją kolbą miecza i dobił, jednak na jej miejsce od razu przyleciała Serafina i zaatakowała go, musiał szybko sparować cios. Wtedy rozwalił jeden z jej silników rakietowych, co spowodowało wybuch, walczył z zaciętością, każda przeciwniczka, która pojawiła się przede mną ginęła, jednak na jej miejsce od razu wkraczała następna, po pół godzinie Eldarom udało się rozbić ich oddział szturmowy, Fae rozejrzał się – sytuacja nie wyglądała dobrze, Egzorcyści – artyleria sióstr siała krwawe żniwo wśród Eldarów, Immolatory atakowały Ogniste Smoki, co było głupotą, lecz zła sytuacja panowała na miejscu zgrupowania naszych dział, Obrońcy nie mogli poradzić sobie z atakującym ich oddziałem Celestian, którym przewodził Konfesor, Fae ruszył więc tam wraz z drużyną Eradiela, walka rozgorzała na nowo, Celestiany były bardzo zaciekłe, ich miecze łańcuchowe powaliły już wielu wrogów, oprócz tego niektóre z nich używały mocy umysłu w walce, więc było jeszcze trudniej, kilka minut trwało zanim przestały się wbijać w eldarskie oddziały niczym ciepły nóż w masło, następne kilka godzin zajęło nam spychanie ich do okopów imperialnych, z początku walczyli na trupach Eldarów, teraz były to trupy Sióstr Bitwy, oddział Celestian został zdziesiątkowany, a armia rozbita, Konfesor zdołał jednak uciec, a Matka Przełożona zginęła z rąk Caeyry.
- Ta bitwa pociągnie za sobą wiele zwycięstw, dopilnuj, żeby wszystkie były nasze Fae
- Tak, zrobię co mogę, żeby spełnić twoją wizję, Arcyprorokini
- Cóż, czas na rozstanie… Do zobaczenia w zaświatach! – Arcyprorokini weszła na stół ofiarny, Pololukar – kapłan Khaine’a rozpoczął rytuał, który trwał kilka dni, przez ten czas nic nie jadł, nie spał i nie pił, rysował tylko runy wokół siedzącej nieruchomo Caeyry, tańczył, śpiewał, modlił się, wreszcie pewnego dnia przemówił:
- Nadszedł czas! Khainie! Twój pokorny sługa wzywa Cię, ta oto wielka istota chce poświęcić swą krew i ciało byś mógł w części zstąpić do tego świata!
Nastąpiła rzecz niesłychana, nigdy wcześniej Fae nie był świadkiem przyzywania Awatara, więc nie mógł oczom uwierzyć.
Oto tuż obok w płomieniach ukazał się ognisty duch, powiedział:
- Ja, wielki, potężny Bóg Wojny Kaela Mensha Khaine przyjmuję ofiarę, zezwalam na zesłanie mej boskiej mocy do tego świata!
Arcyprorokini zaczęła wirować w powietrzu, aż nagle zapłonęła i w wielkim wybuchu narodził się Awatar – wielki płonący demon.
- Przybywam, by siać śmierć i strach wśród naszych wrogów!
***
- Oto nasz nowy Arcyprorok! – Umghar, jako najstarszy Eldar na Światostatku założył mi hełm Arcyproroka i ogłosił Faeo Lorriena przywódcą Altansaru.
Nowy Arcyprorok stanął na wielkiej ambonie w olbrzymiej wysokiej Sali na Altansarze. Podszedł Eradiel, którego przed chwilą Fae wybrał na nowego proroka w miejsce Khazego, który niestety zginął podczas bitwy.
- Chodź, chodź, nowa era na Altansarze czeka!!!

Rozdział 7 – Stare Wątki

Minęły trzy tygodnie od opanowania Leonovy przez Altansarskich Eldarów, był to historyczny moment, ponieważ Leonova to pierwszy od wielu tysiącleci świat na stałe zasiedlony przez Eldarów. Po śmierci Caeyry i zniszczeniu sił Sióstr Bitwy nadszedł czas, aby Eldarzy opanowali całkowicie swój wielki okręt. Teraz, gdy Arcyprorok stworzył bezpieczną bazę, wielką maszynę wojenną, Eldarzy przystąpili do przygotowań, chcieli całkowicie wyprzeć Tyranidów oblegających resztkę Altansarczyków broniących się w najświętszych tarasach i świątyniach Światostatku. To była szansa na stworzenie poważnej siły w Galaktyce, ta planeta może być miejscem odrodzenia wielkiej rasy Eldarskiej, trzeba tylko opanować Światostatek… tylko…
***
Ponad połowa powierzchni okrętu została opanowana przez Tyranidów, jedna trzecia Altansaru została zniszczona podczas szturmu obcych, na pozostałym skrawku powierzchni w sercu Światostatku bronią się ostatni obrońcy Altansaru, teraz tylko pomoc z Leonovy może przechylić szalę na stronę Eldarów. Obrońcami dowodzi Egzarcha Pająków Spaczni Rakanis wraz ze swoją adiutantką Egzarchą Wyjących Banshee Iliadą.
- „Widmo Arlekina” wchodzi na orbitę Altansaru, Arcyprorok prosi o otwarcie hangaru – pilot był wysokim kilkusetletnim eldarskim czarownikiem, miał na sobie zielono – biały strój złożony z białej upiorytowej zbroi i zielonego płaszcza z kapturem, o jego pozycji świadczyło zaklęte ostrze – Berło Altansaru, przekazywane z Arcyproroka na Arcyproroka, według długiej tradycji Eldarów. Osobisty wahadłowiec Faego był niewielkim okrętem podobnym do „Vipera”, jego zielono – biały kadłub był wyposażony w hermetyczną kabinę.
Doki się otwarły i statek wleciał do środka, na Arcyproroka czekała już duża grupa Eldarów, na której czele stała Iliada z gwardią Nurkujących Sokołów.
- Witaj Arcyproroku, to nasze pierwsze spotkanie od twojego objęcia władzy, od razu widzę, że zmężniałeś od twojej ostatniej przygody z Karnifeksem – w tym samym czasie przybył Rakanis – głównodowodzący siłami na Altansarze. – Oto Egzarcha Rakanis
- Witam, wiele o panu słyszałem – Fae nie zamierzał wywyższać się z powodu swojej pozycji, a skoro Rakanis był o wiele starszy traktował go z wielkim szacunkiem, jednak o ile Iliada była jego serdeczną przyjaciółką, o tyle Rakanisa denerwowało jego poczucie humoru i luźne podejście do poważnych spraw.
- Tak, nie wiem o czym Caeyra myślała proponując ci tą pozycję, jednak muszę ją uszanować – po tej spokojnej wypowiedzi dodał oschle – Witamy na Altansarze.
- Chodź, przedstawimy Ci sytuację – Iliada zignorowała niechęć Rakanisa i mile zaprosiła Faego do komnat taktycznych. Była odważną, przyjemną dziewczyną, równie szybko awansowała w hierarchii Altansaru co on, miała, jak przystało na banshee purpurowe, bujne włosy. Byłą wyposażona w zieloną zbroję, z siatki upiorytowej, która w ogóle nie krępowała ruchów jej zgrabnego ciała biała szata ceremonialna powiewała za nią gdy szybkim marszem prowadziła Arcyproroka przez zielono białe korytarze.
Gdy przechodzili przez Święte Ogrody Ishy widać było ślady wojny, Eldarzy chodzili przygarbieni, mieli na sobie opatrunki, płytki i kafle upiorytowe były brudne i popękane, nikt się tym teraz nie zajmował, choć byłoby to niedopuszczalne przed wielką inwazją, wtedy Altansar pulsował życiem, wokół biegały Eldarskie dzieci, dorośli śpiewali pieśni i ćwiczyli zdolności psioniczne albo szermierkę, drzewa były pełne kolorów, a rajskie ogrody kwitły w najlepsze, tamto miejsce nie przypominało tych szarych, opuszczonych alej i wyschniętych, czarnych drzew.
Komnata nie była zaprojektowana do narad bojowych, był to teatr, w którym przed inwazją przedstawiano Eldarskie mity, o których Arlekini, jeszcze wtedy wędrowni trubadurzy tworzyli różne spektakle, teraz ta barwna kultura została zmieniona przez wszędobylską wojnę i Arlekini służą jako oddziały rozpraszające siły wroga. W tym opuszczonym miejscu na scenie przywołano prosty upiorytowy stół, na którym były plany wielkiego, niegdyś najwspanialszego ze wszystkich Światostaków Altansaru.
- Oto wszystkie oryginalne plany którymi dysponujemy, te karty są starsze od imperium ludzi, więc zwykle używamy ich kopii, ale teraz planujemy większą akcję odbicia całej kondygnacji silnikowej, więc potrzebna jest precyzja oryginału – Iliada pokazała stare mapy – Tu, tu i tutaj są główne gniazda Tyranidzkie w tym sektorze, żeby w ogóle marzyć o opanowaniu całego piętra trzeba by zablokować wszystkie możliwe przejścia, którymi mogłyby wejść tutaj większe tyrano formy, co prawda Światostatek był projektowany na wypadek inwazji drobnych obcych jest jednak wiele szybów, którymi gaunty, miny zarodnikowe i roje rozdzieraczy mogłyby dostać się tutaj, o wielu z nich pewnie nie wiemy, możliwe też, że wieże kapilarne utworzyły całą sieć połączeń, którymi tyranidzi mogliby się swobodnie przemieszczać. – Iliada zrobiła przerwę, by zaczerpnąć powietrza.
- Rozumiem, jakimi siłami dysponujemy? – Fae już był zaskoczony beznadziejnością sytuacji.
- Jakimi siłami?! Powiem Ci jakimi siłami, nasza liczebność odpowiada jednej czterdziestej tyranidów! – wybuchnął Rakanis – Gdyby nie chęć posiadania stałego lądu już dawno wybilibyśmy to draństwo z naszego domu, zanim by zdążyło się zakorzenić, ale teraz będziemy potrzebować dziesiątek, lub setek lat, żeby dokładnie oczyścić Altansar, drugie tyle zajmie naprawa, odbudowa relikwii i stanu liczebnego naszych sił! Taka jest nasza sytuacja…
- Rozumiem. Postaramy się temu zaradzić. – Arcyprorok już niemal nie wierzył w możliwość sukcesu. – Ale dzięki siłom ciągle przybywającym tutaj z Leonovy powinniśmy zgromadzić wystarczającą ilość żołnierzy.
- Panie! – Łowca wbiegł niepostrzeżenie.
- Tak? – odezwał się Fae
- Nie, proszę mi wybaczyć, ale miałem na myśli Egzarchę Rakanisa.
- Proszę – Rakanis wyglądał na zadowolonego, zawsze lubił dokuczać Faemu, odkąd ten został przyjęty do Obrońców w wieku stu lat, ogólnie znany był ze swojego opryskliwego charakteru, jedyną osobą, którą cenił była jego córka Iliada. Był za to wspaniałym taktykiem polowym, z tego powodu został mianowany Egzarchą Pająków Spaczni, jest w hierarchii wyżej niż niektórzy Czarownicy. Zawsze nosi na sobie zbroję z trójkątnym, ząbkowanym generatorem spaczniowym na plecach, miał typowe ostrza energetyczne na rękawicach i podwójne przędzarze śmierci na sztucznych ramionach doczepionych na generatorze w pasie. Zawsze ubierał hełm, ponieważ w wieku sześciuset czterdziestu dwóch lat został poparzony miotaczem ognia Orków, od tej pory na twarzy ma paskudne blizny.
- Tyranidzi wytopili kolejne przejście, Piewcy nie nadążają z łataniem.
- Do diabła, muszę iść, Iliado racz dokończyć odprawę beze mnie – Rakanis wyteleportował się z pomieszczenia teatru.
- Wybacz mu, zawsze był arogancki, a ostatnimi czasy jest bardzo ciężko, pogrąża się w nienawiści do zła, tak bardzo, że nie zwraca już uwagi na dobro.
- Zauważyłem, możemy dokończyć kiedy indziej? Chciałbym rozeznać się w rozmieszczeniu naszych oddziałów.
- Dobrze, chodźmy.
Po przejściu przez ogrody skręcili w lewo, w stronę koszar. Wielkie koszary były miejscem szkolenia, mieszkaniem i świątynią dla większości Eldarów, Wielka Sala była podzielona na kilka części, każda dla innego rodzaju wojsk, były hangary dla pojazdów, skrzydło dla Obrońców i inne komnaty przeznaczone dla odmiennych oddziałów eldarskich, na końcu Sali było miejsce zwane Aleją Przodków, przy drodze stały ustawione rzędem roboty z Upiornej Straży, gotowe by stać się mieszkaniem jakiejś eldarskiej duszy. Na końcu drogi było kilkadziesiąt wielkich Władców Upiorów, również gotowych do użycia przez martwego Altansarczyka.
- Oto tutejsze koszary, robią wrażenie, co?
- O tak, takich nie widziałem w życiu Iliado, od mojej ostatniej wizyty wiele się zmieniło.
***
Trzy ziemskie doby później…
- Leć bezpieczna Iliado, pilnuj jej jak oka w głowie proroku!
- Bądź spokojny Rakanisie, zajmę się Iliadą. – Fae zamknął tylne wejście do Vipera – Ruszaj!
Iliada, Arcyprorok i grupa eldarskich Łowców zostali wysłani, by dowiedzieć się, co będzie potrzebne do zniszczenia bazy Tyranidów. Viper wyleciał przez wlot hangaru, plan był prosty – wylądować jak się da najbliżej i przeskanować umocnienia obcych. Cóż plan był prosty, ale jego wykonanie już nie, Tyranidzi mieli niewyobrażalną przewagę liczebną i mogliby z łatwością zniszczyć lekki czołg i jego załogę, trzeba było działać z ukrycia, po cichu, więc włączyli pole maskujące i filtry dźwiękowe, dla Tyranidów byli niemal niewykrywalni, znaleźli pustą komorę po kapsule ratunkowej, więc wylądowali
właśnie tam. Uruchomili kamuflaż i ruszyli korytarzami, wszędzie wokół były przeróżne tyrano formy, od wielkich wież kapilarnych przebijających sufity do niedużych kolczatek zarodnikowych, które po nadepnięciu uwalniały chmurę kolców jadowych. Gdzieniegdzie spod roślin tyranidzkich wystawały fragmenty upiorytu, co kilka chwil korytarzami przebiegały hordy gauntów, słychać było drobnych Tyranidów w szybach wentylacyjnych nad sufitem, z rzadka odczuwalne były drgania podłogi, gdy ogromne Karnifeksy stąpały po Eldarskich komnatach, wszystkie w tym samym kierunku, wszystkie w tym samym celu – zniszczyć Eldarów, pożreć życie Światostatku, kierowane złowieszczymi podszeptami synaptycznego, grupowego umysłu roju parły w stronę przyczółka Eldarów, którzy bez przerwy ostrzeliwali nieprzebrane hordy ohydnych stworów.
- Tam jest gniazdo! – jeden z Łowców wykrył je jako pierwszy
Gniazdo Roju to zakorzeniona w podłoże forma żywa, której jedynym celem jest produkcja zarodników mycentycznych, z których powstają tyranidzi. Wygląda jak wielka paszcza, w której wnętrzu leżą większe i mniejsze jaja, Gniazdo produkuje składniki odżywcze dla jaj z różnych gazów, jak roślina, po osiągnięciu dorosłości przez jaja Gniazdo wymiotuje kilkoma zarodnikami naraz. Potem cykl się powtarza.
- Żeby zniszczyć to świństwo musimy strzelić z działa pryzmatowego w zarodniki w chwili, gdy Rój będzie wymiotował Tyranidami. Nierozwinięte zarodniki są wysoce wybuchowe. – Fae gestem zawrócił drużynę – Wynośmy się stąd, skan zrobiony, możemy wracać do bazy.
Wracali tą samą drogą, lecz tym razem napotkali Liktora, te bestie widzą termowizyjnie, więc wykrył ich obecność, Liktorzy to wysokie, pół tonowe stwory, których kilkumetrowe szpony mogą przebić niemal wszystko, zamiast paszczy mają oni zwój macek, które wkładają wszystko do ukrytego wśród nich dzioba.
Dla tak niewielkiej grupy zwiadowczej Liktor to nie lada wyzwanie.
- Zabić go zanim prześle synaptycznie informacje o naszej obecności! – Fae rzucił się na potwora, który usiłował skontaktować się z umysłem roju – giń parszywa bestio!
Wytworzył łuk energetyczny, który wybił go wprost na głowę monstra, które próbowało go zrzucić, Arcyprorok wbił miecz w kark Liktora, wtedy ten uderzył go zewnętrzną częścią szpikulca i zrzucił z grzbietu, tymczasem reszta drużyny nie próżnowała i Łowcy już ostrzeliwali bestię z karabinów snajperskich, dzięki czemu odwrócili uwagę potwora od Iliady, która zaatakowała go Egzekutorem – podwójnym ostrzem energetycznym, które było standardową bronią Egzarchy Banshee, Liktor upadł na kolana, wtedy Łowca Iliazebeth strzelił prosto w oko bestii, która padła bez ruchu na ziemię. Fae wstał, otrzepał się z kurzu, którego kamuflaż nie maskował i ruszył dalej wraz z resztą Eldarów. Po kilku godzinach już siedzieli w teatrze i opisywali umocnienia, oraz odtwarzali skany otoczenia bazy.
_________________
The enemies of the Eldar shall fear my wrath...
 
 
Aspect 
Moderator
Khaine's Wrath



Wiek: 21
Dołączył: 03 Sty 2011
Posty: 1422
Skąd: The Grim Horizon
Wysłany: 2012-02-04, 16:41   

Rozdział 8 – Nowa Nadzieja

Cztery tygodnie minęły od tamtego wypadu, cztery tygodnie nieustannej walki o utrzymanie skrawka Światostatku, w tym czasie na Altansar przybyły znaczne siły Eldarskie z powierzchni planety, a Fae nabrał już powagi i skupienia, które było normalne w tych przeklętych korytarzach smutku.
- Nadszedł czas! – Rakanis był zaskoczony nagłym przybyciem Arcyproroka do jego komnat podczas snu – Właśnie zginęło czterech Obrońców, gdy Karnifeks przebił barykadę, nie możemy siedzieć z założonymi rękami i czekać aż nas wybiją do nogi! Z Leonovy właśnie przyleciał ostatni transport „Scorpionów”, w sumie nasze wojska pancerne liczą ponad setkę tysięcy Władców Upiorów, Falconów, Viperów, Blyszczących Włóczni, Ognistych Pryzmatów, mamy nawet pięć Scorpionów. Ogółem nasza armia liczy ponad milion wojowników, musimy zaatakować teraz, zanim Tyranidzi zbiorą jeszcze więcej sił.
- Tak jest nas milion, ale Tyranidów jest o wiele więcej! Nawet jeśli każdy Eldar zabiłby tysiąc gauntów i tak nie mamy szans, bo następne urodzą się w Roju!!! – wybuchnął Egzarcha – Jednak wiesz, że nie jestem tchórzem i choć uważam, że ta kampania nie ma szans powodzenia, to udam się z tobą, wypędźmy ohydnych obcych z naszego domu!
Iliada weszła po cichu do komnaty, miała ze sobą całą Radę Proroków, którzy przybyli z Leonovy – My też jesteśmy gotowi! – powiedziała – Ja i cała Rada jesteśmy z tobą, armie się zebrały za niedługo rozpocznie się bitwa!
- Eradielu! – Fae przywołał swojego ulubionego doradcę i przyjaciela – poprowadzisz armię pod naszą nieobecność, wyruszamy, by zniszczyć gniazda na tym piętrze, wy macie odwrócić uwagę bestii!
- Zrobię wszystko, co w mojej mocy Proroku!
- Teonathanie, ty weź oddział Pająków Spaczni i zablokujcie drogi, którymi mogliby przybywać Tyranidzi z innych pięter
- Zrobi się – dwaj prorocy ruszyli w przeciwnych kierukach
- Pozostali będziecie dowodzić armią tak, jak was rozdzieli Eradiel, ruszajcie!
Po wyjściu całej Rady Fae zwrócił się do Rakanisa i Iliady:
- Znacie się na tych terenach jak nikt inny, pójdziemy razem za linie wroga, tak jak poprzednio z Iliadą i Łowcami, zniszczymy Roje, zanim się zorientują!
- Odważny plan, im dłużej tu jesteś tym bardziej mnie zaskakujesz – Rakanis wyrobił już sobie lepsze zdanie o Arcyproroku.
- Pójdę załatwić Falcona na przewóz – Iliada pobiegła z prędkością wiatru.
Już po kilku godzinach Eldarzy byli gotowi na stanowiskach bojowych, kilku żołnierzy przygotowało już się do otwarcia bramy, zza której wypadnie gigantyczna horda różnych bestii od małych, jak wiewiórki, po większe od dinozaurów Hierophanty.
- Otworzyć bramę! – Eradiel siedział na miejscu dowodzenia, bu móc sprawnie kierować poczynaniami jego wojowników i wojowniczek.
Brama opadła, zapadła złowroga cisza, Eldarzy stali w bezruchu z wycelowaną bronią, nagle z kompletnej ciemności dobiegał miarowy tętent. TUP – wszystkim po plecach przebiegł dreszcz TUP – słychać już było ryki bestii TUP – nagle oprócz kroków największego potwora dało się słyszeć cichsze stąpanie mniejszych stworów TUP – podłoga drżała, niektóre płytki popękały TUP – z mroku wybiegł mały Hormagaunt, zobaczył karabiny całej armii wycelowane w niego i wrócił do ciemnego korytarza, znów zapadła cisza, wiadomo było, że Tyranidzi stoją na skraju linii światła, w mroku pobłyskiwały ich złoto zielone oczy, nagle Hormagaunt z jękiem wyleciał, pod wpływem kopnięcia przez Tyrana Roju kilka metrów nad ziemią i spadł u stóp Władcy Upiorów, który zmiażdżył go upiorytową stopą, wtedy cała armia Tyranidów wydała jeden wielki psioniczny krzyk, który dało się słyszeć w każdym zakamarku Altansaru, w którym nie było próżni, Obrońcy upuścili karabiny zatykając wloty dźwięku w hełmach, dźwięk kilkukrotnie odbijał się echem w całym Światostatku. Nagle cała armia w jednej chwili ruszyła, pierwsze szeregi były tak liczne, że gdy przekroczyły linię światła i zginęły utworzyły mur aż do sufitu, a to była tylko pierwsza salwa Eldarów. Tyranidzi gniewnie przekopywali się przez mur, przełazili nad murem i robili tunele pod murem, nie ważne, wszystkie stwory zginęły, Eldarska siła ognia była przygważdżająca, po prostu żaden Tyranid nie miał szans ujść żywo, szurikenów i pocisków plazmowych było tak dużo w powietrzu, że trupy w murze były szatkowane na plasterki, taka sytuacja utrzymywała
się przez 3 godziny, na sekundę ginęły tysiące Tyranidów.
***
W tym czasie dwa Falcony wyleciały z hangaru, Teonathan wraz z dwoma Pająkami Spaczni poleciał w stronę najbliższej windy, a Fae, Rakanis i Iliada w stronę Bazy Roju. Po wylądowaniu Rakanis przygotował miny magnetyczne do zniszczenia struktur Tyranidzkich w bazie, Iliada ukryła Falcona we wcześniej znalezionej luce po kapsule ratunkowej, a Fae sterował platformą grawitacyjną z działem pryzmatowym, po kilku minutach szli pustymi korytarzami aż natknęli się na oddział Tyranidów, które co tylko dojrzały w Gnieździe i zostały zwymiotowane, prawdopodobnie zmierzali do walki, ale natrafili na grupkę Faego…
***
- Zostawcie Falcona tutaj, nie powinni go znaleźć, za mną! – Teonathan prowadził swój oddział przez opuszczony szyb ewakuacyjny, na jego końcu był pierwszy z dwudziestu elewatorów, którymi Tyranidzi z innych kondygnacji mogliby się tu dostać. – Tam jest! Zablokujcie go siecią molekularną, zaraz przygotuję Flet Upiorytu.
Pająki zalepiły wejście za pomocą Przędzarzy, Prorok już miał pleść Upioryt, gdy odezwali się Tyranidzi patrolujący szyb.
- Brońcie mnie, zablokuję przejście – Teonathan zaczął dmuchać we Flet, zamknięcie przejścia zajmie mu kilka minut, tymczasem jego wojownicy we dwóch muszą pokonać kilkudziesięciu Tyranidów…
***
Mur z ciał był cały czas dziurawiony i łatany, żaden Tyranid nie podszedł na odległość pchnięcia nożem. Ale wielka bestia, której kroki były coraz bliższe zmierzała w stronę Eldarów. Kilku Łupieżców pod ziemią przechodziło na stronę Eldarską i zabiło wielu strzelców. Liktorzy przeskakiwali nad murem i dostawali się pod miecze Wyjących Banshee. Wielka bestia – Hierophant już rozwalał mur trupów, teraz Tyranidzi nie przechodzili przez niego, bo zajmował całe przejście. Gdy przebił ścianę na wysokości głowy zalał najbliższe szeregi Obrońców falą jadu i trucizny, po całkowitym usunięciu muru z drogi był widoczny w całej swojej okazałości. Miał cztery dwudziestometrowe odnóża i dwie kończyny zakończone czterometrowymi szczypcami, jego głowa wielkości czołgu Predator cały czas wypluwała rzeki jadu, a kolec jadowy na ogonie strzelał niczym kanonierka. Ogółem Hierophant miał czterdzieści metrów wysokości i ważył ok. sześćdziesiąt ton, był w stanie rozerwać Scorpiona na dwie części, cała Eldarska armia ostrzeliwała monstrum, które zadawało Eldarom poważne straty, jedynie potężni Władcy Upiorów utrzymywali się na nogach, gdy reszta Tyranidów cały czas wylewała się z tunelu, który już niczym nie blokowany zamienił się w rzekę pędzących istot…
***
Fae stworzył psioniczną falę, szeregi Tyranidów odleciały w tył, Iliada i Rakanis rzucili się w chaos walki, Fae wspierał ich ciosami Berła, po chwili został tylko wielki Wojownik, który synaptycznie wspierał swoich pobratymców, kiedy został sam złapał w szczypce Rakanisa, który wyteleportował się za nie go, odwracając jego uwagę od Iliady, która wbiła jedną z końcówek Egzekutora w nieosłoniętą nogę potwora, co pozwoliło Faemu dobić Wojownika strzałem z pistoletu Ulthrana.
- Dobra robota, idziemy dalej.
***
Teonathan szybko zablokował elewator i wspomógł siłami psionicznymi dwójkę wojowników, okazało się, że był to oddział samych termagauntów, niewielkich bestii, które strzelały pociskami zarodnikowymi do Eldarów, te potworki nie były zbyt silne i oddział szybko się z nimi uporał. Teraz chodzili od elewatora do elewatora i blokowali się przed ewentualnymi posiłkami Tyranidzkimi, przy większości elewatorów napotykali nieduże oddziałki gauntów, w pewnym momencie, gdy szli do ostatniego przejścia usłyszeli odgłosy walki, przygotowali broń, okazało się, że napotkali trójkę dowódców zmierzających do Bazy Roju.
- Czy dotarliście już do Gniazd? – Zawołał Teonathan – my zmierzamy już do ostatniej windy.
- Nie, jeszcze nie, dołączcie do nas, później razem załatamy elewator i powrócimy na pole bitwy.
***
Hierophant był już ciężko ranny, ale nadal nękał szeregi Eldarów, jedna trzecia Eldarów zginęła już przy pierwszej fali, która została z trudem odparta, gdy Hierophant chylił się już ku upadkowi Eradiel rozkazał, by wszystkie działa pryzmatowe skierować na jedną nogę obcego, gdy salwa została wystrzelona potwór zachwiał się, wyglądało jakby chęć mordu pchała go dalej, czyniła odpornym na śmiertelne obrażenia, próbował z całych sił przeć dalej do przodu przez szeregi Eldarskie, lecz wtedy jakby zdał sobie sprawę, że już nie jest w stanie dalej walczyć i w chmurze pyłu zwalił się na ziemię zabijając wielu Tyranidów.
***
Baza Roju była wielką okrągłą komnatą zwieńczoną kopułą, na środku sali stały trzy wielkie paszcze Gniazd Roju, ich jedyną ochroną były rodnie – tyrano formy przypominające mięsożerne rośliny, rodnie strzelają minami zarodnikowymi w kierunku wroga, pełnią funkcję nowoczesnej wieży strażniczej. Rakanis i dwa pozostałe Pająki Spaczni przeteleportowali się pod każdą rodnię i wysadzili ją miną magnetyczną, po kilku chwilach działa pryzmatowe były wycelowane w każdą z trzech paszcz Gniazd Roju. Po oddaniu strzału wiązka Lancy Świetlnej wleciała do Kryształu Pryzmatowego w dziale i po przeleceniu przez pryzmat zmieniła się w potężną wiązkę lasera, która zdetonowała zarodniki w paszczy w kilka milisekund, oczywiście gdy paszcze się otwarły w stronę Eldarów ruszyły trzy oddziały Tyranidzkie, walka była bardzo ciężka, zginęły Pająki Spaczni Teonathana, a on sam został ciężko ranny. Ale cało dotarli do Falconów i wrócili do bazy. Wysiedli z czołgów oczekując wiwatów, ale zobaczyli pole bitwy zasiane trupami obu stron, nikt żywy nie był widoczny w zasięgu wzroku, czwórka Eldarów udała się do koszar, nikogo tam nie było.
- Co tu się dzieje? – spytał Fae – gdzie są wszyscy?
- Czyżby nasi ludzie przegrali walkę? – Rakanis tracił opanowanie.
Ruszyli do teatru, po drodze znajdowali ciała i Tyranidzkie i Eldarskie.
- Kto… ktoo tamm? – jakiś głos dobiegał ze środka Sali, gdy weszli do środka – chodźcie tu Tyranidzkie psy, zasmakujcie Eradielowego ostrza!
- Eradiel!!! – Fae rzucił się między ławki w stronę sceny, na której znalazł straszny widok – ciała wszystkich Proroków zostały w nieładzie rzucone na posadzkę, tylko Eradiel żył.
- Fae… Fae, mój chłopcze… żyjesz – mówił z trudem – zaskoczyli nas… uciekaj na… Leonovę póki możesz… oni są przebieglejsi… niż nam się wydawało… oniii… - nagle zamilkł, Fae zamknął mu oczy, trudno jest wysłowić smutek i wyrzuty sumienia jakie odezwały się w jego sercu, to on kazał im walczyć, to on przypieczętował ich los.
- Ruszamy na planetę, nic tu po nas. – Ze smutkiem i żalem opuszczali Altansar, z milionowej armii przetrwało czterech Eldarów w dwóch Falconach, siły Altansaru poniosły totalną klęskę. Po dwóch godzinach lotu niedobitki były już na planecie, a co tam zastali zaskoczyło ich wszystkich.
- Witaj Arcyproroku Altansaru, słyszałam o tej tragedii, która się wydarzyła, przepełnia smutkiem wszystkich Eldarów w Galaktyce, ale nadal masz do dyspozycji kilka tysięcy Eldarów i wielkie fabryki Leonovy, możesz odbudować jeszcze chwałę Światostatku, który wcale nie jest zgubiony… jeszcze. Jestem Anaya, Arcyprorokini Lugannathu, przywołałeś cały nasz Światostatek, kiedy otwarłeś kryptę na Leonovie, oferuję Ci pomoc w opanowaniu Altansaru…

Rozdział 9 – Lizanie Ran

Nadszedł następny okres oczekiwań, przez dwa miesiące bezustannie szykowali drugą próbę oczyszczenia Altansaru. Wreszcie w stronę Światostatku leci wahadłowiec z Lugannathu, na którym przebywa oddział zwiadowczy, oczywiście przewodzi mu Fae, jego zdolności zwiadowcze są cenione od samego początku przyjęcia go do wojska, jest aktualnie najwyśmienitszym dowódcą zwiadowczym w galaktyce, udowodnił to już wiele razy. Przez ten czas przygotowań zdołał już uporać się z myślą o stracie armii i przyjaciół. Za to zdobył nowych, Rakanis i Iliada są teraz jego ulubionymi doradcami i oficerami przybocznymi, z najlepszych Czarowników utworzył nową Radę Proroków Altansaru i powierzył jej dowództwo podczas jego nieobecności. Jak zwykle jego oddział składał się z Łowców, ale tym razem wziął też Iliadę jako przewodnika, poza tym pokazała, że również umie robić wypady zwiadowcze. Falcon wylądował, wyszli na miejsce walk sprzed dwóch miesięcy, zastali kości, dokładnie ogryzione, bielutkie kości Eldarów, było widać kilku Tyranidów zjadających jeszcze zwłoki, w gniewie wyłączył kamuflaż, podszedł do nich i z całą swoją furią zmasakrował grupę jednym czarem.
- Ruszajmy, musimy oczyścić to miejsce pod budowę bram osnowy.
Łowcy i Iliada przytaknęli, po pół godzinie już wybili resztki ucztujących potworów, w pewnym momencie zaczął mieć wizję… było jasno, wokół ognia siedzieli Eldarzy, było ich kilkuset, mieli ze sobą kobiety i dzieci, wokół stały Falcony i Vipery, było kilka Władców Upiorów, a nawet Ognisty Pryzmat, obozem dowodził Prorok z rady… powoli wróciła rzeczywistość, po chwili dopiero Fae zdał sobie sprawę co zobaczył…
- Oni żyją, niektórzy wojownicy przeżyli! – Fae aż skakał z radości – Musimy ich znaleźć!
- Kto żyje? – pytała Iliada
- Niedobitki z bitwy, musimy ich ocalić! – Fae był podekscytowany – za mną, wiem gdzie są!
Ruszyli po pobojowisku, Fae bezbłędnie doprowadził ich do komnaty zastawionej wrakiem Scorpiona, siłą umysłu odepchnął kawał żelaza na bok i wraz z oddziałem wszedł do środka, obok głowy przeleciał mu szuriken wystrzelony z pistoletu wartownika, który dopiero teraz spostrzegł, że to nie Tyranidzi.
- Wspaniała reakcja – wesoło powiedział Fae – ale na przyszłość zapamiętaj, żeby zobaczyć do kogo strzelasz.
- Pro… Proszę za mną – chłopak miał może sześćdziesiąt lat, był dzieckiem – pewnie dziwi was mój wiek, mam sześćdziesiąt trzy lata, wybrano mnie na wartownika, ponieważ biegam najszybciej z ocalałych, prowadzę was do Raaka, to on przeżył i zebrał tę grupę niedobitków, udało mu się zorganizować broń i kryjówkę.
Po przejściu krótkiego tunelu wyszliśmy na otwartą przestrzeń jednej z dużych komnat, była to zbrojownia, jeszcze sprzed inwazji, prowadziło do niej tylko jedno wejście, dlatego nie została opanowana przez Tyranidów, w planach nie było o niej mowy i nikt nie wiedział o jej istnieniu, dopóki podczas bitwy zestrzelony Scorpion nie zburzył muru blokującego tunel, wtedy Raak wziął swój oddział i chciał się tam bronić, by zminimalizować przewagę liczebną Tyranidów, lecz gdy zobaczył, że bitwa jest przegrana po prostu zamknął wejście wrakiem przy pomocy resztek jego sił psionicznych i stworzył ten azyl dla Eldarów.
- Ach Raaku, jakże się cieszy moje serce, dzięki Ci, że uratowałeś aż tylu Eldarów! – Fae aż stęknął od mocnego uścisku proroka – Opowiedz co się działo, gdy niszczyliśmy gniazda?
- Też się cieszę, że tu jesteś, ale mam złe wieści, Tyranidzi z innych pięter dowiedzieli się o bitwie, z ciekawości ich potwory Strażnicy Tyrana przybiły sklepienie Sali podczas bitwy, wtedy wsparci dodatkowymi siłami Tyranidzi zmiażdżyli naszą armię. Teraz oba piętra Światostatku są połączone w jedno wielkie Tyranidzkie Imperium, nawet druga taka milionowa armia nie odbije tego statku.
- Jesteś pewien? Bo tak się składa, że dysponujemy taką właśnie armią.
- Jak to?
- Lugannatczycy przybyli by nas wesprzeć, zamierają odbić Altansar, a następnie utworzy flotę Światostatków, już posiadają dwa, Lyanden i Lugannath, jeżeli dołączymy do nich i my, będziemy mieli najsilniejszą flotę w galaktyce, gdyż po wyremontowaniu Altansar wróci na pierwsze miejsce w rankingu siły ognia jednostki kosmicznej!
- Znakomite wieści! Jakie mamy rozkazy?
- Musicie zabezpieczyć pole bitwy, to tam Anaya zamierza przerzucić swe siły, Altansarczycy z planety wystawią osiem tysięcy żołnierzy, kiedy dołączycie, w sumie będziemy dysponowali armią 8700 wojowników, taka ilość wystarczy do odbudowy dawnej chwały Altansaru.
- Dobrze, zajmę się tym wraz z moimi siłami, ile żołnierzy zapewni Anaya?
- Około 6 tysięcy zbrojnych i 2 tysiące pojazdów w sumie przyprowadziła ze sobą z Lyandenu i Lugannathu.
- Wspaniale, możecie wracać, my się tu wszystkim zajmiemy
- Do zobaczenia jutro, w nocy Piewcy wybudują bramy.
Powrót nie trwał zbyt długo, znacznie dłużej dzieliliśmy się z Anayą dobrymi wieściami, wkrótce na całej planecie panowała radość i sposobienie się do bitwy. Po usłyszeniu dobrych wieści Eldarzy z nowej Rady Altansaru i Rady Lugannathu, oraz Arcyprorokini Anaya byli pełni nowych nadziei, okazało się, ze jednak da się przetrwać walkę z niepokonanymi Tyranidami, a teraz nadzieja znalezienia jeszcze kogoś żywego napełniała wszystkich optymizmem. Rozkazano tworzenie nowych kolumn zbrojnych przeznaczonych jako pomoc dla ewentualnych ocalałych, po dwóch dniach wszystko było gotowe wielka armada Anayy zbliżyła się do Altansaru. Osiem godzin zajęło armii samo zejście ze statków desantowych do bram osnowy wybudowanych w samym Światostatku dzień po powrocie Falcona zwiadowczego, Fae, Iliada i Rakanis przybyli już tam dzień wcześniej i zajęli się przygotowywaniem umocnień.
- Cała armia jest gotowa do wymarszu – Anaya wydostała się z bramy jako ostatnia – musisz przeprowadzić kolejny zwiad by stwierdzić, gdzie najlepiej się udać.
- Oczywiście, już wszystko przygotowałem – Fae miał już gotowy oddział Łowców, a Iliada już miała na sobie płaszcz kameleona. – Ruszamy natychmiast.
Zwiad przeprowadzili sprawnie, bez kłopotów, po czterech godzinach cały kordon sił Eldarskich już był w ciemnym tunelu.
- Nie możemy poruszać się po ścianach, tak jak oni, a wysyłanie piewców drogą teleportacji, nie ma sensu, zostaną natychmiast zabici, musimy wjechać na wyższy poziom elewatorem, jeśli zajmiemy mostek będziemy mogli już spokojnie oczyścić resztę okrętu. – Iliada tłumaczyła zdobyte informacje Arcyprorokini.
Znaleziono jeszcze dwie niewielkie grupy ocalałych, nic specjalnego kilkadziesiąt Eldarów zostało już przesłanych na Leonovę. Tyranidzi mieli swoją bazę na mostku, dzięki czemu kontrolowali system sterowniczy Altansaru, więc stamtąd trzeba ich przegonić, aby umożliwić sterowanie podsystemami statku, możliwe, że niektóre wieże laserowe jeszcze działają. Jednak tym razem to Eldarzy przypuszczą szturm na siedzibę bestii, więc będzie trudniej. Pryzmaty ostrzeliwały wrota do mostka, które Tyranidzi zdołali zamknąć. Kiedy wrota opadły nastąpił szturm, olbrzymie Revenanty z Lugannathu tworzyły szpicę, były tak potężne jak Hierophanty Tyranidów, Altansarskie Revenanty były uśpione na mostku, gdyby wojska Faego zdołały tam dotrzeć mogliby mieć szansę, lecz teraz trzeba odzyskać te potężne roboty, często zwane „eldarskimi tytanami”, za Revenantami szli majestatycznie Władcy Upiorów oraz Upiorna Straż, nad głowami żołnierzy śmigały Lśniące Włócznie, Falcony, Vipery, Ogniste Pryzmaty i zwykłe motory odrzutowe. Na ziemi za Upiorną Strażą maszerowały zastępy Wyjących Banshee i Uderzających Skorpionów, dalej Szturmowi Obrońcy włączali motory mieczy łańcuchowych, za nimi były dwa szeregi platform grawitacyjnych z ciężką bronią, obsługiwane przez Obrońców były główną siłą ognia Eldarów, za nimi Mroczni Żniwiarze, Łowcy i Pająki Spaczni tworzyły trzon armii, Rady Proroków, Autarchowie, Arcyprorokini Anaya, główni Egzarchowie Rakanis i Iliada, Fae, oraz oficerowie Lyandenu i Lugannathu tworzyły ogromny ośrodek dowodzenia ogromną armia Eldarów, na flankach leciało w sumie siedem Scorpionów, pojazdów niemal tak potężnych jak dwa Revenanty Lugannathu. Odzywali się już Tyranidzcy wartownicy, rój liczył trzy miliony bestii większych od Eldara, pozostałe sześć milionów to były nieduże potwory – gaunty i rozdzieracze. W powietrzu unosił się odór zgnilizny i rozkładu, wokół były kałuże Tyranidzkiej wydzieliny, która przeżerała się nawet przez Upioryt, tyrano formy i wieże kapilarne pokrywały ściany, oraz rosły w każdym niemal zakamarku wielkiej sali sterowania okrętem, dziwne Gniazdo Roju było bardzo zmodyfikowane, zamiast jednej paszczy – wylęgarni miało ich aż cztery, do tego w środku tyrano formu , z każdej paszczy bez przerwy wylewały się roje potworów. Revenanty wbiły się w szeregi Tyranidzkie, reszta armii również pogrążyła się w bitewnej zawierusze. Fae i Iliada walczyli z pokładów motorów odrzutowych Lśniących Włóczni, prowadzili eskadrę Szpon Gniewu, szybowali w górę i opadali na niczego niespodziewających się Tyranidów, ich katapulty szurikenowe i lance świetlne nagrzały się do czerwoności, w końcu zaczęło im brakować paliwa, musieli wylądować za liniami wroga i przebić się do reszty Eldarów.
- Do całej eskadry, lądujemy awaryjnie do naszych szeregów dostaniemy się pieszo – Fae zmienił kanał – do dowództwa, prosimy o przysłanie drużyny Pająków Spaczni eskadra Szpon Gniewu musi się do was dostać pieszo, prosimy o eskortę.
- Świetny plan – Iliada była rozbawiona nieuwagą Faego, była też uradowana, bo zaraz będzie mogła powalczyć w swój ulubiony sposób – Egzekutorem. – Mam nadzieję, że częściej będziemy latać na motorach odrzutowych pod twoją komendą hahaha!
Zaraz po wylądowaniu przeteleportował się do nich Rakanis z dwudziestoma Pająkami Spaczni, wbili się w szeregi Tyranidów, próbując przebić się przez całe ich linie. Fae i Iliada walczyli swoją ulubioną bronią, ale pozostali piloci mieli tylko pistolety szurikenowe, niekiedy noże, z rzadka miecze energetyczne. Fae walczył z wielką zawziętością, wypuczał pioruny psioniczne jeden za drugim, ciął we wszystkie strony Berłem Altansaru, obok niego Iliada wpadła w Taniec Śmierci, skakała nieraz na pięć metrów, od Tyranida, do Tyranida, nikt nie mógł stanąć na jej drodze. Rakanis teleportował się między różnymi osłonami i strzelał strumieniami sieci molekularnej, która była w stanie przeciąć nawet pancerz czołgu imperium. Pozostali Eldarzy pilnowali by trzymać się razem ze swoimi mistrzami, pająki naśladowały Rakanisa, a piloci strzelali w biegu, jeżeli jakiś Tyranid chciałby zaatakować od boku. Kilku pilotów poległo od ostrzału Termagauntów, ale większość biegła by nadążyć za falą zniszczenia stworzoną przez trzech dowódców. Kiedy mocno zbliżyli się do reszty Eldarów, kilku Władców Upiorów i Uderzających Skorpionów zaatakowało chcąc wesprzeć rozbitków.
Po dotarciu na miejsce piloci wsiedli do nowych motorów, tymczasem Fae i Iliada zostali na ziemi i pomagali w zabijaniu Tyranidów. Padły dwa Hierophanty i jeden Revenant drugi Revenant dalej siał strach i zniszczenie, żaden Tyranid już nie mógł się z nim równać, walka toczyła się na mostku.
W jego oszklonej części znajdowało się gniazdo, ta sala była tak wielka, że sufit był na wysokości dwóch kilometrów, dzięki czemu po niebie krążyły jednostki latające obu ras, Eldarskie motory odrzutowe i czołgi antygrawitacyjne, oraz Tyranidzkie gargulce i inne stwory uskrzydlone.

Rozdział 10 – Ostatnie Podejście

Walka trwała już dwa dni, Eldarzy i Tyranidzi ponosili ciężkie straty, w bitwie nie zdażył się jeszcze żaden przełom. Niejednokrotnie Fae próbował ostrzelać gniazdo, ale było poza zasięgiem, nie można się było do niego dostać, ale trzeciego dnia gniazdo nie rodziło nowych Tyranidów, zaczęło pęcznieć, rosnąć, Eldarzy nie wiedzieli co się dzieje, ale Tyranidów już nie przybywało, walczyli więc jeszcze bardziej zawzięcie, Prorokini Anaya i jej Rada wzięli wtedy pierwszy raz udział w tej bitwie, Eldarzy przez trzy godziny napierali na Tyranidów, w końcu ich linie obrony pękły, siły Faego i Anayy dobijały resztki Tyranidów, teraz jedynym zorganizowanym punktem oporu było samo gniazdo, bronione przez Zoantropy i Straż Tyrana. Ale gdy już doszło do ostatniego starcia Tyranidzi posunęli się do ostateczności, w akcie samobójczego szału rzucili się na szeregi Eldarskie, zabijając mnóstwo Obrońców, zatrzymały ich dopiero salwy Nurkujących SokołówGdy ich szeregi zadrżały członkini nowej Rady Proroków Altansaru ruszyła, by sprawdzić, czy jeszcze gdzieś nie przetrwali czasem Tyranidzi. Wtedy okazało się, że w pobliżu znajduje się drugi oddział Tyranidów, lecz tym przewodzi dowódca Tyranidzki na Altansarze – Tyran Roju, jego siły były niewiele mniejsze od tej armii, którą Eldarzy już pokonali, jednak składała się przede wszystkim z gauntów i małych Wojowników, prorokini szybko zawiadomiła resztę sił, po chwili cała armia zmierzała na spotkanie z Tyranidzkimi rezerwami. Tyran Roju uciekł do opuszczonego tunelu, Fae nie mógł przepuścić takiej okazji, rozkazał Rakanisowi objąć dowództwo, a sam pobiegł za Tyranem. Gdy go odnalazł, bestia stała przed nim w całej swojej okazałości, jej szczęki były pełne zębów, a ogromne ciało wypełnione mięśniami.

Potwór ryknął, aż zadrżała podłoga, a potem zaszarżował w stronę Arcyproroka, który odskoczył w ostatniej chwili i wykonał szybki rytuał odrzutu. Zebrał siły tak wielkie, że Tyran upadł na przednie łapy. Dla tak wielkiego stworzenia upadek na płuca skończyłby się tragicznie, ale monstrum zatrzymało się na szponach, odwróciło łeb i spojrzało prosto w oczy Faemu, wydawało mu się, że chce z nim nawiązać kontakt. Zezwolił na pogłębienie więzi i nagle w jego głowie odezwały się chaotyczne myśli wszystkich Tyranidów podpiętych do sieci Umysłu Roju, zalała go nawałnica krzyków, ryków, bezładnych myśli, było to tak jakby włożył głowę w silnik startującego Vipera, huk był niesamowity, aż rozbolały go uszy, …Wkońcu jego siła umysłowa pozwoliła mu nad tym zapanować, zdołał rozejrzeć się, zobaczył, że Tyran trzyma go w przedniej łapie i patrzy na niego z odległości mniejszej niż metr, sięgnął po ostrze, Berło, nie było go, rozejrzał się spanikowany, leżało sześć metrów dalej, próbował się wyrwać, szamotał się, ale odkrył, że Tyranid nic sobie z tego nie robi, nadal trzymał go metr od głowy i wpatrywał się niego mądrymi oczyma, znów poczuł umysłowe połączenie, już chciał się odciąć, ale zauważył, że tym razem była to jedna spokojna istota. Pozwolił jej więc na kontakt, okazało się, że to Tyran Roju jest jego Umysłem, to on kieruje myślami wszystkich bestii w roju, a pomniejsi oficerowie, tacy jak Zoantropy służą jako przekaźniki, Tyran użyczył mu nawet swojej władzy, Fae rozkazał Termagauntom odejść spod tunelu, żeby mu nie przeszkadzały w rozmowie z Tyranem, nagle odkrył, że nie blokuje największych sekretów Eldarskich, a Tyranid swobodnie przegląda jego myśli, kiedy stawił opór potwór ryknął prosto w twarz Arcyprorokowi. Poczuł ohydny odór zgnilizny, kawałki mięsa wylądowały mu na hełmie, nagle udało mu się wyrwać, podniósł Berło i wbił je między żebra potwora, który złamał mu nogę kopytem. Zebrał całą moc jaką dysponował i poraził Tyrana olbrzymią dawką elektryczności, potwór skwiercząc upadł i w ryku agonii wybuchnął uwalniając chmurę zarodników. Tak zakończyła się ostatnia, udana próba odbicia Altansaru.

Rozdział 11 - Przebudzenie

Dawno, dawno temu na planecie w odległych rubieżach galaktyki, istniała rasa rozwiniętych humanoidalnych istot nazywanych Nekrontyrami. Bali się oni o swoją przyszłość, ponieważ ewolucja dała im bardzo krótkie życia. Pewnego dnia na ich planetę przybyli potężni C’Tanowie – zdradzieckie stworzenia istniejące niemal od początku świata. Ich moc była równa boskiej. Czerpali ją z procesów termojądrowych zachodzących w gwiazdach. W poszukiwaniu siły przybyli w okolice układu Nekrontyr. Odkryli tam ogromne źródło mocy, lecz nie pochodziło ono z gwiazdy. C’Tanowie wykryli dusze, opracowali plan ich zdobycia po rozmowach z Nekrontyrami, którzy uczynili z nich swoich bogów. C’Tanowie zaoferowali Nekrontyrom nieśmiertelność, jeżeli ci zamknął swoje dusze w robotach z tantalitu – żyjącego metalu. Nekrontyrzy przystali na propozycje i wykonali ich żądania. Oprócz tego z tantalitu zrobili ciała również dla C’Tan, którym się spodobały, gdyż do tej pory byli oni czystą niematerialną energią. Nekrontyrowie z radością zamknęli się w konstruktach tantalitowych. Okazało się jednak, że zostali oszukani przez C’Tan, którzy natychmiast wchłonęli ich dusze i przejęli nad nimi absolutną władzę, czyniąc z rasy Nekrontyrskiej niewolniczą armię śmierci, której jedynym zadaniem było zdobywanie dusz dla swoich demonicznych władców. Tak powstali Nekroni. C’Tanowie wysyłali ich na liczne wojny, niszcząc niemal całe życie w galaktyce. W wojnie z Eldarami stworzyli zalążek zła – bogów chaosu. Bojąc się nieznanych im sił Spaczni, która wtedy była połączona z materialnym światem, postanowili oddzielić ją na zawsze. Na planecie o nazwie Cadia wznieśli nasycone potęgą pylony, których moc utworzyła barierę pomiędzy Spacznią a naszym światem. Tak powstały wrota Cadiańskie, jedyne połączenie ze Spacznią. Jednak C’Tanowie pomimo swojego zwycięstwa tracili moc. Nekroni mieli już trudności ze znajdowaniem kolejnych dusz do nakarmienia nieskończonego głodu C’Tan. Wtedy podjęli decyzję, by dać czas galaktyce na odnowienie życia, jeszcze przed powstaniem zwierząt na Ziemi. C’Tanowie i Nekroni zapadli w sen…
Teraz jest 41 tysiąclecie. Świat znów tętni życiem…i wojnami. Ogarniętą chaosem galaktykę próbuje zjednoczyć rozciągnięte na niemal całej jej powierzchni Imperium Człowieka. Istnieje również wiele innych nowych i starych ras. Nekroni wyczuwając tą eksplozję życia zaczęli się budzić, mimo że większość ich wojsk spało nadal. Ich czarne krucjaty zaczynają siać krwawe żniwo wśród żyjących, którzy myśleli, że Nekroni dawno temu wyginęli…
Na odległej planecie Huricann ludzka ekspedycja górnicza odnalazła pozostałości dawnych cywilizacji, nieznanych jeszcze człowiekowi. Na miejsce odkrycia przybył potężny psionik – Safir Hans O’Connel. Wierząc w jego mądrość i wiedzę ludzie ściągnęli go tutaj, by powiedział im co odkryli. W wejściu do katakumb zadziwił go brak garnizonu. Od razu poznał co to było.
- Zakopcie to natychmiast z powrotem! –ze strachem spoglądał w głąb ciemnej otchłani – To ruiny starożytnej cywilizacji Nekronów.
- Słyszałem o nich… Podobno wyginęli dawno temu wybici przez Eldarów. – stwierdził stary górnik.
- To nie prawda! Oni przetrwali, Imperium tego nie rozgłosiło, ale Nekroni budzą się z uśpienia - już kilkanaście światów zostało oczyszczonych z życia.
Nagle ziemię ogarną wstrząs tektoniczny.
- W tym rejonie nigdy nie było trzęsień ziemi… - ze strachem oznajmił jeden z młodszych robotników
- To nie trzęsienie… Biada nam! – przerażony Safir krzyczał – uciekajcie, jeśli miłe wam życie!
Ale już było za późno, Obudzone maszyny śmierci ruszyły z ciemności, dało się wyczuć elektryzującą aurę ich dziwnej energii, która wypełniła całe ruiny. Przeróżne obeliski i monolity wysuwały się z twardego piaskowca, rozsadzały skałę. W pełnym biegu garstka ludzkich robotników uciekała w stronę promu gwiezdnego. Safir wyróżniał się złotymi szatami i mieczem ozdobionym eldarskimi runami. Nagle przed nimi ziemia zaczęła falować, zapadać się. Ze skały wysunęły się trzy półmetrowe ostrza, po chwili, tuż obok następne trzy wykopały się na powierzchnię. Powoli z ziemi wydostały się ręcę, głowa, korpus i nogi konstrukty – rozdzieracza. O’Connel rozejrzał się, wszędzie wokół rozdzieracze wychodziły spod ziemi. Kilku ludzi zostało już rozszarpanych przez ich ostre, potrójne szpony. Psionik wyciągnął miecz i wbił go w korpus pobliskiego Nekrona ratując życie młodemu górnikowi, który w szczycie bezczelności wsiadł do dwuosobowego myśliwca Safira i po prostu odleciał nie czekając na nikogo. O’Connel zaklął szpetnie i wsiadł z resztą górników do ładowni promu, nagle statkiem zadrżał wstrząs. Połowa kadłubu została oderwana i po prostu wyparowała w żółtozielonej eksplozji. Przez lukę Safir zobaczył w pełni uruchomiony monolit, już wychodził przez właz, gdy drogę zastąpiło mu kilku rozdzieraczy. Pierwszego zniszczył psionicznym piorunem. Dwóch próbowało zajść go od tyłu. Odwróciwszy się, odkrył, że było już za późno na unik. Poczuł zimny chłód stali we wnętrzu brzucha. Potworny ból ogarnął go od stóp do głów, z upływu krwi i cierpienia stracił przytomność… Ale żył…
Ból… ból… ból był wszystkim co czuł gdy się obudził, nagle odkrył, że nie jest w zaświatach. Spróbował otworzyć oczy. Wystraszył się, gdy nic się nie stało, nagle odkrył, że nie ma co otwierać, gdyż nie czuł powiek. Jakiś obraz pojawił mu się wreszcie przed oczyma - był w ciasnym pomieszczeniu, lśniącym na zielono. Kiedy wziął pierwszy wdech wszystko przestało go boleć. Spróbował się podnieść i sprawdzić, co się stało z jego oczami i z Nekronami, którzy go „zabili”. Usiadł, nagle odkrył coś dziwnego - jego nogi…były dziwnie lekkie. Spojrzał w dół… nie miał nóg…Miał robotyczne kończyny Nekrona. Zwrócił wzrok na ręce - również były wykonane z tantalitu. Nagle odkrył prawdę – stał się pariasem – człowiekiem zmienionym w elitarnego wojownika Nekronów…
Gdy w końcu w niemym krzyku uporał się z prawdą, zobaczył, że jedną ścianę komnaty pokrywa szkło. Podszedł się przejrzeć, a to, co ujrzał napełniło go jeszcze większą rozpaczą. Jego twarz była przykryta nekrońską maską, po bokach wystawały mu dwa fragmenty ust, pozbawione skóry, z zębami na wierzchu. Reszta jego ciała była przykryta. Prawdopodobnie odkryte szczęki miały budzić lęk we wrogach pariasów. Tantalitowe płyty zakrywające jego tors i kończyny były stalowoszare, na podłodze obok leżała broń pariasa – nekrońska kosa bojowa z rozdzieraczem Gaussa. Wyczuwał, że ktoś próbuje włamać się do jego umysłu, nagle sobie zdał sprawę z tego, że to właśnie z tego powodu od przebudzenia cały czas pulsująco bolała go głowa. Pozwolił z ciekawości uchylić kawałek zasłony. Usłyszał tajemniczy głos:
- Hha… Haha haha Na resz.. ciee. Udaało mi sięęę! Coś ty za jeeeden? Jakaż istota opieraaaa się mocyy wielkieegoo C’taa naa, Oszusta?
- Ach, idź demonie parszywy! Nigdy nie posiądziesz mojego umysłu!
- Coo?! Nikt nigdy nie znalazł tyle mocy! Nieeeeee!!!
Safir wygnał Oszusta ze swojego umysłu, osłabił jego wpływ na tyle, że wykradł mu władzę nad całymi tutejszymi katakumbami. Safir uwalniając Nekrontyrów spod wpływu C’Tan zwrócił im wolną wolę, a ci, zrozumieli jak wielki popełnili błąd zamykając swoje dusze w metalowych korpusach. Safir wyszedł na powierzchnie, gdzie zgromadzili się wszyscy kochający gwiazdy Nekroni.
- Mimo, że byłem pod wpływem parszywego Boga jedynie kilka godzin. Wiem jak wielkie są to męki. Wy nieśliście to brzemię przez milenia! Nastąpiło wasze i moje przebudzenie! – Safir odkrył, że może umysłem działać na zbroję, dzięki czemu mógł korzystać z głośników…Takim sposobem wypowiedział orędzie do nowo zdobytej armii…
– Galaktyka stoi w płomieniach, wasi pobratymcy mordują i palą, mnóstwo innych rodzajów zła stąpa po światach naszej galaktyki. Musimy dołączyć do wielkiej wojny! Nasze życia są już stracone! Mamy jednak możliwość niesienia pomocy innym, musimy z tego skorzystać!
Reszta Nekronów potakująco kiwała głowami. Oni nie mieli możliwości rozmowy, jedynie pariasi i niektórzy lordowie mieli wmontowane głośniki. Safir jednak wiedział, że w głębi duszy ich rasa jest dobra, wiedział doskonale jak potężne narzędzie znalazło się w jego rękach, mógł dzięki nim uczynić wiele dobra…
_________________
The enemies of the Eldar shall fear my wrath...
 
 
Aspect 
Moderator
Khaine's Wrath



Wiek: 21
Dołączył: 03 Sty 2011
Posty: 1422
Skąd: The Grim Horizon
Wysłany: 2012-02-04, 16:44   

Rozdział 12 – Światło w Tunelu

Po kilku dniach reszta wolnych Nekronów zbudziła się z hibernacji. Safir wpadł na pomysł, by zniszczyć pobliską stację Chaosu znajdującą się na księżycu gazowego olbrzyma w tym układzie. Nie wiedział skąd, ale jakoś posiadł całą wiedzę na temat taktyki i jednostek Nekronów. Prawdopodobnie podczas przemiany zyskał te cenne informacje. Zebrał wszystkich oswobodzonych.
- Musimy mieć jakąś nazwę, jakieś imię, by zapamiętano nas w galaktyce, gdy już będziemy bohaterami! – Nekroni przytakiwali w odpowiedzi – Więc wymyśliłem, że od tej pory będziemy znani jako Opuszczeni.
Widocznie Nekronom bardzo się ta nazwa spodobała, ponieważ potakiwali kolejno, aż głowy całej armii poruszały się w przód i w tył, co wyglądało nieco komicznie.
Po godzinie wszyscy Opuszczeni w monolitach szturmowych opuścili Huricann. Polecieli w stronę Galimachusa – gazowego olbrzyma.
Safir czuł się bardzo osamotniony. Zrozpaczonemu człowiekowi, czy raczej już nekronowi jedynej pociechy dostarczała myśl czynienia dobra. Do nikogo nie mógł się odezwać, bo nie uzyskałby odpowiedzi. Nie mógł podzielić się refleksjami, przemyśleniami… nie mógł liczyć na dyskusję i konfrontację z drugim człowiekiem… z nikim… Spacerował korytarzami monolitu bez celu, do czasu, kiedy jeden z Opuszczonych pociągnął go na mostek. Widać już było księżyc Galimachusa – Accunaę. Z orbity wyglądał on na gorącą pustynię lawy. Popękana skorupa księżyca była poorana szczelinami magmowymi i gejzerami. Jednak, gdy po kilku godzinach Accunaa się obróciła okazało się, że druga półkula jest dogodniejsza do zamieszkania, i właśnie tutaj skanery wykryły obecność sił chaosu.
- Rozlokujcie monolity…- rozkazał zamyślony, nieobecnym głosem…
Już powoli docierała do niego myśl, że raczej nigdy w życiu nie usłyszy przyjaznego głosu. Może liczyć najwyżej na zachrypnięte, wrogie obelgi od lordów chaosu, lub C’Tan… ale nic więcej… Wtedy prawie się rozkleił. Gdyby miał oczy, z pewnością by zapłakał… tak, rozkleiłby się jak małe dziecko…
Pół godziny później znajdował się już na powierzchni księżyca. Skupiony, ale dalej w tej drętwocie, która dławi ludzki umysł i gardło. W pełni docenił jednak potęgę nekrońskiego ciała. Wielokrotnie trafiony, niemal od razu się regenerował, nie czuł nawet bólu. Sam mógłby stawić czoła kilkudziesięciu heretykom. Siły Chaosu wyraźnie zaskoczone niespodziewanym atakiem stawiały niezorganizowany opór. Nekroni wymordowali wszystkich, pomimo dziesięciokrotnej przewagi wroga.
- Pierwszy monolit zabezpieczył lądowisko, schodźcie tutaj! Niech spadnie na nich blask dobra!
Reszta heretyków nie miała pojęcia o inwazji. Baza została tak szybko opanowana, że nikt nie zdążył poinformować pozostałych marines chaosu o szturmie. Dowódca placówki jeszcze żył. Safir nie pozwolił go uśmiercić. Zasłaniał się osłabieniem morale u wroga, lecz w głębi duszy wiedział, że robi to tylko po to, by móc z kimś porozmawiać.
- Jak się nazywasz heretyku?
- Co? Jak to możliwe, Nekroni niszczą i mordują wszystko co się rusza, a wy najpierw mnie łapiecie, a później chcecie rozmawiać? Kim jesteście?
- Odpowiadaj na moje pytania! Potem … mogę odpowiedzieć na twoje… - czuł olbrzymią przyjemność z przeprowadzenia pierwszego dialogu od kilku miesięcy.
- Mam na imię Korgan.
- Więc słuchaj, Korganie, pójdziesz do najbliższej bazy swoich pobratymców, opowiesz tam o całym zajściu i naszej potędze! Poddacie się, albo zginiecie. Nie będzie dla was litości!
- Rozumiem, widzę, że potrafisz rozumować blaszaku…
- Nazywam się Safir, dowodzę tą grupą wojowników. Zwycięzców! A wy zostaniecie uśmierceni. Powiedz swoim kolegom, że Opuszczeni nadchodzą! – po czym z żalem, że musi kończyć tą rozmowę kopnął czempiona, który zerwał się i pobiegł na wschód.
- Zabezpieczyć lądowisko, Chaos prawdopodobnie spróbuje ofensywy, zatrzymajcie monolity tuż nad chmurami, uderzcie z zaskoczenia!
Nekron, który go wysłuchał nie mógł nawet potwierdzić czy zrozumiał, co miał mu do przekazania. W milczeniu odwrócił się i odszedł.
- Echh… Kiedy to się skończy? – Safir coraz częściej łapał się na rozmowach z samym sobą, brakowało mu bardzo komunikacji z inteligentnymi istotami. Siły Lorda Mulliocha, który dowodził na księżycu oblegały dawny posterunek chaosu. Artyleria ostrzeliwała niewielką grupkę Opuszczonych będących jedynie przynętą. Kiedy heretycy zrozumieli, że ostrzał nie ma sensu i nie czyni zbyt wielkich szkód Mullioch wysłał swoje siły uderzeniowe do ataku. Safir tylko na to czekał, był już podpięty do konsoli dowodzenia i rozkazał pozostałym Nekronom, by wylądowali za liniami Chaosu. Na twarzach kultystów szturmujących posterunek uśmiech został zastąpiony przez grymas strachu, gdy pod ich nogami zaczęli wykopywać się rozdzieracze. Safir dał rozkaz obrońcom do kontrataku i sam dołączył do świetnie zorganizowanej akcji. Siły Chaosu znalazły się w tej chwili między młotem a kowadłem. Powolne kolumny nekrońskiej piechoty siały śmierć wśród heretyków. Safir wpadł w ich szeregi machając kosą we wszystkie strony w szale powalił jednym ciosem dwunastu kultystów i czempiona… W krwawym chaosie nie ocalał żaden Marine Chaosu, Lord Mullioch został rozpłatany za pomocą wystrzału z blastera Gaussa zamocowanego na kosie Safira.
- I oto śmierć rodzi nową nadzieję… Opuszczeni, odlatujemy!
Tak nagle jak przybyli i zniszczyli siły zła, tak nagle i odlecieli. Wysłane wcześniej skarabeusze wyszukały w pobliskich sektorach zamieszkane przez demony światy i Opuszczeni latali od planety do planety miażdżąc wszelkie napotkane zło…

Rozdział 13 – Stary Znajomy


Ich krwawym szlakiem podążał jednak ktoś, kogo się nie spodziewali…
- O wielki Oszuście! Zdradziecki legion niszczy wojska Chaosu i Orków w całej okolicy! Teraz zmierzają na planetę Tarsonis.
C’Tan spoglądał na jego kohorty bojowe. Zachwyciła go jego potęga.Na myśl o skazie, którą poczynił ten podły człowieczek , zbierało go na mdłości…
- Kronusie, wyruszamy na planetę Tarsonis, zmiażdżyć Safira!
***
Tymczasem Opuszczeni już czternaście lat walczyli z okolicznymi ogniskami zła…
Teraz skarabeusze przysłały informacje o pewnym eldarskim renegacie, który zebrał grupę piracką i napadał na wszelkie statki, rabując je. Nekroni już prowadzili natarcie.
Safir… się zmienił, był zły!
Teraz w ogóle się już nie odzywał, rozkazy wydawał jedynie przez konsolę komunikacyjną. Stał się dokładnie tym, co kiedyś zachłannie zwalczał. Na planecie jego podkomendni bezlitośnie mordowali Eldarskie rodziny. Zabijali rzesze niewinnych istnień.
Safir chętnie mordował, jego umysł stał się tak wypaczony, że czerpał przyjemność z zabijania niewinnych. Stał się podłym sadystą. Kiedy jego monolit wylądował na Tarsonis wyszedł z niego samotnie. Czterdziestu niedobitków, w tym sam Tal’ Darim, ich dowódca razem z całymi rodzinami schronili się w jaskiniach, które ostatnio wykryły skarabeusze zwiadowcze.
- Demonie! Zginiesz, nie zabijesz czystych dusz bezkarnie! – Tal był rozbójnikiem, ale czynił tylko to, co musiał. Safir, zabijał wszystko co znalazł…
Eldarzy otworzyli ogień, dało się słychać jakby przytłumiony śmiech. Szurikeny odbijały się od pancerza władcy pariasów. Kiedy skończyła im się amunicja Nekron wycelował w strop, wystrzelił wielką smugę energetyczną i po kilku wstrząsach jaskinia się zawaliła. Safir z rozkoszą chodził wśród rumowisk, gdzieniegdzie spod głazów wystawały zniekształcone członki, zmasakrowane ciała. Nagle do jego spaczonych uszu dobiegł dźwięk – stęknięcie. Podszedł do jego źródła. Gdyby nie zakneblowane usta z pewnością pojawiłby się na nich szeroki uśmiech. Przed nim leżał żywy jeszcze Tal’ Darim.
- Zadowolony? Zniszczyłeś kolejne rzesze niewinnych stworzeń, urządziłeś sobie kolejną rzeź… - po czym z uśmiechem na ustach skonał, już spotkał się ze swoimi przodkami w osnowie.
Safir zdenerwowany, że nie mógł sprawić sobie przyjemności i go dobić wyszedł z jaskini i kazał spalić wszystkie ciała. Kiedy wsiadał do monolitu odezwał się do niego głos:
- Aaach więc jednak stałeś się jednym z nas… Doskonaleee, twoja inauguracja została ukończona. Witaj nowy C’Tanie, moje dziecko…
Razem odlecieli z planety i prowadzili wielką rzeź przez wieki później. Niewiele było, jest i będzie tak złych i zniekształconych istot jak Safir – C’Tanin…

Rozdział 14 - Nowy Wróg

Na Światostatku Altansar znów zaroiło się od Eldarów. Po odzyskaniu wolności flota Faego i Anayy stanowi potęgę na skalę galaktyczną. Miliardy ocalałych mieszkają na trzech Światostatkach - Altansarze, Lyandenie i Lugganathcie. Ta konfederacja zmiażdżyła już wielu wrogów Eldarów. Rada Altansaru zadecydowała, że ich Światostatek skieruje się na planetę Platejos. Z tego mrocznego, bagiennego świata pochodzi Ariadna Fobia. Mroczna Eldarka, jedyna kobieta w obmierzłym bractwie Haemonkulusów. Jej siły niejednokrotnie nękały Eldarskich kolonistów zasiedlających księżyc Platejosa - Yunayę, lub Opis Magna według nazewnictwa Imperium Ludzi. Koloniści z Opis Magna wielokrotnie wzywali pomocy, teraz po zniszczeniu Tyranidów Fae zdecydował wysłać oddziały szturmowe i zabić, lub przepędzić sługi Ariadny z Platejos…
- Iliado, przygotuj krążowniki Naiad. Uderzamy kiedy tylko na planecie nastanie dzień. Przydadzą się nam antygrawy, gdyż większość planety pokryta jest nieprzebytymi moczarami zamieszkanymi przez stwory, których lepiej nie spotykać. - Fae nowo mianowany Arcyrprorok Altansaru kończył już siedemset lat, jego twarz spoważniała. Ubrany był w złoto - zieloną pelerynę i pomarańczowo - białą zbroję runiczną. Berło Altansaru, jego najpotężniejsza broń zostało ulepszone przez genialnych Architektów Upiorytu, którzy dodali zaklęte ostrze, a w miejsce run wtłoczyli generator pola siłowego, który pozwolił Faemu odrzucać wrogów w czasie walki. - Idę do ładowni, niech Rakanis zaopiekuje się okrętem pod naszą nieobecność.
- Oczywiście, już biegnę przylecę najszybciej jak się da ze szwadronem Falconów, gdy tylko zbiorę załogi, możecie już ruszać, dołączymy do was na planecie - Iliada była bliską przyjaciółką Faego. Była Egzarchini Wyjących Banshee dołączyła do Rady Proroków Altansaru i została prawą ręką Faego Lorriena. Lubiła walczyć w obcisłej zbroi w barwach rodzinnego Altansaru. W walce używała dwóch Lustrzanych Mieczy, znakomicie opanowała również strzelanie ze szczękoblasterów, które zamontowała sobie samodzielnie w masce.
- Znakomicie, postaraj się przybyć zanim wybijemy wszystkich Mrocznych Eldarów - powiedział Lorrien i popędził do elewatora ładowni.
W koszarach Iliada znalazła Rakanisa, jej ojciec był już w podeszłym wieku nawet na Eldara. Od tysiąca czterystu lat sprawował urząd głównego Egzarchy Pająków Spaczni na Altansarze. Jest bardzo zaprawionym w boju weteranem. Właśnie ćwiczył młode pokolenie Pająków w używaniu ostrzy magnetycznych.
- Ojcze? - Iliada podeszła do niego i ukłoniła się.
- Tak, czego chcesz Iliado? - spytał i podniósł ją z klęczek.
- Arcyprorok prosił abyś wysłał załogi do Falconów i oddał je pod moją komendę, rozkazał abyś przejął dowództwo pod naszą nieobecność.
- Hmmm? Weź sobie tych pilotów. Jak zwykle nie mogę wyruszyć w bój. No dobrze popilnuję Altansaru kiedy was nie będzie - później jakby zmartwiony wrócił do treningu młodzieży.
Iliada, była rada, że mogła znów uczestniczyć w boju, u boku swojego adoratora. Fae był jej przyjacielem od paru wieków, powoli zaczynali szykować się do spędzenia pozostałego życia razem. Eldarzy z racji długiego życia co najmniej przez kilka wieków żyją bez stałego związku, muszą dokładnie poznać i wybrać partnera na resztę życia, w końcu, gdyby źle wybrali nie ma odwrotu, podczas ślubu dusze Eldarów połowicznie się scalają, nie można przeprowadzić rozwodu, a oboje małżonków cały czas odczuwa bodźce partnera, z czasem nawet mogą wymieniać się wspomnieniami, lub nawet udostępniać sobie nawzajem zmysły. Prorokini ruszyła do swojego ulubionego myśliwca - Feniksa. Wraz ze szwadronem Falconów poleciała wesprzeć Arcyproroka.
***
- Nacierać! Zabić wszystkie splamione dusze! - Fae nie docenił Ariadny, Mroczni Eldarzy zastawili pułapkę na jego niewielką grupę szturmową Obrońców, Ponurych Mścicieli i Mrocznych Żniwiarzy. - Iliado, lepiej szybko przybądź, potrzebujemy wsparcia sił pancernych!
- Jesteśmy w drodze, wytrzymajcie trochę. - odparła spokojnie
Już było widać zbliżające się błyszczące punkty. Mendrejkowie - najbardziej szaleni z Mrocznych Eldarów odziani wyłącznie w lekką tkaninę atakowali z ukrycia swoimi ostrzami zamocowanymi na rękawicach. Ze wszystkich stron nadlatywały kolczaste pociski używane przez Wojowników. Żołnierze Fobii mieli kilkukrotną przewagę liczebną, lecz byli gorzej wyposażeni i wyszkoleni, atakowali bez ładu i składu, choć udało im się otoczyć oddział Altansarczyków.
Fae zabijał szalonych Mendrejków jednego za drugim, został jednak trafiony w przedramię kolczastym pociskiem, który zaczął wtłaczać do jego ciała truciznę. Czuł, jak ból rozchodzi się wraz z toksynami po jego ciele, odszedł w bok i schował się za powalonym drzewem.
- Coś się dzieje Arcyproroku? - zapytał jeden z Egzarchów
- Nie zawracaj sobie tym głowy, postaraj się przeżyć, poradzę sobie. - mówiąc to Lorrien wyczuł już swój system odpornościowy, dowodził swoimi krwinkami, jak generał na polu bitwy, po kilku minutach udało mu się oczyścić w miarę organizm z trucizny, wyciągnął przyczynę kłopotu - fioletowy, ząbkowany szpikulec twardy jak diament. Już miał wrócić do walki, kiedy odkrył, że zapadła cisza. Popatrzył w niebo, lśniące punkty nabrały już kształtów eldarskich Antygrawów. Szturchnął Egzarchę, aby zapytać się dlaczego nic się nie dzieje, ten się osunął, Fae zobaczył, że z jego szyi wystaje fioletowy kryształ, a kałuża krwi już zebrała się obok pnia, powoli podniósł głowę, nie było tutaj nic oprócz ciał Eldarów i ich mrocznych kuzynów. Zdziwiło go, że drzewa blisko polany zostały ścięte i nie pozostał tutaj nikt żywy. Nagle usłyszał dziwny rodzaj świstu, coś przebijało się przez zarośla pokrywające błoto. Oglądnął się w stronę z której dochodził dźwięk i w ostatniej chwili padł na ziemię, gdy metalowe ostrze długie na kilkadziesiąt metrów przeleciało nad polaną na wysokości pasa przeciętnego Eldara. Odwrócił się i strzelił w silniki napędzające dziwaczny buldożer. Po przyglądnięciu się ciałom odkrył, że większość z nich jest rozcięta na pół, co było konsekwencją kontaktu z ostrzem. Nagle usłyszał inny dźwięk, przytłumiony, chroboczący. Wiedział co to oznacza, wokół niego wykopało się z gruntu kilkanaście Rozdzieraczy. Berło doskonale sprawdziło się po innowacjach, zaklęte ostrze rozbiło z łatwością korpus trzech pierwszych Nekronów jednym cięciem. Pozostali powoli kroczyli w jego stronę. Zabił jeszcze ośmiu, zamachnął się i spostrzegł, że nie zdąży, szpony robota już, już dosięgały jego szyi, gdy nagle nastąpił niewielki wybuch, z nieba uderzyła różowa wiązka laserowa, z przestworzy niczym grad posypały się szurikeny szatkując pozostałe działające maszyny. Gdy ostatnia awaryjnie teleportowała się do swojego monolitu przy ocalałym Arcyproroku wylądował Feniks i pięć Falconów.
- Fae, och nic ci nie jest! Co się stało? - Iliada, zaskoczona obecnością Nekronów była nieco zdezorientowana.
- Walczyliśmy z wojownikami Fobii, gdy zostałem ranny, zatrzymałem się, by oczyścić ciało z trucizny. Gdy wstałem, zobaczyłem, że jakiś dziwny nekroński wynalazek pozabijał moich żołnierzy i Mrocznych Eldarów, wtedy pojawili się Rozdzieracze… Resztę opowieści już znasz.
- To dziwne, co Nekroni tutaj robią?
- Nie mam pojęcia, wszystko się wyjaśni, gdy dotrzemy do siedziby Ariadny.
- Tak, wsiadaj na pokład, lecimy.
Sześć eldarskich pojazdów leciało nad grzęzawiskiem. Pod nimi nie było widać żywej duszy, po drodze minęli kilka tych Nekrońskich wynalazków, które Fae nazwał buldożercami. W oddali zaczęła rysować się jedyna na planecie sucha równina. Na niej właśnie znajdowała się baza Ariadny Fobii.
- Echm… Prorocy, otrzymaliśmy wiadomość przekierowaną ze Światostatku, nadawcą jest czarownik z kolonii - oznajmił łącznik
- Włącz ją na rzutnik.
Eldar uruchomił ekran, pojawił się na nim pokrwawiony Eldarski czarownik, słychać było wybuchy i odgłosy walki.
- Szlachetni Altansarczycy, zostaliśmy zaatakowani przez nieznane nam siły Nekronów! Są wszędzie, przełamali naszą obronę w kilka godzin, z pewnością nie wytrzymamy do jutra, proszę o ewakuację! Dowodzi nimi nieznany nam C’Tanin - Safir, wraz z Oszustem. Proszę o niezwłoczne wsparcie… Zaraz, co do… niee!!! - przekaz się urwał.
- Zostali zmasakrowani. Kto to do cholery jest, ten Safir? - Iliada się zaniepokoiła
- Safir… Ja go znam, ale to jest niemożliwe. - Fae kontynuował - jeszcze, gdy podróżowałem między Światostatkami na pewnej planecie toczyłem walkę w obronie księżyca Meriadoch. Jest to kolonia ludzka, mieszkają tam również Yme’Locanie. Safir był psionikiem ludzi, moim przyjacielem, był bardzo mądry… Jak na człowieka, nie raz wybawił mnie z opresji, ale to nie może być on…
- To dziwne, co zamierzasz z tym zrobić?
- Cóż, teoretycznie nie mamy już nic do roboty w tym sektorze, skoro kolonia została zniszczona, ale muszę poznać prawdę, najpierw spotkajmy się ze sługami Ariadny.
_________________
The enemies of the Eldar shall fear my wrath...
 
 
Aspect 
Moderator
Khaine's Wrath



Wiek: 21
Dołączył: 03 Sty 2011
Posty: 1422
Skąd: The Grim Horizon
Wysłany: 2012-02-04, 16:47   

Rozdział 15 - Przymierze Krwi

Rakanis co tylko dowiedział się o dzisiejszych wydarzeniach. Zastanowiło go to. W poszukiwaniu odpowiedzi udał się do starej biblioteki znajdującej się w rdzeniu Altansaru. Przeszukał księgi, zaciekawił go tytuł „Ciemne Moce”. Już po okładce odkrył jak stara jest ta ludzka książka, pochodziła ona z 325 roku 1 Millenium. Napisał ją średniowieczny mnich. Przepatrując rozdziały zaciekawił go tytuł Ka’ Tanie. Rakanis wiedział, że dawno temu C’ Tanie byli nazywani Ka’ Tanami, co znaczyło „mrok gwiazd”. Odczytał, że możliwe jest, aby istota dość uzdolniona psionicznie może zamienić swoje właściwości fizyczne z drugą istotą uzdolnioną psionicznie, a najpotężniejsze stworzenia są w stanie przeobrazić się w przedstawiciela innych ras, lub czystą energię. Tacy są właśnie C’Tanie, ich ciała to tylko metalowa skorupa, którą mogą odbudować w obojętnie którym monolicie. C’Tanie to czysta, świadomość, ich energia jest niezniszczalna, ale materialna.
- Więc to możliwe… - Rakanis się zadumał.
Do biblioteki wbiegł młody obrońca.
- O Wielki Egzarcho, Arcyprorok wzywa cię na mostek!
Po chwili Pająk Spaczni przybył do centrum dowództwa Altansaru.
- Rakanisie, zbliżamy się do kwatery głównej Fobii, jeżeli byłoby to konieczne przygotuj ewentualne posiłki.
- Tak Fae, ehmm… Mam dla ciebie ważną informację.
- Zamieniam się w słuch.
- W naszej bibliotece odnalazłem starożytną księgę, w której jest opisana możliwość przemiany człowieka w czystą energię… A czysta energia obdarzona świadomością to właśnie C’Tanin. Więc istnieje prawdopodobieństwo, że ten Safir to ten sam byt, co twój ludzki przyjaciel.
- To… to może być prawda, czuję obecność kogoś, kogo znam, tutaj na tej planecie, a nie chodzi o Iliadę. Cóż, raczej nie unikniemy spotkania…
- A dlaczego po prostu nie odlecimy? Moglibyśmy zostawić naszych wrogów, żeby powyrzynali się nawzajem…
- Nie! Skoro chcecie wiedzieć, to muszę spotkać się z Ariadną. Jest siostrą prababki Maugana’Ra, przetrwała Upadek, jest jedynym żyjącym Eldarem pamiętającym te dni!
- Jak to możliwe?
- Używa starożytnej, dawno zapomnianej technologii przedłużania życia. Możliwe, że zachowała choć część swojej dobrej duszy. Muszę z nią się spotkać!
- Ja nie wiedziałem… W takim razie jesteśmy z tobą! - wszyscy z mostku poparli chórem Rakanisa.
- Już dolatujemy, do zobaczenia wkrótce…
Feniks Iliady był modelem przystosowanym również do latania w atmosferze, a nawet mógł przyjąć formę antygrawu, unosząc się nieco nad powierzchnią planety. Gdy jest w takiej konfiguracji swoją mocą dorównuje legendarnym Scorpionom, czy Ognistym Pryzmatom. W niewielkiej kabinie Fae medytował zbierając siły i ostatecznie regenerując swoje ciało po kontakcie z trucizną. Iliada ostrożnie prowadziła Feniksa nad równiną. Falcony leciały niedaleko z tyłu, zbliżali się do murów.
Lorrien wyczuł obecność silnego umysłu. Wiedział co to oznacza, poczuł lekkie szarpnięcie, otworzył oczy. Feniks zwolnił i bezszelestnie wleciał na dziedziniec, Iliada umiejętnie wyszukała strażników i kolos ominął ich bez wszczęcia alarmu. Pozostałe antygrawy pozostały poza bastionem, w gotowości bojowej.
- Oto tylne wejście do Sali Krwi, Ariadna powinna tam przebywać.
- Dobrze, ruszajmy. I Iliado, pamiętaj, gdyby coś ci groziło, uciekaj, jesteś jedyną godną zastępczynią dla mnie. Musisz przeżyć!
Prorokini przytaknęła, zatknęła za pas podwójny pistolet szurikenowy i narzuciła na siebie pelerynę maskującą. Fae wziął Berło i ruszył do włazu.
Dwóch strażników patrolowało obszar przed tylnym wejściem. Jednak robili to niedbale, jeden przysypiał, drugi zabawiał się wbijaniem noża w ledwo żywe stworzątko przypominające terrańską mysz. Fae podniósł kamień i rzucił go w alejkę po drugiej stronie, co skutecznie odwróciło uwagę Mrocznych Eldarów. Iliada przy użyciu maskującego płaszcza niepostrzeżenie dobiegła do nich i szybko przebiła obu na raz wbijając lustrzane ostrza między żebra, co uniemożliwiło im wydanie odgłosu. Fae już psionicznie odpiął zasuwkę w zamku i wślizgnęli się do środka. Trafili do ohydnie pachnącej kuchni, paru niewolników mieszało w kotłach pełnych czarnej mazi, która służyła za zupę. Iliada z obrzydzeniem ruszyła za Lorrienem, który skręcił na korytarz dla służby. Kryjąc się przed niewolnikami krzątającymi się tu i tam, posuwali się w stronę sali tronowej. Dało się słyszeć krzyki z bawialni, w której byli katowani niewolnicy, a ich właściciele upajali się ich cierpieniem. W końcu wkroczyli na krużganek otaczający brukowaną posadzkę sali tronowej. Na tronie ozdabianym elementami kości siedziała kobieta ubrana w szczątkową zbroję, w ręce trzymała szpiczasty trójząb, a za pasem miała emanujący ciemną materią bat zrobiony z kolczastego upiorytowego łańcucha. Aktualnie rozmawiała z oddziałem Wychów. Ich rozmowa zaniepokoiła Faego. Wytężył słuch:
- … coś ich zabiło!
- Co?! Kto mógł tu wejść niepostrzeżenie? Podwoić straże!
- Tak jest pani! - powiedział Wych i odszedł
- Wiedzą, że tu jesteśmy, cóż, pospieszmy się - mówiąc to Lorrien już przeskoczył poręcz i maszerował w stronę tronu.
Na twarzy Ariadny pojawił się stopniowo grymas pogardy. Przekrzywiła głowę, niczym wrona patrząca, jak jastrząb podbiera jej jedzenie.
- Po tylu latach… Sieję zamęt, śmierć i cierpienie od wielu tysiącleci. A potężne „Imperium Eldarów” wysłało do zwalczenia mnie jakiegoś młodzika z laską i egzarchę banshee? - wybuchła śmiechem - Myślicie, że wyjdziecie stąd żywi?
Rozpoczęli bój. Iliada odrzuciła pelerynę i wystrzeliła z pistoletu, Fae sparował cios trójzębu, bat Fobii wyrwał Iliadzie jeden z mieczy i odrzucił go kilka metrów dalej. Ariadna śmiejąc się wyrwała trójząb i uderzyła drzewcem Faego, który upadł i wypuścił z rąk Berło. Fobia już szykowała bat do ostatecznego ciosu, gdy Iliada przyszła mu z pomocą. Robiąc potrójny piruet zebrała taką moc psioniczną, że wytrąciła trójząb Ariadnie, która musiała przylgnąć do ziemi, aby nie stracić głowy. W ataku wściekłości zebrała moc psioniczną wywołując wybuch. Zamglony umysł Faego umożliwił mu w końcu wykrycie Berła, zdołał je podnieść. Wtedy odzyskał całkowite panowanie nad zmysłami. Odszukał Iliadę, Fobia dusiła ją wręcz wysyłając z niej życie.
- Dosyć! - grzmiąco krzyknął, echo odbiło się kilkakrotnie po sali a kurz podskoczył na podłodze.
Ariadna puściła Eldarkę, która osunęła się na podłogę. Powoli odwróciła się w stronę Faego, który wyczuwał jej wewnętrzny konflikt.
- Walczycie dzielnie, Eldarzy, być może jest w was coś więcej niż za moich czasów…
- Ariadno Fobio, wiem że jest w tobie jeszcze cząstka dobra, wiem że jeszcze możesz wrócić na ścieżkę światła.
- Ach… Biedne dziecko, nic nie rozumiesz. Nie ma dla mnie ratunku, musisz zginąć, a ja muszę dalej żyć i zabijać moje siostry i braci.
- Nie musisz, Slaanesh już nie ma nad tobą władzy, czuję to!
- Być może… Lecz cóż z tego, że bym się nawróciła? Eldarzy nie powrócą, jesteśmy jedynie cieniem naszej dawnej chwały, może i są jeszcze waleczne dusze, takie jak ty, ale jest nas za mało. W dodatku liczba naszych wrogów stale rośnie. Niedawno powstały C’Tanin - Safir przebywa na tej planecie. Jest najpotężniejszą materialną istotą. Ucieleśnieniem naszych lęków. Nie ma po co żyć. To ciemny dzień, zmierzch naszej wspaniałości. Zmierzch naszych żyć…
- Nie, zawsze istnieje nadzieja - odezwała się swoim wspaniałym głosem Iliada - Ariadno, razem możemy pokonać Safira i jego sługi. Mamy na nasze rozkazy cały Światostatek, Nekroni nie mogą nam się równać.
- Posłuchaj Iliady, mówi prawdę.
- Iliada? Ach, wiem kim jesteś… Twoja matka przebywała kiedyś tutaj, na tej kolonii. Razem Cię wychowywałyśmy, być może mnie już nie pamiętasz, ale ja ciebie tak. Nie sądziłam, że przeżyjesz tragedię Altansaru… Och Khaine, co jeszcze nas spotka? - Ariadna popatrzyła na nich przyjaźnie - to wola Khaine’a, naszym przeznaczeniem jest pokonanie Safira. Ruszymy razem. Zawrzemy Przymierze Krwi!
- Znakomicie, ale co z twoimi podwładnymi?
- Jak wiecie, klątwa Slaanesha osłabła, udało mi się ją przełamać, pomogę moim wojownikom, powrócimy na Altansar i opracujemy plan.
- Znakomicie… Co do?- komunikator Faego się odezwał:
- Arcyproroku, nadchodzą Nekroni, są ich tysiące! Odlatujemy na orbitę, uciekajcie, bo was wyrżną!
- Dobrze. Tu Fae do Rakanisa!
***
Na Światostatku Rakanis już organizował odsiecz, której zażądał Arcyprorok. Piewcy upiorytu otoczyli bastion siecią bram Sieciodrogi. Wave Serpenty wystartowały na powierzchnię Platejosa. Sam stary wojownik ruszył do transportera Osnowowego i przeteleportował się osobiście na pozycje Lorriena.
- Jak się cieszę, że cię widzę! - Fae uścisnął jego dłoń
- Zaraz przybędzie reszta wojowników, obrona tej fortecy jest gotowa - Rakanis odwrócił wzrok i ze wstrętem spojrzał na dziedziniec, wskazał na niego ręką - A ci? Czemu jeszcze żyją?
- Włos im z głowy nie spadnie, Fobia przełamała klątwę, są teraz naszymi braćmi na równi z tobą, czy mną! - stanowczo odparł Fae
- Jak sobie życzysz - z niechęcią odpowiedział Rakanis, który wiedział, że z arcyprorokiem nie ma co się spierać.
Na zachodniej linii widnokręgu zebrała się ogromna, szara armia Nekronów, z tej strony aż pulsowała ich parszywa, zielonkawa energia. Nekroni zbliżali się, powoli, ale zbliżali się. Eldarskie linie obrony dzieliły się na cztery sektory - okopy zewnętrzne, składały się z sieci pól siłowych i Obrońców, oraz wieżyczek. Drugi sektor stanowił mur pokryty upiorytowymi ostrzami. Na jego szczycie stacjonowała daleko zasięgowa piechota - łowcy, mroczni żniwiarze i gnębiciele. Trzeci sektor był to dziedziniec fortecy, w rzeczywistości był jednym wielkim punktem ogniowym, platformy artyleryjskie gotowe do zawalenia samego nieba na mrocznych kosiarzy śmierci. Ostatnią linią obrony było centrum dowodzenia na centralnym wzniesieniu, tam przebywała gwardia Altansaru - pułk Egzarchów Pająków Spaczni i Mrocznych Żniwiarzy, najbardziej elitarny oddział broniący zamku. Mroczni Eldarzy stanowili rezerwę, mieli szybko uderzyć w miejsca, w których obrona by padała. Taki był plan. Lecz plan nie zawsze zdaje egzamin, mimo to żołnierze mieli wysokie morale, wiedzieli, że gdyby nie mogli wygrać Fae nie kazałby im bronić tego miejsca, całkowicie ufali oni jego zdolnościom taktycznym. Nagle dano rozkaz do oddania pierwszej salwy, działa sieciowe zasypywały Nekronów deszczem Sieci monomolekularnej, działa D wystrzeliwały potężne pociski plazmowe rozbijające metalowych wojowników. Lecz ponura fala ciszy zbliżała się bezustannie. Nekroni dotarli do okopów zewnętrznych, z muru zalał ich deszcz pocisków Mrocznych Żniwiarzy i Gnębicieli. Obrońcy również zabijali roboty, lecz sami też ginęli pod uderzeniami zielonych salw z karabinów Gaussa. Jednak obrona wyglądała na dobrą, ziemię pokrywało coraz więcej poskręcanego złomu. Wszystko zmieniło się, gdy do walki wkroczyli Rozdzieracze, wykopali się z ziemi za linią pól siłowych, wybili do nogi Obrońców, kilku ocalałych wycofało się do wnętrza fortecy. Fae dał upust swoim emocjom, przywołał potężną psioniczną burzę, która powaliła setki Nekronów w elektrycznych wyładowaniach, salwy z muru przerzedziły szeregi Rozdzieraczy. Jednak zmieniło się to, gdy do głosu doszli Nekrońscy Nieśmiertelni. Swoimi dalekosiężnymi blasterami rozbili w pył mur i zabili większość z żołnierzy ciężkiej piechoty. Ariadna wysłała swoich żołnierzy do wyrwy, sama rozwalała rzesze maszyn, lecz było ich po prostu zbyt dużo. Ich napór wyparł Mrocznych Eldarów w pobliże armat dalekosiężnych. Wtedy do akcji wkroczyła Iliada, jej zastęp Wyjących Banshee bardzo się przydał, na krótko udało im się nawet wyprzeć Nekronów z obrębu murów, lecz wkrótce znów siły Safira zepchnęły ich w pobliże artylerii. Wtedy Nekroni przysłali swoje ciężkie machiny - Pająki Grobowe, Miecze Banshee nie były w stanie przebić ich pancerza, więc musiały oddać 3 sektor w ręce wroga. W ostatnim miejscu jeszcze bronionym zebrała się reszta Eldarów. Rakanis wziął ze sobą eskadrę Pająków Spaczni i zarzucili oni granatami magnetycznymi machiny Nekronów, dzięki czemu szala zwycięstwa przechyliła się na ich stronę. Powoli liczba Nekronów malała. Napierało ich coraz mniej i mniej. Lecz niestety stało się coś strasznego. Na pole bitwy wkroczył Oszust we własnej osobie.
- Hahaha, małe istoty, nie uciekajcie przed nieuniknionym, poddajcie się w zimne objęcia Śmierci…
Jego siła psioniczna rozerwała resztki muru i zawaliła go na oddziały gwardii Altansaru. Drogę zastąpiła mu Ariadna, odparła jego uderzenie elektryczne i zaatakowała trójzębem, Oszust z łatwością ominął ostrze i powalił ją na grunt. Na Oszusta rzucił się Rakanis, wyteleportował się kilkadziesiąt metrów nad ziemię i spadając zasypał ją tnącym gradem sieci. Tuż przed upadkiem przeteleportował się w bezpieczne miejsce i wrócił do masakrowania Nekronów. Ariadna odkryła wtedy sposób, uderzyła batem, oplątując C’Tanina, Fae zebrał całą swoją moc i potężnym wzmacnianym ciosem rozbił materialną powłokę Oszusta. Ten w agonii krzyknął:
- Safir! Pomóż miiii…
W konwulsyjnych drgawkach do wtóru śmiechu Safira Oszust odszedł. Wieki zajmie mu regeneracja ciała, a zebranie pełnej mocy całe tysiąclecia.
- Dziękuję wam… załatwiliście… za mnie… brudną robotę… Ha ha ha… - krztusząc się wypowiadał te słowa z odrazą, wystrzelił łuk elektryczny w stronę Faego.
Lorrien już widział zbliżającą się śmierć, gdy coś odepchnęło go w bok, obejrzał się w jego miejscu stał Rakanis, pocisk przebił go na wylot, ze spokojem osunął się na ziemię, po kilku sekundach, jego oddech zamarł.
- Ha! Przedłużył twoje życie o kilka sekund, ale to nic nie znaczy…
Fae wiedział, ze ani dla Rakanisa, ani dla Safira nie ma ratunku. Zaatakował go, zwarli się w wymianie ciosów i pchnięć, jednak Safir wszystkie jego ataki z łatwością parował. W końcu, jakby znudzony odrzucił go i wbił w pobliski mur. Iliada zaatakowała C’Tanina, który nie zdążył tego uderzenia sparować, jego korpus został uszkodzony, wściekłość niemal unosiła się w powietrzu, gdy spojrzał w jej oczy, miażdżąc jej rękę, chwycił ją i cisnął daleko przed siebie. Ariadna widząc co się dzieje trzasnęła batem odwracając uwagę Safira, któremu już zaczynało się to nie podobać. Odwrócił się i natychmiast klęknął, gdy Berło Altansaru przeszyło jego naplecznik. Ariadna wbiła też trójząb w jego korpus, on wstał, odrzucił Faego i schwycił Fobię, która poraziła go piorunem psionicznym, ten ją puścił. Wtedy Fae odkrył, że z odgiętej przez Ariadnę blachy wystają resztki narządów wewnętrznych Safira. Kiedyś był człowiekiem i miał w sobie elementy biologiczne, Fae wstał, dokuśtykał się do Berła, i wbił je w bijące z wolna serce mrocznej duszy. Safir spojrzał na niego:
- Ja czuję… Wolność! - osunął się na kolana - Dziękuję, ciii…
Okalająca jego korpus zielonkawa poświata zgasła, tlące się oczy zamknęły się, Safir, najstraszniejszy z C’Tan zmarł…

Po powrocie na Altansar Rakanis został uroczyście pochowany. Mroczni Eldarzy pozostali na Platejosie i zostali kolonią Altansaru. Ariadna stała się potężną opiekunką swoich ludzi, a Fae kontynuował swoją ścieżkę Arcyproroka, u boku Iliady…

Rozdział I6 - Zbieg Okoliczności


W pomieszczeniu było ciemno, unosił się odór zakrzepłej krwi. W kompletnych ciemnościach słychać było jęki pozostałych więźniów, z innych cel. Nagle w metalowych, zardzewiałych drzwiach odsunęła się zasuwka. Na podłogę spadł czerstwy kawałek placka, najprawdopodobniej wyjętego z plecaka gwardzisty , a zachrypnięty, gardłowy głos powiedział:
- Masz! Jedz, póki jeszcze możesz - przez zapadkę promień światła nieśmiało wpuszczał swoje jasne macki. Gwardzista, dopiero gdy zrobiło się ciemno, mógł zlokalizować obmierzły posiłek, czemu zza zamkniętych drzwi towarzyszył oddalający się rechot:
- Nie udław się… - Hahaha.
Wychudzony, obolały człowiek rzucił się na kawałek pieczywa i połknął go za jednym zamachem. Potem podpełzł do kąta i rozłożył się na zakrwawionym kawałku kocu pokrytym warstwą muszych larw.
***
W celi rozlegał się bezładny bełkot. Biedny człowiek uświadomił sobie, że nie pamięta swojego imienia, które próbował teraz wymówić. Jego nieudolne próby przerwał szczęk zamka. Były gwardzista został oślepiony bezkresnym blaskiem, ujrzał zarys ciemnej sylwetki czarnoksiężnika. Mroczny heretyk usiadł przy nim, miał na sobie przeróbkę zbroi marines Mk. VIII, bardzo rzadkiej, używanej jedynie przez weteranów. Ściągnął hełm odsłaniając przeraźliwie bladą skórę i czerwone, świdrujące oczy. Jego popękane, czarne wargi poruszyły się w grymasie pogardy. Zapalił lampę i kazał strażnikowi zamknąć drzwi.
- A teraz panie Wernon, wróćmy do naszej rozmowy… Gdzie znajduje się Librarium Sevara?
No właśnie, Wernon… - przypomniał sobie człowiek…
***
Fae zablokował cios swoją włócznią treningową, Iliada coraz bardziej dawała mu się we znaki. Pojedynki z nią zawsze sprawiały mu przyjemność, uwalniały go od codziennych obowiązków Arcyproroka. Nagle niespodziewany cios powalił go, a tryumfująca Iliada przytknęła mu jeden ze swoich mieczy do gardła.
- Trzy do jednego, coś ci dzisiaj nie idzie Lorrien - wesoło powiedziała i dźwignęła go na nogi. Towarzyszyły temu oklaski nielicznej publiczności.
- To chwilowe! Co powiesz na rewanż, w końcu… - przerwał mu komunikat z mostka.
- Arcyproroku, Autarchini, jesteście proszeni na mostek. - powiedział oficer łączności Fulmarin.
- Cóż, chyba kiedy indziej zbierzesz baty… Ruszajmy - poszedł w kierunku bramy pokładowej, Iliada przewróciła oczami i ruszyła za nim.
Po chwili byli na mostku. Zbliżyła się do nich prorokini Nelinda.
- Otrzymaliśmy przekaz od banitów z okolic planety Jawelin. Twierdzą, że ludzie odważyli się ją skolonizować, a nawet przenieśli na nią jedną ze swoich mrocznych bibliotek… To nie może im ujść na sucho. Jawelin to jedna z najlepszych planet dziewiczych, zasiedlają ją Uchodźcy, lecz boją się znacznej przewagi ludzi. Proszą nas o pomoc.
- Ani chwili nudy… Iliado, jak myślisz, jaki oddział wystarczy?
- Może… my dwoje? - Iliada porozumiewawczo mrugnęła okiem.
- Co?! Potrzebne są przynajmniej dwie eskadry bojowe - oburzyła się Nelinda.
- Zostaniesz na Altansarze, nadzoruj tak jak wcześniej ochronę Cadii. - Nelinda już miała zaprotestować - No dobrze, dobrze, weźmiemy ze sobą Światło Eldanesha i kilkudziesięciu wojowników.
- Ale… - Fae machnięciem ręki dał jej do zrozumienia, że nie zmieni zdania.
- No dobrze, to dla mnie zaszczyt. - zrezygnowała.
- Doskonale, Iliado, zajmij się zebraniem odpowiedniego oddziału, zdaję się na twoją intuicję. Pójdę rozejrzeć się po zbrojowni i poszukam odpowiedniego sprzętu.
Nelinda powróciła do swojego stanowiska przy kokpicie, a Arcyprorok wraz z Iliadą poszli do bramy. W zbrojowni Fae znalazł wspaniałą zbroję runiczną poświęconą Vaulowi, oraz pancerz Ishy dla Iliady. Wziął swoje Berło Altansaru, dwa lustrzane miecze, jej ulubioną broń, oraz dwa pistolety fuzyjne, takie jakich używają Ogniste Smoki. Kiedy już skończył pakowanie uzbrojenia do zbrojowni weszła Iliada.
- Oddział gotowy, fregata już rozgrzewa silniki. - oznajmiła.
- Znakomicie, masz tu swoją zbroję, pistolet, no i oczywiście te twoje wykałaczki… - powiedział Fae.
***
Po kilku minutach byli już w doku. Iliada wspaniale prezentowała się w ciemnofioletowej zbroi, jej zgrabna figura była jeszcze podkreślana przez perfekcyjnie dopasowany pancerz. Fae również wyglądał znakomicie, ubrany w zielono-białą szatę i kirys runiczny. Miał na plecach upiorytowy generator osłon, który nadawał mu dumnego, wręcz boskiego wyglądu. Okręt flagowy Faego - Światło Eldanesha był szybką fregatą bojową, żołnierze już byli gotowi do lotu, pozajmowali swoje kajuty. Fae usiadł za sterami - lubił pilotować, wraz z Iliadą pożegnali się jeszcze przez komunikator z radą, która zebrała się na mostku Altansaru. Uruchomił silnik plazmowy, wyleciał z wnęki lądowiska, uruchomił żagiel słoneczny i Światło Eldanesha rozpoczęło lot…

Rozdział 17 - Niezgoda

- Ach, Librarium Sevara… Dobrze się spisałeś Kapelanie Martius, gdyby Sicaris poznał zawartość tego zakazanego zbioru nikt by mu się nie przeciwstawił.
- Tak Lordzie Gaston, kiedy obrona Rajigar padła wraz z kilkoma kapłanami maszyny udało nam się wydostać te księgi. Boję się jednak, że Sicaris dowie się o tych przenosinach… wielu strażników z pańskiego regimentu zostało schwytanych.
- Nawet jeśli czarnoksiężnik wie gdzie jesteśmy, nie będzie mógł się tu dostać.
- Tak… też mam taką nadzieję - Martius pożegnał się i powrócił do segregowania zwojów i ksiąg.
Do komnaty wbiegł komisarz, wyglądał na przestraszonego.
- Lordzie Gaston, Eldarzy nadlatują, ich statek wszedł na orbitę. Zdaje się, że to ich kolonia, bo wykryliśmy paru zwiadowców kilkaset metrów od naszej bazy!
- Hmmm… Niedobrze, na razie nie wolno wam ich tknąć, nie wiemy jakie mają zamiary.
Pożegnał ogarniętego pracą Kapelana i pomaszerował wraz z komisarzem do centrum dowodzenia. W sali łączności panowało ogólne podniecenie, lord generał zasiadł na swoim krześle i skupił się na analizowaniu postępów w budowie lądowiska zaopatrzeniowego. Poczuł dotyk na ramieniu.
- Generale, wiadomość przychodząca od Eldarskiej fregaty. - powiadomił opanowanym tonem młody porucznik.
- Przerzucić na główny ekran!
Na wyświetlaczu zajmującym połowę ściany ukazała się twarz Eldara, miał ostre, szlachetne rysy, na jego twarzy można było wyszukać kilka blizn, ale nadawało mu to tylko powagi. Po szybkiej ocenie generał doszedł do wniosku, że to ktoś, kto wie czego chce i zrobi wszystko by to osiągnąć.
- Nazywam się Fae Lorrien, jestem arcyprorokiem potężnego Światostatku Altansar. Ja i moja załoga przybywamy, aby skłonić was do opuszczenia naszego świata.
- Lord Generał Thomas Gastone, dowodzę 2 regimentem gwardii imperialnej z planety Rajigar, która padła kilkadziesiąt lat temu. Po opanowaniu jej przez siły Chaosu wycofaliśmy się tutaj i staramy się założyć nową kolonię. Jak dotąd nie napotkaliśmy na jej powierzchni Eldarów, więc stwierdziliśmy, że jest niezamieszkana.
- Nasi przodkowie tysiące lat temu zamienili tą jałową skalną kulę w tętniący życiem raj. Ta planeta jest nasza, jeżeli jej nie opuścicie będziemy zmuszeni przeprowadzić szturm na waszą bazę.
- Chcecie zaatakować ufortyfikowane pozycje kilkutysięcznego regimentu z pokładu jednej fregaty bojowej? - w jego głosie zabrzmiała nutka rozbawienia, po sali dowodzenia przebiegł szmer tłumionych chichotów.
- Chyba nas nie doceniasz Lordzie Gaston, cóż do zobaczenia na polu bitwy…
Przekaz się urwał generał zwalił się ciężko na swoje siedzenie.
- Echh… Chaos, mutanci, Orkowie, a teraz jeszcze Eldarzy, niech Imperator ma nas w swojej opiece…

Rozdział 18 - Sojusz z Przymusu

Fae już rozesłał Architektów Upiorytu do bazy gwardzistów, w zakamuflowanych zbrojach przeprowadzili skan umocnień bazy i zbudowali kilka bram Sieciodrogi dla szturmujących oddziałów. Wsparcie pancerne, czyli kilka falkonów i dwa ogniste pryzmaty zostały już przetransportowane na powierzchnię planety wraz z Uchodźcami i kilkunastoma żołnierzami podporządkowanymi Iliadzie uderzą na umocnienia bazy, gdy oddział szturmowy Faego zrobi wyrwę w umocnieniach. Taki był plan.
- Dobra, ruszajcie w kierunku imperialnych. Mój oddział zaraz rozpocznie sabotaż. - Iliada miała poprowadzić właściwy szturm, Fae wiedział, że podoła wyzwaniu - Uważaj na siebie.
- Będę, do zobaczenia.
Fae i jego dwudziestu wojowników weszło do Sieciodrogi i rozpoczęło sabotaż w umówionych miejscach. Dziesięciu miało wysadzić rdzeń zasilający żelbetowe wrota i otworzyć drogę siłom Iliady, innych pięciu miało dostać się do radiolatarni i zakłócić łączność, a sam Fae i pozostałych pięciu żołnierzy mieli pozamykać grodzie w koszarach i przejąć kontrolę nad bazą, przy okazji łapiąc Gastona.
Wszedł do bramy, lubił to przyjemne, nieco swędzące uczucie przy podróżowaniu między bramami, kiedy wydostali się do wnętrza spiżarni uderzył ich zapach smażonego mięsa i zup wojskowych. W kuchni kręciło się kilku kucharzy, Architekt Upiorytu zajął się jednak nimi i tworząc pole holograficzne stworzył iluzję oficera. Rozkazał im przejście na górne piętro pod pretekstem zbiórki. Następnie dołączył do Faego i zaczął przeprowadzać ich po skomplikowanej sieci bunkrów. Architekt dobrze się spisał i zakłócił działanie kamer, dzięki czemu pozostali niewykryci aż nie dotarli do sterowni. Nagle na umówiony znak w siódemkę wpadli do pomieszczenia, Fae przytknął sztylet do gardła generałowi, a jego wojownicy zajęli się pozostałymi ludźmi.
- Mówiłem, że nas nie doceniłeś… generale, zamknij wszystkie grodzie w koszarach.
- Zapłacicie za to, obcy. - był zły, ale odczuwał podziw dla odwagi i sprytu tej tajemniczej rasy. Nie, nie wolno mi tak myśleć! - upomniał sam siebie i wykonał polecenie Faego.
- Bardzo dobrze, a teraz omówimy warunki waszego odlotu…
- To nie takie proste, widzisz nie mamy jak się stąd wydostać, tak naprawdę, to nasz pancernik rozbił się na tej planecie…
Fae już miał coś powiedzieć, gdy rozległ się wybuch - to armia Iliady zniszczyła mur, po niewielkiej potyczce z wartownikami sytuacja się uspokoiła.
- Widzisz Lordzie Gaston, moje oddziały opanowały bazę, w twoim interesie leży abyś znalazł transport z Jawelina…
Nagle rozległ się następny wybuch, to gródź koszar wyleciała z zawiasów, później chmurę dymu poprzecinały świetlne wiązki laserowe, gwardziści przystąpili do kontrataku. Fae odwrócił wzrok na chwilę i w ostatniej chwili odsunął się od Gastona, który zamachnął się ukrytym mieczem energetycznym, w tym samym momencie drzwi sterowni padły i rozgorzała walka, Fae zręcznie skoczył do generała, psionicznie wyciągnął mu z ręki miecz i przytknął do gardła sztylet.
- Każ im rzucić broń!
- Rzu… rzućcie broń. - powiedział zaniepokojony lord, któremu ciążył na krtani zimny sztylet Eldara.
- Rusz się, a wy z drogi! - Fae wytargał Gastona na zewnątrz i zatrzymał tym samym ostrzał gwardzistów, gdy Eldarzy ich rozbrajali Fae kazał przeszukać kompleks. Okazało się, że na najniższym poziomie nadal przebywali uzbrojeni ludzie, ruszył tam w towarzystwie Iliady. We wnętrzu bunkra znalazł komnatę biblioteki, kiedy przeglądał tytuły wyczuł obecność istoty wrażliwej psionicznie. Instynktownie uniknął ciosu buławą bojową Kapelana.
- Stój, nie ma sensu walka, baza została opanowana przez nas.
- Posłuchaj obcy pomiocie, te księgi zawierają tajemną wiedzę o demonologii, jeżeli dostałyby się w ręce czarnoksiężnika, lub lorda chaosu, kto wie jakie szkody mógłby on poczynić! Skoro teraz wy macie nad nimi kontrolę, to chociaż zapewnijcie im ochronę przed skazą Chaosu!
- Rozumiem Cię… zaraz - nagle w komunikatorze odezwał się głos jednego z wojowników Faego
- Arcyproroku, zmierzamy w kierunku tajnej bazy Uchodźców, jeńcy są z nami, baza została zaatakowana przez niezliczone siły demonów!
- O nieeee… - Kapelan przeraził się do szpiku kości - musimy zabrać stąd Librarium Sevara!
- Fae, ktoś schodzi schodami! - powiedziała niespokojnie Iliada.
- Już tu są, musimy się utrzymać dopóki Architekci Upiorytu nie zapewnią przejścia do bazy Uchodźców! - mówiąc to Fae już wysłał wiadomość do Architektów.
Nagle drzwi do komnaty się otwarły, stanął w nich marine chaosu. Iliada pozbyła się go strzałem z pistoletu fuzyjnego i rzuciła się na pozostałych heretyków. Po chwili dołączył do niej Fae i Kapelan, a Architekt już budował bramę Sieciodrogi.
- Architekcie, długo się już nie utrzymamy! - krzyknął Arcyprorok
- Dobre uformowanie Upiorytu wymaga cierpliwości… Przejście gotowe, pozwólcie, że przeniosę księgi…
- Nie! Póki żyję nie pozwolę, aby ktoś niewierny ich dotykał! - poruszony Kapelan rzucił się do zbierania poukładanych ksiąg.
- No niech mu będzie, tylko przeprowadź go do bazy Uchodźców i poinstruuj naszych braci o konieczności ochrony - tu musiał przerwać i pozbyć się demona chaosu - tych ksiąg, a także poinformuj o zakazie krzywdzenia tych ludzi.
- Tak będzie, Lorrienie. - Architekt zwrócił się do kapelana - Człowieku, jesteś gotów?
- Możemy ruszać z pierwszą partią.
- Uważaj na wiry psychiczne, może Ci się zawrócić w gło… - tu głos Eldara się urwał, bo weszli razem w głąb Sieciodrogi…
A Fae i Iliada toczyli ciężką walkę w ciasnym korytarzu, zaczynało już brakować powietrza, więc musieli uruchomić filtry oddechowe. Po kilku kursach Kapelan ledwo trzymał się na nogach od podróży po Sieciodrodze, a brama została wyłączona od razu po przejściu Faego i Iliady…

Rozdział 19 - Spotkanie Umysłów

Kilkanaście minut później, w osadzie Uchodźców…
- Tak, Gaston, to Ci właśnie proponuję, tylko zjednoczeni będziemy mieli szansę zamknąć portal Spaczniowy. - Fae był spokojny, wiedział że to marne stworzenie nie ma innego wyjścia.
- Jak sobie to wyobrażasz? Co powiedzą moi przełożeni? Jak chcesz pokonać Sicarisa?
- Zadajesz dużo pytań młoda istoto, nie obchodzą mnie twoi przełożeni, tak jak i Ciebie nie powinni obchodzić. Mógłbym zabrać stąd wszystkich moich pobratymców, a was zostawić na pastwę Chaosu. Ale nie mogę wykazać się takim lenistwem, by pozwolić młodszym rasom na rozprawienie się z Sicarisem. Więc chcę wam pomóc, później nasze drogi się rozejdą, zabiorę stąd Uchodźców, a wam zapewnię łączność z jakimś okrętem Imperium… Co ty na to?
- Cóż… nie widzę innego wyjścia. - niechętnie przyznał Lord Gaston
Kilka godzin później gwardziści przygotowali swoje sponiewierane oddziały do walki, Eldarzy ruszyli jako wsparcie, ich armia nie wyglądała zbyt imponująco…
Musimy uderzyć szybko, zanim ze Spaczni wyłoni się więcej demonów Chaosu. Lordzie Gaston, ty i twoi ludzie musicie utrzymać ciężar naporu heretyków, Ja zajmę się portalem, gdy odetniemy ich jedyną drogę przysyłania wsparcia zostaną zniszczeni! - Fae sterował jednym z Falconów, wraz z Iliadą.
Kiedy dotarli do portalu uderzyła ich ilość przeciwników, mieli dwukrotną przewagę liczebną. Lecz w dużej liczbie byli to skromnie uzbrojeni kultyści. Jednak piechota ludzi nie była zbyt sprawną siłą szturmową, a nie mieli wsparcia artylerii. Kiedy rozległy się pierwsze strzały cała armia Sicarisa rzuciła się do ataku. Fae i reszta Eldarów ruszyli drogą okrężną, ominęli walczących i dotarli do kolumn portalu. Portal cały czas wypluwał nowych kultystów, podczas zakładania ładunków Altansarczycy musieli toczyć nieustanną walkę. Udało im się jednak oddalić i wysadzić segmenty portalu. Wśród ludzi, którzy ujrzeli walące się pylony rozległy się wiwaty, lecz wtedy pozostali przy życiu kultyści zebrali się w sobie i podwoili siłę ataku. Nagle antygrawem, którym wycofywał się Fae i Iliada wstrząsnął wybuch, pozostałe czołgi również zostały zestrzelone. Ocalali wydostali się z wraków, a drogę zastąpiła im gwardia osobista Czarnoksiężnika Sicarisa.
- Przeklęci! Zawsze wtykacie nos w nie swoje sprawy! Zginiecie!!! - rozwścieczony łotr wysłał do ataku swoich siepaczy, a sam rzucał pociskami psionicznymi, od których padło już wielu Eldarów - Rozwścieczyliście samego Tzeentha!
Fae walczył wraz z Iliadą, marines Sicarisa mieli na sobie granatowo-złote zbroje. Jednak po zabiciu jednego z nich odkrył, że adamantytowe płyty nic nie osłaniają, a w środku nie było cżłowieka. Wtedy zrozumiał - byli to rubric marines. Żywe pancerze służące czarnoksiężnikom Tzeentha, mrocznego boga czarnoksięstwa. Eldarzy odnosili ciężkie straty, lecz również dużo sług Sicarisa padło w boju. Fae rozejrzał się na chwilkę, odkrył, że gwardziści rezolutnie wycofali się do swojej byłej bazy i mogli się bronić przy użyciu stanowisk ogniowych, jednak kultystów wciąż było dużo. W końcu jego oddział uporał się z gwardią Sicarisa, ale sam czarnoksiężnik uszedł z życiem.
- Iliado zaopiekuj się naszymi braćmi i siostrami, zabierz ich na pokład Światła Eldanesha. Ja muszę zająć się pewnym sługą Chaosu.
- Uważaj, jest silny. Do zobaczenia
Fae rzucił się w pogoń za Sicarisem, wyczuwał jego moc psioniczną. Uciekał dnem wąwozu skalnego, kiedy Altansarczyk wspiął się na szczyt klifu zobaczył biegnącego psionika, jak i jego cel - niewielki statek kosmiczny. Fae przyciągnął się na łunie energetycznej do swojego wroga i powalił go na ostre skały.
- A więc odważyłeś się rzucić mi wyzwanie…
- Już nie takich jak ty pozbawiłem nic nie wartego życia! - Fae zaatakował Berłem, jednak człowiek sparował cios swoim kosturem, Eldara zaskoczył jego refleks.
Sicaris złowieszczo zaśmiał się i poraził Lorriena mroczną błyskawicą psioniczną, która zwaliła go z nóg. Fae spróbował wstać, ale został przygnieciony opancerzoną stopą czarnoksiężnika. Kolec na kosturze już zbliżał się w kierunku twarzy Arcyproroka, gdy ten poraził wroga piorunem psionicznym, a następnie wyrwał się z jego uścisku. Sicarisa wyraźnie zaskoczyła wytrzymałość Eldara. Fae zbierał moc psioniczną, aby powalić człowieka, który już przygotował osłonę psychiczną, lecz nagle Eldar odrzucił zebraną energię, wyciągnął pistolet fuzyjny i wystrzelił prosto w twarz niczego niespodziewającemu się, podłemu słudze mrocznych bogów, który zginął na miejscu.
Po kilku godzinach resztki kultystów pożegnały się z tym światem. Eldarzy ściągnęli podstępnie galerę handlową Imperium, która zawiadomiła najbliższą ludzką planetę o kłopotach gwardzistów z Jawelinu. Gaston i Martius pożegnali się z „plugawymi xenos”. Fae i jego siły powróciły na pokład fregaty. Ruszyli w drogę powrotną.
- Ech… Iliado, kiedy w końcu zaznamy spokoju? - zapytał zmęczony Fae.
- Wątpię, czy stanie się to kiedykolwiek… cieszmy się chwilą! - odpowiedziała…
_________________
The enemies of the Eldar shall fear my wrath...
 
 
Aspect 
Moderator
Khaine's Wrath



Wiek: 21
Dołączył: 03 Sty 2011
Posty: 1422
Skąd: The Grim Horizon
Wysłany: 2012-02-04, 16:52   

TOHRAN

Prolog: Jesień na Etyrii


Świeże, pachnące powietrze napełniło płuca Eldara. Nie miał na sobie zbroi, jego jedyną ochroną były naramienniki i ciężka, szara szata pokryta runami. Miał też pelerynę sięgającą ziemi, na której widniał Eldarski znak oznaczający Światostatek Naeloth’Lunar. Na białej tkaninie przykrywającej jego plecy leżał upiorytowy miecz przymocowany kilkoma pasami tkaniny. Jego brązowe włosy powiewały na wietrze, ale najbardziej przyciągały uwagę błękitne oczy, zachwycające głębią koloru i mądrością. Śledził drogę uważnym spojrzeniem. Wszędzie wokół walały się jesienne liście, a pokryte brązem i czerwienią drzewa nachylały się nad dość wąskim traktem. Eldar wyczuwał, że zbliża się jego cel, przeanalizował dokładnie sytuację. Rozważył każdy szczegół, machnął ręką a kilku stojących obok uzbrojonych wojowników schowało się w jesiennej scenerii.
Wkrótce zza zakrętu wyłonił się - kilkuosobowy oddział szturmowców inkwizycji, z młodą kobietą na czele. W dłoni trzymała coś świecącego, cały czas spoglądała na ten owalny przedmiot, jakby pilnując by jej nie wypadł. Miała na sobie zupełnie czarną zbroję, a jej twarz była częściowo zasłonięta kapeluszem z szerokim rondem. W drugiej ręce trzymała lekki, wąski miecz, który lśnił niebieską poświatą, a przy pasie miała włożony pistolet plazmowy. Jej żołnierze uważnie omiatali wzrokiem pobliskie drzewa, jednak ciągle niczego nieświadomi wkraczali w pułapkę. Kiedy trzech ludzi minęło pozycję Eldarów, ci z bojowym okrzykiem wycelowali swoje wyrzutnie szurikenowe i rozpoczęli ostrzał. Elitarnie wyszkoleni ludzie nie mogąc znaleźć osłony otoczyli własnymi ciałami ich panią i rozpoczęli ostrzał. Mimo kamizelek kuloodpornych ostre dyski o grubości atomu używane przez Eldarów jako pociski, przecięły z łatwością niechronione części ciała i zadawały dotkliwe rany. Szturmowcy nie mieli szans. Kiedy ostatni z nich wypuścił swój karabin laserowy i padł na ziemię, Eldarzy wyszli spośród drzew. Jednak kobiety nie było…
- Ach! Daliście jej uciec! - krzyknął Eldar z mieczem. - Szybko, jej niewidzialność nie potrwa długo.
Jego wojownicy byli doświadczonymi tropicielami. Tym razem z łatwością odnaleźli ślady uciekinierki, ponieważ drogę wskazywała strużka świeżej krwi.
- Jest ranna. Daleko nie ucieknie Varyanie! - powiedział jeden z obcych.
Szli za śladem krwi, a ten skręcał w głąb lasu. Pobiegli dalej i… ślad się urwał, Eldarzy rozpierzchli się w jej poszukiwaniu. Ich dowódca jednak został na miejscu i rozejrzał się, gdy na prawy naramiennik kapnęła mu kropla gorącej krwi. Popatrzył w górę, nagle kobieta rzuciła się na niego z drzewa i zaatakowała mieczem. On uniknął ciosu i sięgnął po broń, jego ostrze wysunęło się z lekkim szmerem.
- Wiesz, że nie masz szans kobieto. - powiedział spokojnie.
- Wątpliwe… Imperator chroni! - krzyknęła, uciekając zraniła się, po jej prawym policzku spłynęła czerwona kropla.
Krążyli wokół siebie mierząc się wzrokiem, po chwili wojowniczka krzyknęła i zaatakowała mieczem. Varyan sparował cios i złapał jej drugą rękę, w której cały czas coś trzymała. Siłowali się przez chwilę, mechaniczne implanty dawały kobiecie dużą siłę i sprawność. Jednak u Eldarów było to naturalne i ćwiczyli się w boju od początku życia. Varyan wykonał efektowny obrót zaskakując swą przeciwniczkę, która nie zdążyła sparować ciosu. Padła na ziemię wypuszczając z ręki błyszczący kamień.
Varyan podniósł kamień i wraz z resztą Tropicieli wycofał się w głąb lasu. Zaraz potem nadleciało kilka Valkyrii wypełnionych Sztrumowcami.
Ranna kobieta otworzyła konsolę znajdującą się na jej prawej rękawicy i wpisała kod. Na niewielkim ekranie pojawiła się twarz jakiegoś człowieka ubranego w imperialny mundur.
- Poniosłam porażkę, zabierzcie mnie stąd. - wyszeptała…

Początek Przygody


Tohran wpełzł na wielką skałę zakopaną w ziemi, aby zobaczyć co dzieje się nad strumieniem. Ostrożnie poruszał się do przodu. Kiedy najciszej jak mógł wychylił się zza głazu, spojrzał w dół. Leniwie płynący potok z obu stron uformował dość szeroką, usianą otoczakami plażę. Iglasty las był przez to rozdzielony na dwie części. Promienie dwóch księżyców nieco rozjaśniały mrok, lecz żeby lepiej się wszystkiemu przyjrzeć Tohran nasunął na oczy swoją opaskę celowniczą. Kiedy włączył noktowizję przyjrzał się dokładnie plaży, tak jak się spodziewał tuż nad strumykiem znajdował się niewielki obóz składający się z dwóch namiotów, wypalonych szczątków ogniska i niewielkiego drewnianego sztandaru z wyrytą szczęką Gorka. Przy jednym z namiotów usypana była niewielka kupka kości, pozostałości z poprzedniego posiłku Orków. Młody Eldar, już miał wstać, gdy nagle zobaczył, że w jednym z namiotów zaświeciło się światło. Tohran zastygł jak skamieniały i zobaczył, że jeden z zielonoskórych wyszedł za potrzebą. Udał się w kierunku krzaków znajdujących się tuż pod głazem. Młodzieniec wiedział, że to idealna okazja do pozbycia się jednego z jego celów. Bezszelestnie zsunął się ze skały i wyciągnął zdobyczny, imperialny nóż. Kiedy rozległo się obfite chlupotanie, Tohran z obrzydzeniem zakradł się za niczego niespodziewającego się Orka. Niczym drapieżny kot rzucił się na niego zatykając mu paszczę i wbił nóż między żebra likwidując pierwszy cel. Otarł nóż z krwi i schował go do zdobionej paroma runami pochwy. Wstał i wyprostował się. Tegoroczna jesień była wyjątkowo zimna, prorocy z jego kolonii przepowiadali nadejście niebezpieczeństwa. On sam jednak nie bardzo wierzył w opowieści starych tetryków z rady starszych. Ruszył po kamiennym dywanie uważając na kroki, aby przypadkiem nie obudzić drugiego Orka. Miał na sobie płaszcz z kapturem i ubranie z upiorytowej tkaniny wzmocnionej paroma cięższymi płytami na udach i piersi. Przy pasie powiesił sobie nóż, który zdobył w jednej z wypraw przeciw lokalnym kolonistom z Imperium ludzkości. W lewym rękawie miał ukryty pistolet szurikenowy, który dostał od ojca na trzydzieste urodziny, a na plecach przewiesił drobną sakiewkę na jedzenie. Na szyi nosił naszyjnik z dwoma kamieniami duszy, jeden czarny był pusty. Czekał, aby w razie potrzeby uchwycić jego duszę i uchronić przed Wielkim Nieprzyjacielem, Slaaneshem. Drugi, czerwony przechowywał duszę jego matki, która umarła w walce z lokalnym klanem Orków. Była ona najlepszą psioniczką z jego wioski, kiedy zginęła miał dziesięć lat i jej strata odcisnęła się na jego psychice. Odziedziczył po niej potencjał psioniczny, nawet teraz pomimo braków w szkoleniu potrafił wytwarzać drobne wyładowania elektryczne i podnosić drobne przedmioty siłą umysłu. Dzięki surowemu światu w którym się wychował nabrał dostatecznego doświadczenia, aby przetrwać w Wielkiej Puszczy. Nie zapuszczali się tu nawet najwięksi ludzcy poszukiwacze przygód, lecz mimo to nikt z jego osady nie przekroczył granicy wyznaczonej przez Góry Wschodnie. Za nimi rozciągał się wielki mroczny las, w którym żyło wiele groźnych stworzeń, czy nawet istot ze Spaczni. Tohran jest odważnym i energicznym młodym tropicielem. Jako jeden z nielicznych zapuszcza się tak daleko w puszczę. Wyznacza sobie misje, lub spełnia polecenia rady starszych, chcąc w końcu wydostać się z Etyrii i zamieszkać na jednym z legendarnych Światostatków. Teraz właśnie znalazł dwóch Orków, którzy uciekli z miejsca bitwy. Rada chce, aby zginęli i nie donieśli o porażce swojemu wodzowi. Tohran robi to dla pieniędzy, jego rodzina nie należy do najzamożniejszych w Nedindalu. A taka mała kolonia nie ma dość dużych zasobów, by funkcjonować jak bez walutowy Światostatek. Myśląc o tym co kupi sobie za nagrodę nie zauważył suchego patyka i na niego nadepnął. Rozległ się straszliwy trzask, chrapanie Orka ustało. Serce podeszło Eldarowi do gardła, kiedy jednak powrócił rytmiczny dźwięk towarzyszący oddechom zielonoskórego, Tohran odetchnął z ulgą. Odważył się ruszyć dalej, wiedział że w okolicy nie powinno znajdować się więcej Orków, postanowił więc nie ryzykować i wyciągnął pistolet. Wolną ręką ostrożnie odchylił zasłonę i wycelował w głowę. Wstrzymał oddech i nacisnął spust, krótka seria urwała chrapanie, a gdy śpiący Ork zastygł w bezruchu, Tohran wszedł do namiotu. Rozejrzał się w poszukiwaniu czegoś użytecznego, znalazł jedynie prymitywne narzędzia Orków. Z trudem przeniósł ich truchła i ułożył na sobie. Obłożył zwłoki suchymi patykami wyrzuconymi przez strumień i podpalił stos podręcznym palnikiem, który zawsze miał przy sobie. Zadowolony z wykonanej misji usiadł na skraju lasu, wyciągnął kawałek pieczywa z sakiewki i zjadł posiłek. Nawet z takiej odległości dawał mu się we znaki odór płonących Orków. Postanowił wejść w las nieco głębiej, gdyż woda przyciąga zwierzęta, a nie chciałby natknąć się na przypominającego dwugłowego wilka, pokrytego łuskami zmoryksa wielkości ziemskiego konia. Zmoryksy zamieszkiwały tą część lasu, polując na roślinożerne pandornisy i przywiezione przez ludzi dzikie konie. Po przejściu paru kilometrów znalazł dogodne miejsce na nocleg - wsuniętą półkę skalną. Zmysły jasnowidzenia podpowiedziały mu, że noc będzie pogodna, więc nie musiał szukać dachu. Zapalił sobie małe ognisko, aby odstraszyć zmoryksy i zapewnić sobie światło, bo opaska zaczynała już go uwierać. Pozostawił sobie pistolet przed nosem w na wypadek ewentualnej napaści i usadowił się najwygodniej jak mógł. Powoli opadł w półsen. Eldarzy od dziecka uczyli się kontrolować sen, potrafili spać pozostawiając aktywną część mózgu odpowiedzialną za zmysły. Dzięki temu mógł w czasie snu wykrywać niebezpieczeństwa. Bezpiecznie przetrwał noc, jedynie kilka razy słyszał pohukiwania zmoryksów. Co prawda obudził się nieco obolały i nie wyspał się tak dobrze jakby mógł, ale był rad, że wracał już do domu. Słońce wstało w orszaku złocistożółtych łun, rozświetlających niebo. Powietrze było rześkie, słodkie i bardzo zimne. Poranny przymrozek osadził szron na szpilkach drzew, i zamroził trawę. Tohran wstał i przeciągnął się, podniósł pistolet i zjadł parę placków przygotowanych mu przez ojca. Tutaj, na pobocznej planecie nie odczuwało się tak strasznie wszechogarniającej wojny. Jego wioska schowana w bezludnej puszczy na nieciekawej dla żadnej z wielkich frakcji planecie była wolna od większych konfliktów. Drobne potyczki z pobliskimi klanami Orków, czy wypady grabieżcze do miasteczek ludzi to były jedyne walki na Etyrii. Tohran maszerował szybkim krokiem przechodzącym czasami do truchtu. Lekki wietrzyk poruszał gałęziami drzew iglastych, które przeważały w tym regionie. Eldar poruszał się skrajem wysokiego jaru, mając pod sobą wielką rzekę Etheyel, która zaopatrzała w wodę Nedindal, który był położony w jej dolinie. Tohran przybliżył obraz w opasce optycznej. Dzięki jej możliwościom mógł zobaczyć, że życie w jego osadzie toczy się spokojnie. Kilkadziesiąt budynków wtopionych w las zamieszkiwało około dwustu Eldarskich Uchodźców. Poza Nedindalem w puszczy mieściły się jeszcze 3 kolonie Eldarów Eyowa, Feshyr i największa, niemal tysięczna osada Velmorien. Kolonie często się wspierały i organizowały napady na miasta ludzi, lub obronę przed coraz śmielszymi klanami Orków. Nagle rozmyślania Tohrana przerwały odgłosy walki. Przesunął opaskę na czoło i rozejrzał się gołymi oczami. Zobaczył błysk po drugiej stronie rzeki, wiedział że nie zejdzie po tak stromej ścianie, postanowił więc iść dalej i znaleźć zejście w niższym biegu rzeki. Wiedział, że w walce uczestniczyli Eldarzy, słyszał bowiem charakterystyczne kliknięcia towarzyszące wystrzałom z wyrzutni szurikenowej. Nagle ziemia osunęła się pod jego stopami i runął w dół czterdziestometrowej przepaści. Już przygotował się do twardego lądowania, gdy zatrzymał się na półce skalnej zaraz pod nim. Ucieszony nowym przejściem zsunął się po pochyłej półce na dno jaru. Przebiegł po kamieniach i przeskoczył wąską w tym miejscu rzekę. Przystąpił do wspinaczki, po kilkunastu sekundach dostał się na drugą stronę rzeki. Kiedy tylko stanął na nogach wyjął pistolet i zobaczył jedynie ciała. W kilku miejscach znajdowały się kałuże krwi, pod drzewami leżało czterech martwych Eldarów. Tohran ocenił, że nie byli to wojownicy Khaine’a ze Światostatku, a jacyś banici. Nagle usłyszał kaszlnięcia, odwrócił się - pod drzewem siedział ciężko ranny człowiek. Nie był to jednak milicjant z pobliskich kolonii, a ciężkozbrojny szturmowiec z potężnym uzbrojeniem.
- Porwaliśmy waszych ludzi… teraz wypalimy cały cholerny las! - krzyknął człowiek próbując sięgnąć karabinu.
- Aaach giń!!! - krzyknął Tohran i dobił żołnierza krótką serią z pistoletu.
Podszedł troskliwie do martwych, wydobył ich kamienie duszy ze zbroi, oraz zabrał dla siebie wyrzutnię szurikenową i upiorytowe ostrze. Poza tym odważył się jedynie odpiąć naramienniki, aby zbytnio nie bezcześcić ciał. Przypiął je sobie na ramiona i nałożył cały ekwipunek. Rozejrzał się wokół tak jak wcześniej nikogo tu nie było, ale czuł wyraźnie czyjąś obecność. Nagle zobaczył błysk światła, ostrożnie podszedł do jego źródła, był to lśniący kamień duszy. Podniósł go, wiedział że musi być bardzo ważny. Kiedy jeszcze raz upewnił się, że nie ma tu nic więcej wrócił na drugą stronę Etheyel i pobiegł wzdłuż jej brzegu. Kiedy słońce zbliżało się ku zachodowi dolina została spowita gęstą, niską mgłą. Powoli wypuściła swe bezcielesne macki ogarniając biegnącego Eldara. Tohran już widział swój cel, przybył do Nedindalu…

Ścieżki Przeznaczenia

Przy wejściu do wioski rzeka skręcała, natomiast brzeg zrównał się z wysokością puszczy. Tohran musiał opuścić brzeg Etheyel i wszedł do Nedindalu pieszo. Przy jednym drzew na skraju puszczy zobaczył piękną Adissę Jyotti. Pomachała mu ręką, znali się od dziecka, Adissa bardzo mu się podobała, byli dobrymi przyjaciółmi. Jej bujne, złociste, falowane włosy zasłaniały jej prawe oko i spływały kaskadami na długi płaszcz. Chodziła w zwiewnej szacie z wcięciem odsłaniającym jej lewą nogę. Czasami dało się zauważyć, że na udzie ma zamocowany pasem tkaniny pistolet szurikenowy. Na prawym ramieniu miała naramiennik dobrej jakości, a na szyi pięknie oszlifowany kamień duszy. Za pasem wisiało jej upiorytowe ostrze. Była córką Lotarra, głównego członka rady starszych. Jej rodzina od dawna utrzymywała miłe stosunki z ojcem Tohrana, który również był w radzie. Mimo to rodzina Adissy była znacznie zamożniejsza.
- Ach Tohran, w końcu wróciłeś - ucieszyła się dziewczyna.
- Tak, cieszę się, że Cię widzę, ale mam ważną sprawę do twojego ojca. - powiedział pospiesznie.
- Dobrze, mam nadzieję że to coś ważnego - powiedziała nieco zła Jyotti. - Chodź, zaprowadzę Cię do niego…
Wzięła go za rękę i ruszyli razem pośród przepięknych ogrodów i wkomponowanych w drzewa domów. Tohran pomachał patrzącego przez okno jego ojca - Velirdona. Kiedy dotarli do rzucającego się w oczy budynku, w którym mieszkała Adissa, jej matka Anwen i Lotarr, Tohran nieśmiało ruszył za swoją przyjaciółką do środka.
- Ojcze, wróciłam! - krzyknęła dziewczyna, ciągnąc za sobą Tohrana. - Chodź tu, mój kolega ma coś ważnego do Ciebie!
Wnętrze domu było luźne i skromne, kilka kryształów świetlnych oświetlało główny korytarza. Na jego końcu znajdowały się kręcone schody wiodące na górny poziom. Po krótkim czasie pojawił się na nich czarownik, ojciec Adissy. Miał doświadczony wyraz twarzy, białe włosy związał w stojący kok. Jego purpurowa szata była usiana potężnymi runami, a na szyi jak każdy w wiosce nosił kamień duszy. Uśmiechnął się serdecznie do przybyłych i zbliżył się przytulając córkę.
- Ach Tohran, cieszę się, że wróciłeś. Gdzie znowu się szlajałeś? - spytał starzec.
- Polowałem na tych dwóch Orków, którzy wam ostatnio uciekli. - odpowiedział - Załatwiłem ich, ale nie to jest najważniejsze…
Czarownik spojrzał na niego uważniej, a później na lśniący kamień duszy wiszący obok kamienia jego matki.
- Zanosi się na dłuższą rozmowę - napomknął - chodź, siądziemy sobie i na spokojnie nam o wszystkim opowiesz.
Zaprowadził go do obszernego pomieszczenia z kilkoma zdobionymi fotelami. W jednej ze ścian z przezroczystego Upiorytu zostało wykonane ogromne okno. Lotarr wskazał mu ręką jego miejsce, a Adissa usiadła obok. Czarownik usiadł na największym fotelu i odetchnął głęboko.
- Teraz możesz mówić - rzekł.
- Opowiadaj, opowiadaj! Jestem ciekawa co tam zobaczyłeś - powiedziała Jyotti i wpatrywała się w niego, gdy ten zaczął opowieść…
Kiedy opowiadał Lotarr zamyślił się, zadawał parę pytań. Lecz ani on ani Adissa nie przeszkadzali za często Tohranowi. Gdy skończył i ukazał im kamień duszy w pełnej okazałości stary czarownik pokiwał z wolna głową.
- Niedobrze, oznacza to że na nasze ziemie zawitała w końcu wojna… Wszystko wskazuje na to, że Etyrię przybył Inkwizytor. Żołnierz o którym mówisz był sługą inkwizycji, a to nic dobrego.
Na twarzach młodszych Eldarów pojawiło się zaniepokojenie.
- Zbierzemy radę. Być może przebudzimy duszę z tego kamienia, aby dowiedzieć się więcej - Lotarr wstał - dobrze się spisałeś. Nie mów nikomu o tym kamieniu, ani o walce nad Etheyel.
- Dobrze, już idę. - powiedział Tohran i poszedł w stronę wyjścia.
Kiedy wyszedł na zewnątrz nie mógł dojść ze swoimi myślami do ładu.... Pierwszy raz zetknie się z prawdziwą wojną. Z zadumy wyrwała go Adissa, która wyszła za nim z domu.
- Ja… nie wiem co o tym myśleć… - powiedziała.
- Czuję się podobnie - odparł Tohran. Spróbował się uśmiechnąć - wszystkiego dowiemy się po naradzie. Teraz muszę iść przywitać się z ojcem.
- Dobrze, ja także mam parę spraw na głowie. Do jutra.
Rozstali się. Tohran przybył do domu, gdzie czekał na niego jego ojciec. Ich mieszkanie było znacznie mniejsze, odkąd zabrakło kobiety w domu zaczęły pojawiać się skrawki kurzu i zabrudzeń, a teraz w niektórych miejscach nawet nie było widać upiornej kości. Tohran ostrożnie wszedł do jadalni, gdzie medytował jego ojciec. Lewitował kilka centymetrów nad ziemią, a jego biało czarna szata z lekka powiewała i falowała. Miał na głowie swój biało pomarańczowy hełm ze wzmacniaczami psionicznymi.
- Wiem co się wydarzyło synu. Na naszą planetę w końcu wkroczyła wojna, której udało nam się unikać od wieków. - powiedział nie odwracając się - Kiedy przebudzimy duszę z kamienia wszystkiego się dowiemy… Idź, prześpij się porządnie. Spełniłeś kawał dobrej roboty.
Tohran zauważył, że rzeczywiście jest senny. Więcej nie przeszkadzając ojcu wyszedł na górę do swojego łóżka lewitacyjnego. Ciąg powietrza był formowany tak, że tworzyło się wielkie ciśnienie podnosząc śpiącego w powietrze. Dzięki temu Eldar nie odczuwał podłoża, nie można by spać wygodniej. W jego pokoju stała jedynie jedna szafa, w której miał uroczystą szatę i swój największy skarb - karabin laserowy. Lecz nie taki, jak te prymitywne latarki używane przez gwardzistów z Imperium człowieka. Ten był oparty na technologii lanc świetlnych, był zdolny przetopić pancerz terminatora w mniej niż sekundę. Rozmyślając o przyszłości Tohran opadł w głęboki, kojący sen.
Obudził się wczesnym rankiem, gdy zszedł do parteru zobaczył, że jego ojciec już wyruszył do kapitolu. Na stole zostawił mu jednak kilka Eldarskich placków i szklankę trunku. Po zjedzeniu śniadania Tohran ubrał się w swoją szatę ceremonialną i gdy już schodził na dół, do jego mieszkania weszła Adissa. Widząc go uśmiechnęła się i rzekła:
- Chodź, rada prosi Cię do siebie. Chyba jesteś im potrzebny - powiedziała i ruszyła wraz z nim do kapitolu.
W budynku przebywała cała rada. W okrągłej sali na środku stał wielki okrągły stół z pięcioma krzesłami wokół. Na największym siedział Lotarr, opiekun Nedindalu. Po jego prawej było miejsce Verildona, proroka. Ociec Tohrana był najstarszym mieszkańcem Etyrri, pamięta jeszcze czasy, kiedy wraz z przodkami tej grupy Uchodźców przebywał jeszcze na Światostatku Naeloth’Lunar. O ile Lotarr ubrał się w drogocenną szatę i zbroję runiczną najwyższej jakości, o tyle Verildon miał na sobie swoją codzienną szarą szatę czarownika. Anwen siedziała po lewicy opiekuna, swego męża. Była matką uzdrowicieli, stała na straży zdrowia mieszkańców Nedindalu. Ubrała się w lekkie szaty, jedynie w kilku miejscach wzmocnione płytkami Upiorytu. Dalej siedziała Rylissa, strażniczka granic. Była zabójczynią i silną wojowniczką. Miała maskę Banshee i lekką, giętką zbroję z najwyższej jakości Upiorytu. W walce używała nożycowych sztyletów z podwójnymi ostrzami, oraz szczękoblasterów. Jej twarz była poważna, choć wyglądała na zadziorną i zdradziecką osobę. Ostatnim członkiem rady był Kalamos, trzymał pieczę nad kaplicą poświęconą Asurvanitilowi i Khaine’owi. Zajmował się także kamieniami duszy, oraz psioniką z dziedziny telepatii. Na plecach spoczywał jego wielki dwuręczny miecz, Tohran wiedział jak sprawnie się nim posługiwał wiekowy kapłan.
- Ach przybyłeś Tohranie, podejdź proszę. - powiedział Lotarr - Próbowaliśmy przebudzić duszę zamkniętą w tym kamieniu, ale wyraźnie czujemy, że wymaga to obecności jeszcze kogoś.
- Ciebie, Tohranie, ty masz coś wspólnego z tą osobą… - powiedział Kalamos
Tohran ostrożnie podszedł do kamienia, Adissa trzymała się blisko niego. Młody chłopak ściągnął rękawice i podniósł klejnot. Poczuł czyjąś obecność, spróbował nawiązać kontakt. Nagle w jego głowie rozległ się głos.
- Witaj… Pomazańcu Ultanasha. Jestem… ostatnim Autarchą Światostatku Naeloth’ Lunar. Eldarskie kolonie na tej planecie to resztki jego mieszkańców. Sam Światostatek dawno temu spadł na Etyrię.
- Dlaczego nikt o tym nie mówi?
- Ponieważ wszyscy chcą zerwać z przeszłością. Na tym Światostatku przebywał dawno temu Ultanash. Kiedy jego ród został przeklęty, po jego śmierci za wszelką cenę chciał się odkupić. W tym celu narodził się ponownie w ciele mieszkańca Naeloth’Lunar. Gdy dorósł osiadł na tej planecie tworząc swoją gwardię Naeloth’Lunar i rozpoczął swoje badania nad nową bronią. Lecz pewnego dnia zniknął. Byłem jego prawą ręką, żyliśmy w podziemnych katakumbach, gdzie opracowywał swój plan odbudowania imperium Eldarów. Potrzebował jednak ofiar, jego celem było bowiem ożywienie Eldarskiego panteonu bogów. Teraz nie wiem gdzie jest, jednak przekazał mi misję. Wyznaczył ciebie, jako mego zastępcę, musisz odnaleźć jego starożytny pancerz. Wtedy staniesz się jego czempionem, zyskasz niesamowitą moc i pomożesz mu w dziele reinkarnacji.
- To… to jest zbyt wiele. Jak znajdę te podziemia?
- Trzysta lat temu przybyłem tutaj wraz z ostatnimi Tropicielami z Naeloth’Lunar. Jednak nieszczęśliwie dla nas akurat na planecie przebywała Inkwizytorka Irrida. Jej ludzie wykryli nasz statek i kiedy zeszliśmy do katakumb w poszukiwaniu pancerza zaatakowali nas. Moi wojownicy uciekli, ale ja zostałem pochwycony przez Irridę. Po okrutnych torturach udało jej się dowiedzieć o tym co jest w katakumbach. Jednak nie weszła do nich nawet na metr, gdyż cały kompleks jest usiany pułapkami i strażnikami. Wróciła do mnie, aby odkryć sposób przebycia niebezpieczeństw. Na szczęście zdążyłem popełnić samobójstwo. Wtedy wyciągnęła mój kamień duszy i ruszyła do Erydii - głównej kolonii Imperium na tej planecie. Tam znajdowały się przyrządy czytające w myślach, więc mogłaby wyciągnąć ze mnie informacje. Moi ludzie jednak odnaleźli ją w drodze i odebrali jej kamień. Mieli zanieść go do ciebie, jednak Inkwizytorka powróciła i zabiła ich. Wtedy ich znalazłeś. Musisz uwolnić resztę Tropicieli z więzienia w Petrovyii. Wskażą Ci drogę do katakumb, ja nie mam już czasu. Mój kamień jest pęknięty, ta głupia kobieta go uszkodziła. Moja dusza powoli wycieka do Slaanesha. Ruszaj!
Tohran powoli wrócił do rzeczywistości, wszyscy wpatrywali się w niego oczekując. Kamień w jego rękach powoli zgasł i przestał wyczuwać obecność umysłu tajemniczego autarchy.
- Co słyszałeś?
- To był autarcha Naeloth’Lunar. - na twarzach obecnych w sali odbiło się zdumienie - Muszę odnaleźć jednego z jego ludzi. On wskaże mi drogę do mojego przeznaczenia.
- Taaak, zawiła jest twoja przyszłość Tohranie… - powiedział Lotarr. - Cóż, na razie pozostaniesz tutaj. Zbliża się zima. Śnieg za kilka dni zasypie przełęcz Eyowańską, musisz poczekać do wiosny.
- Przyda mi się odpoczynek. Muszę zregenerować siły przed mą misją. Czy mogę już odejść? Muszę sobie wszystko przemyśleć.
- Tak oczywiście, Adisso ty także wyjdź.
- Oczywiście tatku. - odrzekła nieco zawadiacko, po czym zamiotła suknią i ruszyła za żwawo maszerującym Tohranem.
- Adi, muszę iść do domu, odpocząć… - szepnął jej do szpiczastego ucha.
- Oczywiście, rozumiem. - opowiedziała, po czym odwróciła się i już miała odejść, ale jeszcze nie odwracając głowy powiedziała - Jutro przed kaplicą, przyjdź zanim wstanie słońce. Wycieczka do lasu dobrze Ci zrobi.
- Tak, myślę, że powinienem się trochę oderwać od tych wszystkich ważnych rzeczy, do zobaczenia - odrzekł uśmiechając się…

Zima


Tohran całymi dniami przebywał z Adissą i innymi młodymi Eldarami z Nedindalu. Trenowali walkę, chodzili po puszczy i ćwiczyli swoje moce psioniczne. Nie zauważyli nawet kiedy do ich domu zawitała zima. Trzaskające mrozy spowiły cały las, biały śnieg pokrył szare konary łysych drzew. Etheyel zamarzła, jedynie odcinek przy wiosce płynął nadal, gdyż pilnowali tego Nedindalscy psionicy. Obfite opady zasypały całą osadę, w końcu Eldarzy musieli konsekwentnie wytapiać śnieg kilka razy na dzień. Potęga kaplicy emanowała ciepłem oczyszczając niemal połowę wioski z białego puchu. Tohran jednak mieszkał w tej zasypanej części…
- „Ehh, znów przez ten śnieg…” - pomyślał, dzisiaj czekało go ważne zadanie. Miał pomóc myśliwemu Kandarasowi w ubiciu pewnego zmoryksa, który upodobał sobie jaskinię położoną zbyt blisko osady.
- Tohran! Do ciebie! - usłyszał głos ojca i powoli wygramolił się z posłania.
Szybko ubrał swój strój wyjściowy i zdobyczne naramienniki. Włożył nóż za pas i wziął do ręki wyrzutnię szurikenową, którą podarował mu kilka dni temu ojciec. Było to arcydzieło, piękne runy zdobiły każdy pojedynczy pocisk w magazynku, a sama broń była idealnie wyważona. Tohran gdy tylko mógł używał swojego nowego majątku. Kiedy zszedł na dół w drzwiach zobaczył Kandarasa i Adissę, która założyła cięższą szatę, z futrzanym kołnierzem. Miała w ręce potężny lustrzany miecz, który również otrzymała niedawno od swojego ojca.
- Witajcie, wezmę coś do jedzenia i możemy ruszać. - powitał ich Tohran, oni odpowiedzieli mu skinieniem głowy.
- Proszę, wejdźcie. Odpocznijcie sobie trochę - powiedział Verildon przysuwając im krzesła na korytarzu.
- Dziękujemy, ale długo tu nie zabawimy, musimy dorwać zmoryksa przed świtem. - odpowiedział Kandaras.
Adissa podeszła do jedzącego w pośpiechu Tohrana, po czym oglądnęła się po jadalni. Nad podestami lewitowały piękne obrazy przedstawiające Naeloth’ Lunar i jego mieszkańców.
- Nie wiedziałam, że macie u siebie tak piękne dzieła sztuki. - powiedziała z uznaniem
- Możemy już iść, Kandarasie, Adisso, chodźmy. - powiedział Tohran
- Ach, oczywiście - odrzekła Jyotti, po czym jako ostatnia wyszła z domu i zamknęła drzwi.
Żegnaj synu, nie zawiedź mnie. Ubijcie swą ofiarę… usłyszał w głowie Tohran do zobaczenia pomyślał, wiedział że jego ojciec z łatwością wychwyci wiadomość. Był ekspertem od komunikacji telepatycznej.
Wszyscy troje mieli buty antygrawitacyjne, Eldarski wynalazek powalający na chodzenie po śniegu, czy wodzie ani trochę się w niej nie zapadając. Poza tym poruszali się dzięki temu bezszelestnie. Kandaras poprawił swój potężny karabin snajperski zwisający mu na plecach, Adissa włączyła generator psioniczny. Jej miecz natychmiast zabłysnął niebieską poświatą, był teraz w stanie przeciąć metal. Torhan jedynie sprawdził zasobnik amunicji, po czym wcisnął go z powrotem do karabinu. Kilka kilometrów za wioską Kandaras nakazał im, aby się uciszyli. Skradając się zeszli z niewielkiego masywu na dno zasypanego parowu. Jaskinia była niemal odcięta przez śnieg. Kandaras po cichu wytopił śnieg ciepłem z generatora kinetycznego. Skinął głową, po czym ruszyli ostrożnie w głąb, Tohran nałożył opaskę optyczną, Kandaras ubrał swoje gogle, a Adissa wzmocniła wzrok mocą psioniczną. Odkryli, że jaskinia była dość głęboka, kilka metrów dalej zakręcała tak, że nie można było zobaczyć jej dalszej części. Nagle usłyszeli gardłowy pomruk. Śpi, możemy bezpiecznie podejść… przesłał im z trudem nie wyszkolony w telepatii Kandaras. Skradając się powoli wyłonili głowę zza zakrętu na środku okrągłej komory leżał zmoryks oświetlany przez promienie słońca wpadające do jamy przez dziurę w stropie. Jego skóra była pokryta czerwonymi łuskami. Jego głowy wyglądały tak samo, dwa wilkopodobne łby z odsłoniętymi dziąsłami były przerażające. Kilkucentymetrowe kły jedynie dodawały bestii grozy. Jego płuca poruszały się regularnie, długie jak przedramię Tohrana pazury na łapach zmoryksa pobłyskiwały w niebieskawym świetle. W kątach jego pieczary walały się kości pandornisów, ale smród był łagodny, gdyż ulatywał przez otwór w suficie. Adissa odważnie zbliżyła się do stwora, łowca wycelował w jeden z jego łbów karabin, a Tohran przygotował wyrzutnię, gotów wspomóc przyjaciółkę. Nagle stało się coś strasznego. Dało się słyszeć zbliżający się tupot ciężkiego zwierzęcia, drgania wywołane przez pandornisa wywołały niewielką lawinę kamyczków i ziemi, która spadła na głowy zmoryksa. Kiedy bestia otworzyła oczy otwór w stropie został zatkany przez łapę pandornisa, który nieuważnie wpadł do jamy. Jyotti natychmiast się wycofała, gdyż potwór machnął łapą, chcąc rozerwać ją pazurami. Kandaras strzelił z karabinu, ale chybił, gdyż dostał przednią łapą od pandornisa. Wystraszony zwierzak chcąc się uwolnić zniszczył cały strop, a jaskinia się zawaliła. Tohran rozpaczliwie szukał wyrzutni, którą wytrącił mu zwał ziemi. Zmoryks tymczasem wstał i otrzepał się z pyłu przeraźliwie rycząc. Kandaras wycelował ponownie, ale zdezorientowany pandornis nie wiedząc co się dzieje zaatakował go przednią łapą. Cały pokryty był białym futrem, jedynie głowę i końce nóg miał czarne. Był roślinożercą, lecz z powodu niezbyt wielkiej inteligencji bywał agresywny. Jego pysk wykrzywił się dziwnie, stworzenie ryknęło i ponowiło atak. Kandaras zasłonił się rękami, Tohran wystrzelił do białego zwierzęcia kilka pocisków. Rozjuszony zmoryks rzucił się instynktownie na swoją ofiarę, pandornis w wyniku nagłych ran padł przygniatając biednego Kandarasa. Tohran musiał przeładować wyrzutnie, gdy zdał sobie sprawę, że zmoryks wpatruje się w niego. Nie minęło kilka sekund, gdy już znajdował się w powietrzu. W jego tors wbiły się długie szpony ogromnej bestii, która wielkim susem powaliła Eldara na najbliższą ścianę. Tohran zdołał jednak dokończyć ładowanie broni i strzelił potworowi w brzuch, ten rozwścieczony puścił go i uderzeniem jednego z łbów wytrącił chłopcowi karabin. Zmoryks stanął wyprostowany na tylnych nogach i już podnosił najeżoną pazurami łapę, aby zadać śmiertelny cios. Nagle zastygł w bezruchu, wydał z siebie przenikliwy pisk, a następnie opadł na bok odepchnięty przez impet poziomego cięcia zadanego przez Adissę. Tohranowi zrobiło się ciemno przed oczami, opadł na kolana. Ostatnimi spojrzeniami widział jak Kandaras powoli gramoli się spod wielkiego truchła pandornisa. Już spadał na twarz, lecz poczuł kojący dotyk Adissy która złapała go przed upadkiem. Opadł w nicość, całym jego umysłem zawładnął ból…
***
Gdzie… gdzie jestem? pomyślał Tohran. Leżał na białym posłaniu w swoim pokoju, czuł że na brzuchu i piersi ma założone opatrunki. Nic go nie bolało, Eldarzy z łatwością pokonywali odczucia ciała. Spróbował wstać, zabrakło mu jednak sił. Usłyszał kroki na korytarzu, drzwi się otwarły i wszedł do jego pokoju Verildon.
- Ach, w końcu się ocknąłeś synu! - powiedział
- Ile spałem? I co z Adissą?! - spytał rozgorączkowany Tohran
- Spokojnie, wszyscy są bezpieczni, tylko ty i Kandaras odnieśliście rany. Jyotti tu idzie, wyczuła, że się obudziłeś. - odrzekł starszy Eldar.
Tak jak przewidział, na rozległo się szybkie tupanie i po chwili drzwi ponownie się otwarły. Stanęła w nich Adissa oblepiona śniegiem.
- Tohran!!! - wskoczyła na łóżko i przytuliła go niemal przyduszając - Nareszcie się obudziłeś!
- Tak… też się cieszę, ale czy mogłabyś… mnie puścić? Duszę się… - wystękał obolały chłopak
- Och tak, przepraszam. - zorientowała się dziewczyna i puściła go siadając na skraju łóżka.
- Ile… czasu minęło od tego polowania? - spytał Tohran
- Cztery doby. - odparł spokojnie Verildon
- Co?! - Eldar zdał sobie sprawę jak bardzo był głodny - Czy coś przegapiłem?
Jego ojciec wyszedł, zamykając drzwi, Tohran wyczuł, że idzie zrobić coś do jedzenia.
- Nie, w wiosce nie działo się nic ciekawego. Ależ ten zmoryks Cię pokiereszował… - odpowiedziała Jyotti.
Rozmawiali, gdy do pokoju wszedł ojciec Tohrana z misą odżywczej zupy. Młody Eldar zjadł łapczywie i omal nie beknął na cały głos. Po kilkunastu minutach rozmowy Verildon wstał i powiedział:
- Idę do Eluana. Odbiorę twój strój łowiecki z naprawy.
Gdy starszy Eldar wyszedł, Tohran poczuł napływ energii po zjedzeniu posiłku. Eluan był Piewcą Upiorytu, dbał o dobrą kondycję urządzeń i przedmiotów należących do mieszkańców Nedindalu. Chłopak zdecydował, że mógłby teraz wstać.
- Tohranie, myślę, że możemy iść do kaplicy po wzmocnienie Khaine’a. - powiedziała Jyotti
Gdy ten przytaknął, Adissa odwróciła się tyłem, podczas gdy jej przyjaciel niezgrabnie ubierał swoją zimową szatę. Kiedy Tohran się przygotował ruszyli na zewnątrz. Eldarzy od razu poczuli napływ mocy po wciągnięciu do swych płuc rześkiego, świeżego powietrza. Ruszyli po wydeptanej ścieżce, śnieg nie padał od kilku tygodni, więc mieszkańcy zaśnieżonej połowy wydeptali w puchu twarde ścieżki. Kiedy śnieg zaczął ustępować miejsca wyschniętej, zimowej trawie zza zakrętu wyłoniła się wysoka wieża kaplicy. Na jej szczycie wirował kryształ energetyczny, to jego ciepło wytapiało śnieg w tej części Nedindalu. Po wejściu do środka ich oczom ukazała się jedna wielka klatka schodowa będąca wnętrzem świątyni. Na środku wznosił się wysoki słup wystający nad dach wieży. To nad nim unosił się kryształ. Eldarzy zaczęli wchodzić po spiralnych stopniach na górę wieży. W ścianach, przy schodach były wnęki całkowicie zapełnione gablotami z kamieniami dusz zmarłych Nedindalczyków. Kiedy wyszli na szczyt kilkunastometrowych schodów dotarli na wiszącą w powietrzu główną platformę świątyni. Była ona okrągła, a na środku miała dziurę, przez którą wznosił się słup, aż do sufitu. Kilka kryształów energetycznych lewitowało tuż pod nią, ogólnie wnętrze świątyni było przepiękne. Na wysokości platformy w słupie znajdował się wydrążony ołtarz. To tam umieszczone były atrybuty Khaine’a, boga wojny i Asurvanitila, opiekuna wioski.
- Witajcie dzieci - przywitał ich Kalamos, kapłan - w jakim celu przyszliście do tego przybytku?
- Chcemy otrzymać błogosławieństwo Khaine’a, za kilka dni wyruszamy w ciężką podróż. - oznajmiła Adissa
- Zaraz zaraz, gdzie ty się wybierasz? - spytał Tohran
- Mam rozkaz od ojca, aby towarzyszyć Ci w twojej wyprawie do Petrovyii. - odparła spokojnie
- Co takiego ?! - wykrzyknął Tohran
- Obniż to młodzieńcze. Już jest postanowione, ruszacie we dwoje. A teraz zachowajcie dyscyplinę… - powiedział Kalamos i zaczął rytualnie wzywać moc boga wojny…
_________________
The enemies of the Eldar shall fear my wrath...
 
 
Aspect 
Moderator
Khaine's Wrath



Wiek: 21
Dołączył: 03 Sty 2011
Posty: 1422
Skąd: The Grim Horizon
Wysłany: 2012-02-04, 16:57   

Długi Marsz

Nazajutrz przepełniony energią Tohran wyszedł z domu i skierował swoje kroki do kapitolu. Już nie nosił opatrunków, pod wpływem mocy Khaine’a rana się zasklepiła, nie pozostała żadna blizna. Kiedy dotarł do kopuły, spotkał przed drzwiami Adissę.
- Sama nie wiem jeszcze jak ma się to odbyć. Ojciec wyjawi nam plan. Chodź… - oznajmiła i biorąc go za rękę ruszyła do środka.
We wnętrzu kapitolu panowała jak zwykle niezmącona cisza. Dopiero po chwili przez wrota przeciwległe do głównego wnętrza wszedł Lotarr i jego żona Anwen. Razem dostojnie ruszyli w kierunku młodszych.
- Witam was dzieci. - zaczął Lotarr - Jak wiecie, czeka was ważna misja.
- Żeby zakończyła się sukcesem musicie przejść przeistoczenie, rytuał El’ dajukath’ Tikam.
- Dlaczego mamy się przemieniać w tą niższą rasę? - spytała zaskoczona Jyotti
- Schowaj dumę na bok córko. - odpowiedziała Anwen - Musicie wtopić się do ich kultury, aby niepostrzeżenie dostać się do więzienia Petrovyiańskiego.
- Sądziłem, że przełęcz Eyowa jest niedostępna… - dopowiedział Tohran
- Bo tak jest. Wy pójdziecie drogą okrężną, przez Velmorien. Tam dołączy do was agent specjalny Kaleonoru, zaprzyjaźnionego Światostatku.
Tohran i Adissa usiedli z wrażenia i wybałuszyli oczy.
- Odwiedzimy Velmorian?! - spytali równocześnie
Tak - brzmiała odpowiedź. Po czym młodsi Eldarzy wyszli z kopuły. Anwen spojrzała z żalem w oczach na Lotarra.
- Jak myślisz, poradzą sobie? - spytała
- Tak… Tohran to silny chłopak, obroni naszą córkę. Obojgu przyda się na przyszłość trochę doświadczenia. - odpowiedział starszy
***
- Idziemy do Velmorien, wyobrażasz sobie? - zagadnęła Tohrana w drodze Adissa - Odwiedzimy te sławne korytarze przodków i koszary gwardii Etyriańskiej.
- Tak, to będzie coś wspaniałego, ciekawo kim będzie ten agent. I jak go znajdziemy? - powiedział
- Hmmm, znając zdolności Kaleonorczyków to on znajdzie nas… - odparła Jyotti
Między drzewami rozległ się przepiękny śmiech Eldara. Tohrana rozbawiła jego własna ignorancja. Przystanął poprawiając karabin zwieszający na pasku przewieszony na lewym ramieniu. Na torsie miał założony mocny pancerz, a naramienniki, które znalazł przy martwym Eldarze zostały ulepszone przez Eluana. Na nogi założył nagolennice i kolczugę Upiorytową zwisającą aż do kolan. Jego długi płaszcz sięgał do stóp i pokryty był potężnymi runami. Kiedy ruszyli naprzód Adissa odetchnęła.
- Czeka nas długi marsz… - napomknęła
Kiedy szła jej zdobiona szata mieniła się purpurowymi odcieniami. Miała również runiczny napierśnik, a jej miecz połyskiwał za pasem. Włosy spięła w kok i umocowała za pomocą dwóch szpilek, na wzór Arcyprorokini Idranel, która wymyśliła ten sposób czesania.
Powietrze było jak zwykle świeże, żadne z nich nie wykrywało w pobliżu większych zwierząt. Droga im się dłużyła. Kiedy słońce zaczynało zachodzić rozłożyli obóz. Jyotti postawiła automatycznego strażnika, który jeśli tylko wykryłby zagrożenie zaalarmuje śpiących. Tak minęła im noc, a następny dzień znów zleciał na marszu. Od kilku dni nic więcej się nie działo, podróż zaczynała ich nużyć.
- Och dlaczegóż Lotarr nie zgodził się na kupno choć jednego antygrawu od Velmorian… - marudził Tohran
- No nic na to już nie poradzimy, trzeba chodzić pieszo. Myślę, że jutro wyjdziemy na szkarłatną polanę i zobaczymy już Velmorien. - odparła
Ruszyli nieco raźniej. Nazajutrz w istocie odkryli, że las się przerzedził. Po godzinie, czy dwóch wyszli ze skupiska drzew na otwarty teren. Ich oczom ukazała się piękna szkarłatna polana i wielkie Velmorien. Wszędzie wokół krążyły antygrawitacyjne pojazdy, ten widok zrobił na nich niesamowite wrażenie. Zbliżali się powoli, z czasem miasto rosło jeszcze bardziej. Zobaczyli poszczególne budynki wyodrębnione za pomocą wielkich kopuł. Dostrzegli także ruch na ulicach miasta strzeżonego przez kilka automatycznych lanc świetlnych.
- Jak myślisz, którędy wejdziemy? I jak w takim ogromie znajdziemy tego wysłannika? - spytała Adissa
- Hmmm, myślę, że powinniśmy się jeszcze trochę zbliżyć, z pewnością rozmieszczono kilka czujek na około miasta. - odparł poważnie Tohran
Przerzucił swój tobołek na drugie ramię. Szli przez trawy sięgające im do kolan, minął ich niebezpiecznie blisko jeden z Antygrawów. Ze strachem zatrzymali się i schylili, jednoczenie odwracając w stronę z której przybyli. Wave Serpent wylądował, a ze środka wyszedł pokaźnie zbudowany Eldar w ciężkiej zbroi Mrocznego Żniwiarza. Podeszli do niego, a ten ściągnął hełm i spojrzał na nich srogimi oczyma, mówiąc:
- Kim jesteście? Po co tu przybywacie?
- Witaj strażniku, pochodzimy z Nedindalu - był to dostateczny dowód zaufania, nikt poza Eldarem z Etyrii nie mógł wiedzieć co to Nedindal. Wielki Eldar trochę się rozchmurzył, a Adissa kontynuowała - czy można tutaj znaleźć jakiś nocleg?

Krótka Przerwa

- Witajcie, witajcie. Proszę, wejdźcie do środka, zawiozę was do kopuły dla podróżnych. - odparł strażnik
Tohran sięgał mu najwyżej do ramion, mimo że był wysokim Eldarem nie mógł się pod tym względem równać z olbrzymim wręcz Żniwiarzem. Adissa także nie należała do najniższych ostrouchych, ale przy nim oboje wyglądali niczym dzieci. Wave Serpent był pokryty niestandardowym lakierem, kiedy jakieś światło się w nim odbijało czarny kolor ustępował miejsca czerwieni. Na kilku częściach statku były jednak białe plamy, one się nie błyszczały tak mocno, jak reszta pokrycia. Od razu było wiadomo, że ten antygraw został kupiony na Światostatku Malan’Tai. Tohran zajął miejsce w kabinie transportowej, naprzeciw Jyotti, strażnik zasiadł za sterami i okręt powoli uniósł się nad powierzchnię gruntu. Tohran leciał antygrawem kilka razy w życiu, ale od razu spodobało mu się to uczucie lekkości. Lawirując między szczytami iglic Velmorienu antygraw kilkukrotnie pikował ostro w dół, lub powoli wspinał się nad wielkie kopuły mieszkalne. Kolonia była dość duża, nawet jak na standardy galaktyczne. Należała do wąskiego grona stałych, wielkich, eldarskich miast. Podczas szybkiego spadania pasażerowie odczuwali stan nieważkości, letnia szata Adissy kilkukrotnie odmówiła jej posłuszeństwa zadzierając się do góry. Zdenerwowana dziewczyna z całych sił przytrzymywała ją rękami, Tohran tymczasem nabrał niezdrowego odcienia zieleni. Nie był przyzwyczajony do tak nagłych zmian ciśnienia. Jednak szybko zamknął oczy, skupił się i odegnał wszystkie myśli. Zaczął oddychać miarowo, powoli. W końcu po kilkudziesięciu minutach lotu dotarli na lądowisko olbrzymiej barwionej na złoto kopuły gościnnej miasta Velmorien.
- Jak minął lot? - spytał jak gdyby nigdy nic strażnik, na co Adissa popatrzyła na niego kłującym wzrokiem spode łba
- Dziękujemy, za szybki dowóz paniee…
- Lothren, nazywam się Lothren - powiedział strażnik dotykając palcem wskazującym prawej ręki czoła i serca, a następnie wywijając ją do tyłu
- Tohran, a to Adissa - odparł chłopak powtarzając gest powitania
- Odprowadzę was do komnaty, Rillena na pewno wam jakąś przydzieli. Potem zaprowadzę was do namiestnika - powiedział Lothren, po czym widząc spojrzenia swych gości dopowiedział - to konieczne, Ottis chce wiedzieć kto przybył do Velmorien.
- Skoro nie da się tego uniknąć, to zgadzamy się Lothrenie - odpowiedział Tohran
Po wiszącej płycie Upiorytu przeszli od okrągłej platformy lądowiska do windy grawitacyjnej, która znajdowała się już w konstrukcji kopuły. Po krótkim zjeździe wyszli na sam środek placu ozdobionego roślinami i kryształami świetlnymi. W centrum skrzyżowania dwóch alejek stała niewielka recepcja. Na obrotowym krześle siedziała młoda dziewczyna ubrana w zwiewną szatę podobną do tej, którą nosiła Jyotti, jednak bez wcięcia. Podeszli do niej we trójkę.
- Witaj Rilleno - odezwał się do niej Lothren
- Co tam Lothrenie? Przyprowadziłeś nowych podróżnych? - spytała miłym tonem ekspedientka
- Tak, załatw im jakieś mieszkanie… - odparł barczysty Eldar
Spojrzała na przybyłych oceniając ich wymagania, po czym wysłała do komputera bodziec psychiczny i wybrała im miejsce w zachodniej części kopuły. Lothren odebrał klucz, po czym mrugnął do niej, odpowiedziała mu uśmiechem, po czym odwróciła się na krześle i zawzięcie zaczęła czyścić kryształ na blacie. Lothren machnął ręką przywołując Tohrana i Adissę, po czym ruszyli razem do drzwi teleportacyjnych. Portal prowadził do hallu zawieszonego w Sieciodrodze. Było to czarne, proste pomieszczenie usiane bramami prowadzącymi do różnych części kopuły mieszkalnej. Wybrali portal do zachodniego sektora na poziomie czwartym.
- Tutaj są naprawdę schludne mieszkanka. Możecie przenocować ile chcecie. - oznajmił Lothren - Rozpakujcie się, poczekam przed wejściem.
Po wejściu do komnaty oczom Tohrana ukazał się ładny okrągły salon z balkonem. Na środku stał stolik i dwa fotele. Po prawej były wejścia do dwóch komnat medytacyjnych, a po lewej do obszernej sypialni z łóżkiem lewitacyjnym dla dwóch osób. Całości dopełniał warsztat rusznikarski, gdzie Eldarzy mogli reperować swoją broń, lub ją ulepszać. W dzisiejszych, mrocznych czasach znajdował się niemal w każdym domu. Jyotti rzuciła swój tobołek z cięższą szatą zimową i kilkoma innymi drobiazgami. Tohran swój bagaż powiesił nad stojakiem lewitacyjnym, który działał podobnie jak łóżko. Sprawdził swój sztylet przy pasie, oraz przewiesił przez ramię wyrzutnię szurikenową. Adissa natomiast wzięła jak zawsze swój miecz i sztylet, który włożyła do pochwy zawieszonej na udzie. Pistolet szurikenowy włożyła do wewnętrznej kieszeni w płaszczu. Tak przygotowani zamknęli mieszkanie i ponownie poszli za Lothrenem. Tym razem w rozdzielni weszli do portalu prowadzącego na platformę lądowiska. Wave Serpent otworzył właz ładowni, gdy tylko się zbliżyli, Upioryt wyczuł wzór psioniczny właściciela i otworzył mu wejście. Jyotti wyjęła sztylet i wbiła go w swoją szatę, aby tym razem mieć spokój, Tohran usiadł splatając nogi i przygotował się do medytacji. Lothren odpalił silniki wektorowe, dzięki czemu antygraw wystrzelił wysoko w powietrze zupełnie pionowo. Najwyższa iglica w mieście była siedzibą rady Velmorien. Wave Serpent wylądował na jednej z trzech platform lądowiska. Trójka Eldarów ruszyła raźnym krokiem po wiszącym moście do wnętrza wieży. W zacienionym pomieszczeniu znajdowało się kilka kryształów świetlnych i jedna lada, przy której siedział medytujący czarownik. Jego szata była wykonana z materiałów najwyższej jakości, wypolerowane kamienie duszy lśniły jasnym blaskiem. Czarownik medytował unosząc się lekko nad swym siedziskiem. Gdy ich zauważył opadł i wsunął przyłbicę hełmu odsłaniając twarz. Jak każdy Eldar wyglądał młodo, lecz jego oczy emanowały doświadczeniem i wiedzą. Nie miał blizn, ani skaz, lecz Tohran od razu poznał, że ma przed sobą starego i mądrego proroka.
- Witaj proroku Ottisie. - zawołał Lothren czyniąc jednocześnie gest powitalny, za nim Tohran i Adissa zrobili tak samo
- Witaj strażniku. - odparł Ottis, jednak jako że był zwierzchnikiem Lothrena nie dokonał rytualnego powitania - Widzę, że zawitali do nas młodzi goście… W jakim celu?
- Wyruszyliśmy z krytycznie ważną dla Nedindalu misją. Musimy dostać się do Petrovyii i uwolnić pewnego Eldarskiego więźnia. - odrzekł Tohran, Eldarzy nie muszą zatajać przed sobą swych celów, gdyż żaden nigdy nie wyjawi ich nikomu niepowołanemu. Tohran nie miał powodów do łamania tej tradycji.
Prorok spojrzał na młodych krytycznym wzrokiem.
- Hmmm, nie wyglądacie na heroicznych zawadiaków zdolnych obalić całą fortecę ludzi. - powiedział Ottis nieco pogardliwie
- Nie doceniasz nas panie - odparła Adissa
- Dlaczego więc nie idziecie przez przełęcz w Eyowa, tamtędy mielibyście znacznie bliżej. - kontynuował nie zwracając uwagi na dziewczynę prorok
- Niestety zima trwa w najlepsze, na wschodzie nie działa potęga Iglicy Pradawnych… - bąknął Tohran, wiedział o Iglicy Pradawnych, której moc stabilizowała klimat w okolicach Velmorien. Poza tym widząc jak gnuśny się stał ten prorok wolał mu nie wyjawiać, że mają się tu z kimś spotkać.
- A jeśli nie zezwolę wam na pobyt w Velmorien? - spytał nieuprzejmym tonem Ottis, Tohran pomyślał, że niewiele mu brakuje do przodków, którzy zboczyli ze ścieżki Eldara i nieuważnie przyzwali Slaanesha.
Tohran widział, że rozmowa wymyka mu się z rąk. Ottis okazał się ignorantem, nie miał pomysłu jak go przekonać.
- Ależ… - zaczął, lecz przerwał mu inny głos:
- Ottisie, kiedy ty się zmienisz? - zdanie zagrzmiało odbijając się kilka razy po sali - Jakim prawem przeszkadzasz w wykonaniu misji zleconej przez Autarchę Światostatku Naeloth’ Lunar?!
Eldar, który to powiedział właśnie zeskoczył z okna, na parapecie którego siedział. Do tej pory nikt nie wykrył jego obecności. Miał długi płaszcz kameleoni z głębokim kapturem, w rękach dzierżył dwumetrową rusznicę z celownikiem optycznym.
- Co?! Kto śmie? - zagrzmiał Ottis, wtedy jednak osobnik w płaszczu odrzucił kaptur ukazując swą doświadczoną twarz. Od łuku brwiowego do policzka ciągnęła mu się wielka blizna od rany ciętej. Gdy prorok go rozpoznał aż skulił się na swoim siedzisku. - Ja… przepraszam Nal’ Focu, nie wiem co mnie napadło…
Tohrana olśniło, to TEN sławny Nal’ Foc wielki łowca, który służył u Maugana’ Ra, gdy ten wraz z Fae Lorrienem przeprowadzał ekspedycję do Oka Terroru. Ten sam Nal’ Foc, który zabił okrutnego komisarza Torbena, tylko po to, by uratować kilkuset ludzi. Ten sam Nal’ Foc, który otrzymał błogosławieństwo Cegoracha, który osobiście go uhonorował w nagrodę za powstrzymanie napaści Orków, przez wybicie trzech Hersztów z klanu Złych Ksienżyców. Tohranowi opadła szczęka, spojrzał na Adissę, ona także wybałuszyła oczy i wpatrywała się w sławnego Eldara. Nal’ Foc podszedł do nich i rzekł:
- Dzieci, dlaczego dziwi was to, kim jestem? - spytał swym mocnym, grzmiącym głosem. Był przeciętnego wzrostu, nie wyróżniał się z tłumu. Jego ruchy były pełne gracji, poruszał się bezszelestnie. - Będę wam towarzyszył w waszej wyprawie, Tohranie, Adisso. Myślę, że możemy opuścić - tu przerwał spoglądając złowrogo na przestraszonego Ottisa - to miejsce.
Wyszli we trójkę, Tohran i Jyotti nie mogli się nacieszyć obecnością wielkiego bohatera. Wkrótce dołączył do nich także Lothren. Powiedział, że chce im towarzyszyć w tej misji, aby nabrać nieco doświadczenia. Ruszyli wszyscy do jego Wave Serpenta. Byli nieświadomi tego, że ktoś jeszcze był w pobliżu. A może jednak Nal’ Foc o czymś wiedział? Jeśli nawet, to nie wyjawił nikomu, ze są śledzeni. Gdy wystartowali zaraz za nimi wyleciał zamaskowany Viper, jedynie Nal’ Foc był tego świadom. Skierował Lothrena do kopuły bioniki. Wylądowali na lądowisku, po czym ruszyli po pomoście. Kopuła była znacznie mniejsza niż ta mieszkalna, można powiedzieć, że była po prostu malutka. Stanowiła mieszkanie dla Bionika i jego rodziny.
- Po co tu przybyliśmy? - spytał Tohran, lecz miał zaraz pożałować tego pytania…
- Musicie się upodobnić do ludzi, przejdziecie rytuał kalfanaris, pod wpływem mocy psionicznej Ragliphena - który podąża ścieżką bionika wasze - wasze ciała zmienią się i upodobnią do ciał ludzkich - odparł Nal’ Foc
- Zaraz zaraz, czyli będziemy brzydsi i będziemy mieli okrągłe uszy? - zapytała ze zgrozą Adissa
- Tak - brzmiała krótka odpowiedź
- Ale jak to „musicie”? A ty? - dociekał Tohran
Nal’ Foc zatrzymał się i naciągnął kaptur.
- Ja nie muszę - odrzekł włączając kamuflaż, zniknął na ich oczach.
Weszli do domu Ragliphena, który tworzył runy na szklanym Upiorycie. Świdrujący dźwięk towarzyszący runowaniu rozlegał się w całej komnacie. Gdy wyczuł, że ma gości schował różdżkę runiczną i podszedł do nich.
- Witam was, czegoś wam potrzeba od bionika? - spytał
- Tak Ragliphenie, ci młodzi chcą wyglądać jak ludzie - powiedział Nal’ Foc
Stary Eldar ubrany w upiorytową przepaskę sięgającą kolan przyjrzał się dokładniej zakapturzonej postaci, znał ten głos. Gdy łowca odrzucił kaptur bionik otworzył oczy i serdecznie się uśmiechnął.
- Nal’ Focu, mój druhu, witaj! - krzyknął i uścisnął mu rękę - Jak dla ciebie, to mogę nawet teraz was odmienić…
- Nie, mnie nie, ci troje potrzebują zmiany. - odparł
Ragliphen skinął głową i zaprowadził ich do eliptycznego salonu, którego cała podłoga wyłożona była delikatnymi poduszkami, a na ścianach zamontowane były wzmacniacze psioniczne z kamieniami duszy, najpewniej przodkami bionika.
- Usiądźcie, ciebie Nal’ Focu muszę prosić o wyjście. - powiedział bionik, a gdy łowca spełnił prośbę, zamknął drzwi.
Eldar wszedł na nieduży podest naprzeciw drzwi i spojrzał na czekających młodszych Eldarów.
- Zamiana nie będzie bolesna, możecie się poczuć nieco dziwnie. - rzekł - Zmiany będą stopniowo ustawać, po roku nie zostanie po nich żaden ślad, gdyż nasze organizmy dążą do perfekcji, takiej jaką osiągnęliście teraz. Można także usunąć skutki u pierwszego lepszego czarownika. A teraz zamknijcie oczy, to nie potrwa długo.
Gdy młodzi z zamkniętymi oczami, przygotowani siedzieli na miękkiej podłodze, bionik zaczął rytuał. Nagiął trzy z pięciu urządzeń z zamocowanymi kamieniami duszy na końcach i wycelował po jednym na każdego zmienianego Eldara. Nagle wiązka energii wystrzeliła na twarz każdego z siedzących. Ragliphen podszedł do Adissy i uformował jej twarz i uszy, zaokrąglając kształty i dodając kilka zmarszczek. Zrobił to samo z Tohranem i Lothrenem. Po kilku minutach skończył, wyłączył urządzenia i ocenił swoje dzieło.
- Bionika Psioniczna to trudna sztuka, macie szczęście, że trafiliście do mnie - rzekł uśmiechając się Ragliphen - wyglądacie jak zwykli krótkożyjący.
- Dziękujemy - odparł zdziwiony Tohran, który nie mógł pojąć gdzie podziały się końcówki jego uszu.
Bionik nagiął wielkie lustro wkomponowane w ścianę i pozwolił się każdemu w nim przejrzeć. Tohran otworzył usta ze zdumienia, gdy zobaczył, że jego nos jest szeroki i pokrzywiony, a na twarzy pojawiło się kilka zmarszczek, odwrócił nieco głowę ukazując dziwne, zaokrąglone uszy. Popatrzył na Adissę, jak na standardy Eldarów była piękną dziewczyną, jednak po zmianie upodobniła się do człowieka. Na jej nieskazitelnej wcześniej twarzy pojawiło się kilka bruzd, a długie, wyprofilowane brwi uległy degradacji. Jyotti gdy się ujrzała wybałuszyła oczy, zaczęła się śmiać sama z siebie.
- Haha, wyglądam jakbym wpadła do wrzątku! - krzyknęła
- Dobrze, teraz wyjdźcie z komnaty, bo działa tutaj cały czas energia deformująca. - powiedział Ragliphen otwierając kryształ absorbujący, którym zebrał energię psioniczną do ponownego użytku, część wchłonął sam, gdyż praca go nieco osłabiła.
W salonie siedział sobie Nal’ Foc popijając tan dorn, Eldarski napój przypominający herbatę, jednak znacznie mocniejszy, wzmacniający zmysły i orzeźwiający. Bionik gestem ręki nakazał im się poczęstować. Tohran, Lothren i Adissa wzięli po łyku po czym wyszli z mieszkania.
- Dobrze teraz jesteście gotowi - rzekł Nal’Foc wesoło, popatrzył na młodych - nie wyglądali zbyt entuzjastycznie. Stali ze spuszczonymi głowami, smutno patrząc w stronę antygrawu - ej ej ej, nie martwcie się, to przecież konieczne. No już, chodźcie!
Ruszyli nieco raźniej. W środku usadowili się wygodnie, Nal’Foc zasiadł za sterami.
- Dobra, możemy lecieć do Feshyr… - rzekł
Pasażerowie popatrzyli na niego ze zdumieniem, ale zanim zdążyli cokolwiek rzec uprzedziła ich odpowiedź:
- Beranth, to największa ludzka kolonia położona na granicy puszczy, zostalibyśmy wykryci. Okrążymy ją lecąc przez Góry Szare…
Błysk zrozumienia pojawił się w oczach młodych podróżników. Wiedzieli, że mimo obecności bandy Urgszaka i Klanu Szarych Muzguf, ta droga jest bezpieczniejsza. Przelot nad umocnieniami Beranthu to niemal samobójstwo nawet dla tak doświadczonego pilota, jakim jest Nal’Foc.

W Gościnie u Orków

Przez długi czas nic się nie działo, Tohran medytował w ciszy, rozmyślał nad ich następnymi poczynaniami. Adissa rozmawiała z Nal’Fociem, Tohrana trochę to drażniło, bo zwykle to jemu poświęcała najwięcej uwagi, no ale w końcu to sławny Nal’Foc. Lothren rozmontowywał i montował z powrotem swoją wyrzutnię, sprawdzając każdą jej część. Wszyscy troje przyzwyczaili się przez te parę dni do nowego wyglądu. Już ich to nie drażniło tak bardzo, choć czasem dawały im się we znaki słabości ludzkiego ciała. Można by się zastanawiać, jak to parę dni, skoro lecą nowoczesnym pojazdem antygrawitacyjnym? Odpowiedź brzmi: lecą powoli. Nal’Foc chcąc uniknąć wykrycia przez radary, które reagują na ruch większych ciał wlókł się w tempie niższym niż prędkość dźwięku. Co kilka godzin zatrzymywał antygraw na krótką przerwę, rozprostować nogi. Podczas jednego z takich postojów Nal’Foc posadził Wave Serpenta na polance wśród drzew. Gdy pasażerowie wyszli przestrzegł ich:
- Jesteśmy na terenie opanowanym przez bandę Orków dowodzoną przez Urgszaka. Zachowajcie czujność, nie należy lekceważyć zielonoskórych!
Wiedzieli, że starszy Eldar ma rację, mimo to puścili jego uwagę mimo uszu wątpiąc w to, że Orkowie mogliby dostrzec zamaskowany antygraw. Chcieli za wszelką cenę trochę się poruszać. Eldar nie może usiedzieć zbyt długo w jednym miejscu, co prawda mieli ciała upodobnione do ludzkich, ale w gruncie rzeczy byli Eldarami. Tohran wychwycił plusk strumienia, wziął za rękę Adissę i puścili się biegiem w dół nieco stromego zbocza. Drzewa porastały gęsto brzeg potoku, Jyotti miała złe przeczucie, ale pomyślała, że to efekt uboczny przemiany. Gdy napili się krystalicznie czystej wody od razu zrobiło im się raźniej. Pochlapali się trochę, a gdy nieco wyschli ruszyli w drogę powrotną. Nagle drogę zastąpił im barczysty, ogromny Ork. Tohran jeszcze nigdy w życiu nie widział tak wielkiego burszuja. Był bardzo zaskoczony tym, że nie usłyszał człapania wielkiego stwora. Kiedy myślał zza drzew wyłoniła się cała zgraja Orków dzierżących karabiny, tasaki lub drewniane pałki. Eldar przeklinał w duchu swoją nierozwagę, ludzie mieli znacznie gorszy słuch. Nie próbował walki, zbliżył się do Adissy i odłożył miecz. Wyrzutnia leżała na siedzeniu w antygrawie, Adissa zostawiła tam też swoje ostrze.
- Nie mamy broni, ale jeśli nas tkniecie nasi przyjaciele was znajdą i ubiją! - krzyknął Tohran
- Ha! Mały ludź mi grozi! Wydzieliście go… dawajta go do obozu! - odparł herszt - Jam jest Urgszak, a ty żeś wlazł przed mój ogródek!
Tohran i Adissa zostali związani, Orkowie zaprowadzili ich w górę strumienia. Jak się okazało Nal’Foc wylądował nieopodal głównego obozu Urgszaka. Setki jego podwładnych kręciło się po bazie będącej zlepkiem blaszaków pobudowanych bez ładu i składu. Jak się okazało kwatera wodza mieściła się w głębokiej jaskini pilnowanej przez gniazda karabinów maszynowych i automatyczne wieżyczki odebrane ludziom podczas grabieży. Kilkudziesięciometrowa komora była salą tronową herszta. Na jej końcu stało wielkie krzesło zbudowane z kawałków kości zmoryksów i blachy. Urgszak usiadł na nim dumnie dzierżąc wielki topór z przyśrubowanymi ostrymi kawałami metalu. Był dość starym Orkiem. Na jego skórze widniały piętna setek stoczonych przez niego walk. Jego poorana bliznami twarz składała się w 50% ze szczęki najeżonej metrowymi kłami sięgającymi do małych, czerwonych oczu. Na umięśnionej klatce piersiowej nosił pospawane kawałki blachy, czy nawet odłamki żelbetonu. Ogółem wyglądał bosko - w oczach Orków. Eldarów powalono na kolana przed jego obliczem.
- No wjync, co macie mi do zaoferowania? - spytał Urgszak - chyba wasi pobratymcy będą w stanie wiele zapłacić za was…
- My nie jesteśmy ludźmi! Jesteśmy potężnymi Eldarami na ważnej dla nas misji. Nie ośmielisz się wystąpić przeciw naszej mocy!
- Ha! - krzyknął Ork wstając - Od kiedy to Eldarce noszom okrongłe uszy? Od kiedy to wałensajom się pod moim pałacem ot tak, we dwoje?!
Tohran zrozumiał, że tak nic nie zdziała.
- Jeżeli nas skrzywdzić, możesz tego pożałować…
- Dobrze wjenc, zamknąć ich w zagrodzie dla rożgniataczy, hehe… spokojnie nie mamy żadnego, dopiero je ukradniemy od Sprzentobierców! - oznajmił herszt, po czym opadł z powrotem na tron.
Kilku Orków odeskortowało Tohrana i Adissę do obszernej zagrody zbudowanej z blachy i betonu. Na wieży cały czas pilnował ich grot-wartownik stojący na stołku, aby dosięgnąć ciężkiego karabinu zaczepionego na barierce.
- Co teraz? - spytała Jyotti, gdy brama się zatrzasnęła za znikającymi Orkami.
- Nic… musimy poczekać. Sami nic nie zdziałamy…
- Długo ich nie ma… mam nadzieję, że nic im się nie przytrafiło. - powiedział Lothren, gdy wraz z łowcą czekali na Tohrana i Adissę.
- Na pewno już by wrócili, poza tym nie odpowiadają na komunikaty… - odparł Nal’Foc - musimy ruszyć w drogę i zobaczyć, czy nie wpadli.
Zamaskowali Wave Serpenta i ruszyli wspólnie po ich śladach. Wzięli także ich broń, a Nal’Foc nie zapomniał także o kameleonim płaszczu. Po kilkunastu minutach dotarli do rzeki. Nal’Foc naciągnął kaptur i włączył maskowanie, ponieważ coś usłyszał. Nie był zmieniony, więc jego zmysły były nadal Eldarskie. Jednak nawet on zbyt późno uświadomił sobie, że nadeszli Orkowie. W ostatniej chwili usunął się w cień krzaków. Lothren odłożył broń i poddał się tak, jak wcześniej Adissa i Tohran. Orkowie spętali go i zabrali ze sobą popychając i szturchając. Wielki łowca ruszył w ślad za nimi…
Podobnie jak legendarny Bilabann z Alaitoc żył w bazie Orków kradnąc wszystko co było mu potrzebne. Banda Urgszaka jak dotąd miała do czynienia tylko z niewielkimi koloniami ludzi, zaawansowana technologia maskowania była zbyt dobra dla ich oczu, a czujników nie posiadali żadnych. Nal’Foc obawiał się o wieże automatyczne, lecz okazało się, że reagują na ciepło i Orkowie musieli je wyłączyć, bo strzelałyby do kogokolwiek usiłującego wejść do ich bazy, w tym do nich samych. Widocznie brakowało im Mekaniaka, który zajął by się ich sprzętem. Niemal każde ich urządzenie się sypało. Mimo to banda prosperowała sprawnie, Urgszak władał żelazną ręką. Nal’Foc opracowywał plan, przez kilka dni żywił się jedzeniem Orków. Pewnego dnia nadarzyła się wyjątkowa okazja. Chłopaki Urkszaka pojmali ekspedycję geologiczną ludzi, których lider ostro zdenerwował wodza. Nal’Foc dowiedział się o wszystkim z rozmowy dwóch burszujów strzegących wejścia do komory tronowej. Ciało człowieka wisiało nad wejściem do komory przybite do stropu. Łowca wywnioskował, że człowiek ten pochodził od Inkwizycji, gdyż miał strój Serwitora Adepta Sororitas. Być może był to jeden z tych prymitywnych cyborgów, dlatego nie dał się złamać Orkom. Reszta jego ekspedycji to byli zwykli ludzie, górnicy i drwale. Zostali oni zamknięci wraz z towarzyszami Nal’Foca w zagrodzie, gdyż Orkowie podejrzewali, że to ta sama grupa. Łowca odkrył, że grot-wartownik nigdy nie opuszczał stanowiska odkąd zostało mu ono powierzone. Od tego czasu minęło kilka dni, a biedak bojąc się wodza nie spał, nie jadł i nie pił od tego czasu. Mizerny goblinopodobny stwór był wysoki co najwyżej na metr, miał nos długi jak jego ręka i wyglądał jak każdy grot, przy czym bardzo wychudzony. Eldar domyślał się jak wielkie było okrucieństwo Urgszaka. „Że też nie ma w naszej ekipie żadnego czarownika, przejąłby kontrolę nad tym tyranem i cała misja od razu by ruszyła dalej…” - pomyślał Nal’Foc, dopracowując swój plan. W końcu zadecydował, że nie ma czasu do stracenia i wspiął się na wieżę w nocy, gdy większość Orków była w grocie, a reszta spała w chatach. Jak co noc odbywały się bowiem bójki na arenie i wielu Orków do późna oglądało zmagania gladiatorów. Nal’Foc zakradł się do grota i z łatwością odurzył go proszkiem nasennym, który zawsze nosił przy sobie. Zarzucił śmierdzącego gnoma na ramię i ruszył do schodów, gdy zobaczył, że Tohran i jego kompani już opracowali własny plan, gdyż zrobili podkop pod wrotami. Gdy łowca zszedł na dół zobaczył, że ludzie pod wodzą Tohrana ruszyli w stronę wyjścia z bazy. Nal’Foc szybko krzyknął:
- Stójcie! Tam są wieże!!!
Ludzie zatrzymali się podejrzliwie zastanawiając się skąd dochodzi wołanie. Tylko Tohran, Adissa i Lothren wiedzieli kto krzyczy. Nagle wszędzie wokół zawrzało, Orkowie pobudzeni z baraków wstali i otoczyli uciekinierów, herszt i jego obstawa również tu przybyli.
- Co tu się dzieje? - zagrzmiał - Chyba upłynął czas oczekiwania panie Dorrenie.
- To nie… - zaczął Tohran, który wcześniej przyjął pseudonim Dorren, aby upodobnić swe imię do ludzkich nazwisk. Usłyszał przy głowie szept Nal’Foca, który powiedział mu co ma mówić.
- Co, nie? Ja nie rozumiem, godej jaśniej! - krzyknął zniecierpliwiony Urgszak
- Dostałem wiadomość od zaufanej osoby. Dowiedziałem się, że po pierwsze twoje mury nie są szczelne - tu Ork zagrzmiał od gniewu - a po drugie, że czeka na ciebie góra sprzętu i kilku zdolnych Mekaniaków dla twej bandy.
- Ło! Gdzie? Godej dalej!!! - krzyknął nieco pijany Urgszak
- W Górach Szarych żyją pewni Orkowie z klanu Szarych Mózgów. Oni mają wielu dobrych Mekaniaków, ale brakuje im dobrego wodza i chłopaków. Ich herszt jest cienki, z łatwością go pokonasz. Jeżeli zdobędziesz władzę w Górach Szarych staniesz się najsilniejszym Orkiem na planecie!
- No to jademy! Prowadź, chopaki za mnom ino wszyscy!!! - krzyknął na cały obóz - Zwołuję WAAAGH!!!
_________________
The enemies of the Eldar shall fear my wrath...
 
 
Aspect 
Moderator
Khaine's Wrath



Wiek: 21
Dołączył: 03 Sty 2011
Posty: 1422
Skąd: The Grim Horizon
Wysłany: 2012-02-04, 17:00   

Exodus

I tak wyruszyli w stronę Cessariff. Nal’Foc chciał ominąć Eyowa, aby nie zostali zaatakowani przez tamtejszych Eldarów. Cały czas prowadził drogą radiową Tohrana, który służył za przewodnika Orkom. Sam łowca jechał w antygrawie na przedzie pochodu, oczywiście zamaskowany i daleko przez Orkami. Tak minęło kilka dni.
Przez ten czas na niebie zbierało się coraz więcej czarnych chmur. Ale ku przestrachu Eldarów nie spadł ani płatek śniegu. Co zwiastowało nadejście wielkiej zawiei, które na Etyrii są straszliwe. Orkowie dyktowali mordercze tempo, ludziom brakowało już siły. Pewnego dnia Tohran zobaczył, że las się przerzedza, wielkie drzewa iglaste powoli ustępowały miejsca gęstym krzakom i niskim drzewkom. To był idealny moment na ucieczkę, Orkowie wymęczeni marszem nie trzymali zbyt uważnej straży nad więźniami. W nocy młody Eldar postanowił wcielić swój plan w życie. Powiadomił Nal’Foca o szykowanej ucieczce. Obudził Lothrena i Adissę, a następnie po cichu zlikwidowali razem dwóch strażników za pomocą ostrych kamieni. Ulotnili się nie budząc nawet ludzkich jeńców, tuż pod obozem czekał na nich Nal’Foc razem z całym ich ekwipunkiem, który odzyskał po opuszczeniu przez Orków ich siedziby. W Wave Serpencie łowca urządził naradę.
- Dobrze, udało mi się was przejąć… Teraz pojedziemy dalej, do Gór Szarych. Tam zatrzymamy się w posterunku Nafayana, który pilnuje tamtejszej populacji Orków z klanu Szarych Mózgów. - tu Nal’Foc przerwał, napił się tan dornu z kubka i kontynuował - Uzupełnimy tam zapasy i ruszymy przez równiny do Petrovyi.
- Dlaczego nie udamy się do Feshyr? - spytał Tohran
- Już ominęliśmy tą kolonię, poza tym wolę podróżować utorowanym przez Orków szlakiem, na pewno nie spotkamy żadnego człowieka na trasie ich wędrówki. Urgszak bardzo chce dotrzeć do gór, więc możemy ich zostawić gdy tylko opuścimy puszczę.
Nazajutrz Tohran, Adissa i Lothren obudzili się w wibrującej ładowni Wave Serpenta, który gnał poprzez śnieżny las. Zamieć śnieżna nie utrudniała lotu, technologia nawigacyjna negowała jej wpływ niemal do zera, a silniki zatrzymywały działanie wiatru. Nal’Foc uważnie pilotował, lawirując między drzewami, a gdzie nie było to możliwe wylatując nad ich korony. W oddali pojawiła się wysoka wieża transmisyjna zbudowana z pospawanych prętów. Wiejący lodowaty wicher naniósł na nią śnieg i lód i stworzył upiorne sople skierowane na wschód, w stronę gór.
- Dolatujemy do Cessariff. Zdecydowałem się wyprzedzić Orków już teraz, ludzie są nieuważni i na pewno nas nie dostrzegą. Po nadejściu Orków będą czujniejsi…
Pasażerowie przyjęli jego słowa bez większego entuzjazmu. Zaczynała ich nużyć ta podróż. Eldar musi pooddychać świeżym powietrzem, popatrzyć na otwarte niebo… napawa to go przyjemnością i nową energią. Teraz byli stłoczeni w ciasnej ładowni, co prawda wyposażonej w platformę lewitacyjną, lecz zamkniętej i smutnej. Każdy z nich unosił się nieco na poduszce powietrznej. Lothren polerował swój kamień duszy, a Tohran i Adissa medytowali wspólnie łącząc swe myśli. Wpływ rytuału bionika zaczynał już powoli słabnąć. Zwłaszcza Adissa wyglądała coraz lepiej, niedoskonałości skóry już częściowo zanikły, a jej uszy zrobiły się też trochę szpiczaste. Dotarli na równinę. Lecieli wysoko, aby żaden ludzki mieszkaniec nie dostrzegł charakterystycznej sylwetki eldarskiego pojazdu. Widzieli jak Orkowie wychodzą z puszczy za nimi, przybyli w ostatniej chwili nieuwagi, mieszkańcy Cessariff chwycili za broń. Rozgorzała bitwa…
Eldarzy patrzyli przez kamery pokładowe na bitwę pod nimi, ale wkrótce ich zainteresowanie ustało. Teraz skupili wzrok na postrzępionych szarych szczytach gór widniejących daleko na horyzoncie. Pod nimi wiła się asfaltowa droga, na stepie od czasu do czasu dało się znaleźć jakiś krzaczek czy niewielki zagajnik, ale poza tym nie rosło tu więcej drzew. Nal’Foc zdecydował, że czas na postój. Wylądowali na brzegu niewielkiej rzeczki płynącej w stronę jeziora Hederthal, położonego po drugiej stronie gór. Lothren poszedł upolować jakąś kolację, wziął ze sobą pistolet szurikenowy, Adissa ubrała buty antygrawitacyjne i poszła medytować nad rzeką. Dosłownie nad rzeką, gdyż unosiła się na powierzchni wody nie mocząc spodni. Tohran został z Nal’Fociem przy Wave Serpencie. Wykorzystywał każdą okazję do nauczenia się czegoś o pilotażu. Mogło mu się to bowiem przydać, gdyby kiedyś chciał opuścić Etyrię.
- Co robisz Nal’Focu? - spytał młodzieniec łowcę, który otworzył pokrywę urządzeń sterowania
- Reperuję drobne ubytki Upiorytu w systemie kontroli, prawy silnik otrzymuje za mało mocy i cały pojazd ma skłonność do skręcania w prawo. - mówiąc to wyjął z kieszeni drobny flet przędzarski i zagrał na nim ulatująca chmurka Upiorytu natychmiast odnalazła właściwe miejsce i scaliła się z kabelkami we wnętrzu urządzenia. Upioryt jest bowiem uwrażliwiony psionicznie, wystarczy żeby użytkownik pomyślał gdzie ma zostać użyty i tak się dzieje.
- Czy będę mógł dzisiaj pokierować? - spytał Tohran
- Tak… myślę, że jesteś już gotowy. Zawołaj resztę, odlatujemy. - odparł Nal’Foc
Gdy Adissa i Lothren wrócili zasiedli w ładowni, Jyotti wyjęła z królikopodobnego stworzenia upiorytowy dysk, którymi strzela każda broń szurikenowa i podała go strażnikowi Velmorien. Lothren schował szuriken do zasobnika i uzdatnił zdobycz do spożycia za pomocą fiolki z nanobotami sterowanymi psionicznie. Chmurka mikroskopijnych maszynek wleciała do ciała zwierzęcia i po chwili można było je upiec. Po całym procesie roboty wróciły do fiolki. Lothren widząc uważne spojrzenia Tohrana i Adissy bąknął z uśmieszkiem:
- Przydatne urządzenie…
Po posiłku Tohran zasiadł za sterami antygrawu, a Nal’Foc stanął obok. Gestem ręki wskazał mu, aby ruszał. Podniósł Wave Serpenta powoli nad poziom drzew, zrobił to bardzo ostrożnie, ale mimo to szarpnął na koniec zatrzymując pojazd w miejscu.
- Powoli, spokojnie - skarcił go Nal’Foc - teraz do przodu, powoli popchnij drążek.
Sterowanie antygrawem nie było najłatwiejszą rzeczą jaką Tohran robił. Do kierowania pojazdem służyły dwa drążki, jeden poruszał się pionowo i służył do wznoszenia się i opadania, a drugi poruszał się we wszystkie strony i służył do wyznaczania kierunku lotu. Aby kierować antygrawem trzeba założyć opaskę neuronalną. Jest ona połączona z systemami kierowania i obraca pojazd w stronę w którą patrzy się kierowca. Poza tym wszystkie ludzkie przyciski i wskaźniki są zastąpione przez tą właśnie opaskę. Odpowiednia myśl powoduje uruchomienie maskowania, czy włączenie osłon. Tak steruje się wszystkimi systemami i otrzymuje się informacje o stanie pojazdu. Wszystko to wpoił mu Nal’Foc podczas tych dwóch tygodni wspólnej podróży. Tak więc Tohran pomyślał o zwiększeniu mocy w silnikach i poruszył drążek do przodu. Nic się nie stało.
- Tak, dostarczyłeś moc do silników… Ale ich nie włączyłeś - odparł Nal’Foc śmiejąc się
Tohran zapamiętał żeby nie odwracać głowy, bo skończyłoby to się tragicznie. Pomyślał o starcie silników, a gdy rozległ się ich cichy pomruk powtórzył manewr z drążkiem. Tym razem Wave Serpent ruszył do przodu. Wystartowali…

Szybki Zjazd

Na skalnym stoku zacienionej góry pobłyskiwały łagodne światełka. Kilka cieni poruszało się po zarysach głazów. Nieuważny obserwator pomyślałby, że to cień chmury, czy jakieś odbicie. Lecz pasażerowie Wave Serpenta wiedzieli, że to cienie mieszkańców przyczółka. Kiedy Wave Serpent podleciał bliżej ujrzeli budynki bazy ukryte za całunem osnowy. Na ich spotkanie wyszedł dowódca placówki – czarownik Nafayan. Trzymał w ręce dziwną włócznię z ostrzem w kształcie półksiężyca, pobłyskiwała ona typowym dla eldarskiej broni polem energetycznym.
- Witajcie w Teafas. To ostatni przyjazny wam dom na waszej drodze. Wejdźcie do środka, moi ludzie was ugoszczą. – powiedział przyjemnym, wyrazistym głosem psionik
- To zaszczyt móc mieszkać wraz z byłym członkiem rady Naeloth’Lunar. – odpowiedział Tohran zadziwiając wszystkich swą wiedzą
W posterunku zabawili parę dni, Nafayan prowadził stałe patrole gór, aby wykrywać ewentualną aktywność wojskową Orków, oraz wykryć nadejście bandy Urgszaka. Nal’Foc wziął kilka ładunków do fletu przędzarskiego. Tohran zabrał też zapasowe rdzenie amunicyjne do wyrzutni szurikenowej, oraz w zamian za nóż marines i naramienniki kupił sobie porządny miecz energetyczny. Adissa poprosiła znakomitego Architekta Upiorytu z Teafas o udoskonalenie swojego miecza, zakrzywił on jego klingę, wzmocnił ją i dodał drugi generator energetyczny. Teraz jej miecz mógłby przeciąć pancerz czołgu. Lothren wziął jedynie rdzenie amunicyjne z rakietkami do wyrzutni żniwiarskiej. W końcu przyszedł czas na dalszą podróż. Zapakowali się i swój dobytek do Wave Serpenta i ruszyli w dół zbocza. Kiedy młodsi Eldarzy spali Nal’Foc powoli zlatywał z niebezpiecznego urwiska. Nagle odezwała się złowieszcza syrena, w pojeździe zapaliło się mocne czerwone światło. Wszyscy się pobudzili.
- Co się dzieje? – spytała przerażona Adissa
- Cholera… zostaliśmy namierzeni, przygotuje się na wstrząs, nie mogę zgubić tego pocisku… - mówiąc to antygrawem wstrząsnął silny wybuch, tylny właz odpadł, Tohran, Lothren i Jyotti wypadli przez otwór na usiane ostrymi kamieniami zbocze góry. Nal’Foc musiał opuścić pojazd, gdyż druga rakieta nieznanego pochodzenia uderzyła w silnik Wave Serpenta i cały pojazd zwalił się na ziemię. Łowca wyskoczył z antygrawu i rzucił się na ziemię w ostatniej chwili, gdyż za nim już pojawiła się wielka kula ognia i wybuch pochłonął wrak czołgu.
- Kto to? – spytał Lothren
- Na pewno nie Orkowie, kurde nie mamy zapasów! – odparł Tohran
Przerwał im konwersację wystrzał z eldarskiej rusznicy, to Nal’Foc zastrzelił postać kryjącą się za skałami kilkaset metrów dalej.
- To był agent Inkwizycji, pewnie już wiedzą, że tu jesteśmy. Musimy jak najszybciej opuścić zbocze i ukryć się w tamtym lesie poniżej. – powiedział łowca
- Tak, niezły odrzut ma ta twoja broń – dopowiedział Lothren
Ruszyli biegiem potykając się na luźnych kamieniach, oczywiście poza Nal’Fociem, który miał znakomitej jakości buty antygrawitacyjne, które pozwalały mu unosić się nieco nad ziemią, więc poruszał się zawsze dostojnie i majestatycznie. Za linią lasu widać było zabudowania ze strzelistymi wieżami, była to ludzka kolonia – Beranth, największa na planecie baza wojskowa. Nal’Foc zauważył odblask silników, wiedział że już w ich stronę lecą trzy promy transportowe, najpewniej Valkyrie. Jednak postanowił nie niepokoić pozostałych. Do linii drzew zostało im jeszcze kilka kilometrów rozkruszonej skały do przebycia. Adissa jednak wyszkolona w orientacji przestrzennej wykryła zgłębienie w skale. Gdy zbiegli niżej ujrzała je – była to grota.
- Hej, może zamiast łamać sobie nogi zbiegając na dno tego parowu, schowamy się tutaj? –spytała
- Tak, to dobry pomysł, musimy jednak sprawdzić, czy niczego nie ma w środku. – odrzekł Nal’Foc
Gdy weszli do środka okazało się, że jaskinia jest bardzo głęboka i prowadzi daleko. Adissa jednak nie wyczuła obecności większych stworzeń w jej wnętrzu, więc przystanęli w przedsionku, aby nie zamoknąć w podziemnym strumieniu płynącym na dnie groty.
- Opuszczę was teraz, udam się na zwiady. – powiedział łowca, zabrał rusznicę, włączył maskowanie i wyszedł.
Adissa i Tohran siedli naprzeciw siebie zaplatając nogi i pogrążyli się w medytacji. Znużony Lothren, nie utalentowany psionicznie chodził tam i z powrotem nerwowo spoglądając w ciemność jaskini.
Tymczasem Nal’Foc wspinał się szybko w górę przyglądając się lądującym Valkyriom. Kilku szturmowców wyszło osłaniając panią Inkwizytor. Sprawdzili, czy nie znajdą czegoś ciekawego, zabrali szczątki agenta, który zniszczył antygraw. Został on pozbawiony lewej ręki, części tułowia, a głowa ledwo co trzymała się szyi. Rusznica Nal’Foca nawet z tak wielkiej odległości jest w stanie przebić pancerz Leman Russa, a co dopiero rozbić ciało człowieka. Łowca przyglądał się temu przez chwilę, lecz musiał się cofnąć, gdyż Inkwizytorka mogłaby go wykryć, a właśnie ruszyła w dół zbocza wraz z oddziałem szturmowców…
Nal’Foc wrócił do jaskini, lecz pozostałych Eldarów nie było… znalazł kryształ pamięciowy, w którym Eldarzy notowali swoje przeżycia. Gdy ściągnął rękawicę i go dotknął w jego głowie rozbrzmiał głos Tohrana:
- Musimy uciekać, Gwardziści nadeszli od strony lasu, kierujemy się na północ, mam nadzieję że to wysłuchasz Nal’Focu.
Łowca ruszył więc za nimi…
- Mam nadzieję, że Nal’Foc nas znajdzie. Zostawiłeś mu kryształ? – spytała Adissa w biegu
- Tak, na pewno, poczekajmy tu, chyba aż tak daleko za nami nie szli. – odpowiedział Tohran
Zatrzymali się za zwalonym pniem drzewa na niewielkiej polance. Nagle Lothren coś zauważył…
- Po zboczu schodzi oddział odzianych an czarno żołnierzy, to na pewno wojsko Inkwizytorki! – powiedział szykując wyrzutnię
- Jesteśmy w potrzasku oddział gwardzistów wykrył nas, nadchodzą od strony lasu! – krzyknęła Adissa wyczuwając zagrożenie.
- Musimy się więc tu bronić – zakończył Tohran
Po chwili powietrze przeszyły złote smugi laserów ludzi, którzy wyszli spomiędzy drzew, było ich kilkudziesięciu. Lothren zalał ich deszczem mini-rakiet, które rozszarpywały każdego an strzępy. Adissa od czasu do czasu niszczyła gwardzistę, który odważył się podejść za blisko piorunem mocy psionicznej. Tohran wyrzucił natomiast granat plazmowy zabijając kilku ludzi, a resztę dobił szurikenami. Po chwili na polanie leżały same ciała.
- Heh, to wszystko na co ich stać? – spytał Lothren
- Nie lekceważ ich, szturmowcy nadchodzą, a wyczuwam że w lesie jest ich znacznie więcej. – odpowiedział Tohran
Inkwizytorka zebrała swych ludzi otrzymując wiadomość o walce przed nimi, kazała wyciągnąć tarcze i zająć pozycję w parowie niedaleko przed zwalonym pniem Eldarów. Tymczasem komisarz dowodzący drużyną z lasu zebrał swych ludzi do ponownego natarcia z użyciem granatników.
- Granat, złap go Adisso! – krzyknął Tohran widząc ludzi ładujących moździerze
Jyotti skoncentrowała się, zebrała wszystkie swoje siły, a gdy rozległ się trzask wystrzału całą mocą naparła na pocisk zwalniając go aż nie opadł w połowie drogi do celu. Lecz to mocno ją wyczerpało.
- Tohranie drugi raz tego nie zrobię, nie mamy szans! – powiedziała
Młody Eldar rozejrzał się, ludzi było około setki, ostrzeliwali ich z bezpiecznych pozycji, z obu stron. W końcu odpuścił, zobaczył że Adissa ma rację. W tej chwili laser po raz kilkunasty trafił Lothrena, ale tym razem pancerz nie zdołał go zatrzymać i z jego ręki popłynęła krew. Tohran przesłał Inkwizytorce telepatycznie wiadomość – poddajemy się. Wstał, a za nim Adissa i Lothren, złożyli swoją broń i podnieśli ręce za głowę. Podeszło do nich ostrożnie, podejrzliwie patrząc trzech gwardzistów. Musieli oni stanąć na palcach, aby zapiąć kajdanki na rękach Eldarów, którym sięgali najwyżej do piersi. Widząc spętanych i grzecznych wrogów nagle nabrali śmiałości. Inkwizytorka podeszła, gwardziści popchnęli jeńców, którzy opadli na kolana przed ludzką kobietą. Ich broń się gdzieś zapodziała.
- Kim jesteście i dlaczego naruszacie prawo? – spytała pogardliwie kobieta, ani ona ani jej ludzie nie rozpoznali w nich Eldarów. Zdziwiło ją, że byli tak wysocy, oraz że mieli dziwne stroje.
Eldarzy milczeli, więc kobieta odwróciła się i podeszła do sierżanta szturmowców.
- Zabieramy ich do Beranthu, tam Serwitor przesłuchujący wyciągnie od nich odpowiedź. – powiedziała
Nie zauważyła załamania światła, które przemknęło obok niedawnego bastionu Eldarów – zwalonego pnia. Łowca Nal’Foc przysłuchiwał się sytuacji od dłuższego czasu. Z tego młodzika może być jeszcze znakomity Eldar… - pomyślał. Ruszył więc za konwojem ludzi, który po krótkiej przeprawie wśród drzew dotarł do czekających na drodze leśnej Chimer. Super, wprost bosko… pomyślał łowca wskakując na pojazd ostatni w kolumnie. Jechali dość długo, dlatego że kolonia była daleko. Chimery jechały z dużą prędkością. W końcu Nal’Foc zobaczył, że drzewa ustępują miejsca stepom i że na równinie wyrasta miasto – Beranth. Kiedy transportowce wjechały do miasta łowca zeskoczył z dachu i ruszył za nimi pieszo skanując wzrokiem umocnienia bazy. Dotarli do szarego prostopadłościanu, którym było więzienie. Nad wrotami wisiał metaliczny dwugłowy orzeł, a przed wejściem były dwie automatyczne wieżyczki wbudowane w konstrukcję budynku.

Zryw

Tohran ocknął się, czuł że leży na jakimś twardym podłożu. Otworzył oczy, rozejrzał się. Był w celi więziennej, metalowe drzwi były na pewno grube i masywne. W pomieszczeniu leżał stary materac, poza tym w ścianie znajdowało się małe zakratowane okno wpuszczające strużkę światła. To wszystko, poza tym tylko beton, szary beton. Odebrano mu wszystkie granaty i całe Upiorytowe wyposażenie, nałożono na niego jakieś ludzkie łachy więzienne. Były szyte dla ludzi, więc spod koszuli wystawała mu połowa brzucha, a spodnie sięgały mu najwyżej połowy łydek. Spojrzał przez okno, żaden ludzki więzień nie mógłby tego zrobić, bo było ono niemal pod sufitem, ale Eldar tylko wspiął się na palce i mógł wyglądać na jak się okazało ruchliwą ulicę. Przed więzieniem znajdowała się główna aleja kolonii, w sąsiedztwie było widać sztab lokalnych sił zbrojnych i Arbites.
Eldar już miał zniszczyć zamek drzwi i wydostać się na korytarz, ale nagle pomyślał jak głupie byłoby to posunięcie. Nie wiedział gdzie jest, kto jest za drzwiami, gdzie są jego towarzysze. Nie wiedział nic. Zasiadł więc do medytacji, jak zwykle zaplatając nogi. Już uniósł się nieco nad powierzchnię podłogi i wyszedł umysłem poza ciało, gdy drzwi zaskrzypiały, kiedy ktoś przekręcił klucz i otworzył je. Eldar natychmiast opadł na ziemię udając że co tylko się obudził. W drzwiach stał jakiś uzbrojony człowiek.
- Wstawaj, pani Inkwizytor ma do ciebie parę pytań! – rozkazał swoim nieprzyjemnym głosem
Tohran usłuchał, wiedział że nie może dojść do spotkania z ludzką psioniczką. Cała ich ekspedycja byłaby wtedy zagrożona. Na korytarzu nieco oślepiło go światło z rażących, żółtych lamp na suficie. Po obu stronach wysokiego na trzy-cztery metry korytarza były takie same drzwi, jak w celi Eldara. Prowadziło go trzech strażników, a piętra pilnowało kolejnych czterech. Wiedział, że nie ma sensu stawiać oporu, więc na razie poszedł popychany lufą karabinu przez nieprzyjemnego draba. Postarał się uspokoić i w marszu wyczuć umysły swoich towarzyszy. Okazało się, że oboje byli na tym piętrze, ale jego uwagę zwróciło coś innego. Na piętrze, dokładnie przed nim iskrzył się jasny umysł. Mimo, że nikogo nie widział. To na pewno Nal’Foc! – pomyślał. Mrugnął okiem, na znak że wie o jego obecności. Tuż po chwili powietrze przeszył pierwszy wystrzał z szybkostrzelnej rusznicy łowcy. Gburowaty strażnik osunął się na podłogę w kałuży krwi. Tohran nie czekał aż Nal’Foc sam odwali brudną robotę. Poraził drugiego strażnika, podniósł karabin martwego i zabił dwóch innych. Nal’Foc pozbył się reszty i przestrzelił zamek celi Adissy. Łowca podniósł poobijaną dziewczynę.
- Cholera… serwitor przesłuchujący już u niej był! – krzyknął przerażony Tohran
- To rusz się po wasz ekwipunek, ja uwolnię Lothrena i załatwimy razem transport. – powiedział Nal’Foc
Kiedy łowca otworzył celę Lothrena, Tohran pogrążył się w szybkiej medytacji. Odszukał ich sprzęt na parterze, w zbrojowni. Wziął z trupa strażnika klucze i pootwierał wszystkie cele. Więźniowie przyglądali się ze zdumieniem wielkoludowi.
- Bierzcie broń, uciekamy! – krzyknął Tohran udając wielkiego bandziora
Pozostałym nie trzeba było dwa razy powtarzać zabrali karabiny od wszystkich zabitych przez Nal’Foca żołnierzy i rzucili się na dół zabijając każdego gwardzistę, który stanął im na drodze. Tohran ruszył za nimi, nawet nie musiał używać prymitywnego karabinu, rabusie poradzili sobie ze wszystkimi strażnikami. Eldar otworzył psionicznym impulsem zamek zbrojowni, ubrał się i wziął pancerze Adissy i Lothrena. Broni nie znalazł, nie miał jednak czasu szukać, bowiem z górnych pięter przybywało coraz więcej żołnierzy. Wziął więc to co odnalazł i rzucił się biegiem do wyjścia. Powalił kilku gwardzistów piorunem i laserem, następnie wypadł na ulicę. Czekała już na niego odpalona Chimera, we włazie stał Lothren. Tohran wbiegł do środka, Adissa leżała na siedzeniach, mocno poobijana i nieprzytomna. Nal’Foc ruszył na pełnym gazie. Brama miasta zaczęła się jednak zamykać, a za nimi już ruszył pościg na motocyklach z Inkwizytorką na swoim motorze. Ostrzeliwała ich karabinem termicznym, pancerz ludzkiego pojazdu nie wytrzymał i wybuchł zbiornik z paliwem. Chimerą wstrząsnęła eksplozja i cały pojazd opadł na bok tarasując uliczkę. Motocykle ludzi wbiły się we wrak, jedynie I nkwizytorka zatrzymała się w porę. Nal’Foc i Eldarzy wyszli, Tohran wyniósł Adissę. Pobiegli najszybciej jak mogli do bramy, która już niemal się zamknęła. Nie widząc innego wyjścia Tohran zebrał całą swoją moc i wykrył mechanizm zamykający. Jednym potężnym szarpnięciem psionicznym uszkodził zębatkę i brama zastygła w bezruchu. Wyczerpany Tohran wyniósł Adissę z miasta, Lothren i Nal’Foc osłaniali ucieczkę strzałami z rusznicy i zdobycznego karabinu laserowego. Udało im się uciec. Łowca skierował ich do zagajnika niedaleko drogi.
- Trochę czasu minie zanim się pozbierają i wybiją wszystkich więźniów – powiedział Nal’Foc – a wtedy nas dawno już tu nie będzie, na razie musicie jednak odpocząć. To co zrobiłeś Tohranie było niesamowite…
- Tak, już myślałem, że brama się zamknie i zostaniemy w tym lochu aż do śmierci głodowej, lub z ręki Inkwizytorki. – powiedział pełen podziwu Lothren
- Sam nie wiem jak to zrobiłem przyznam szczerze – powiedział Tohran
- To dzięki niej – odrzekł Nal’Foc wskazując na Adissę – chciałeś ją uchronić przed niebezpieczeństwem, a to co cię z nią łączy, to najpotężniejsza moc. Macie, weźcie swoją broń. Zabrałem im ją sprzed oczu, nawet nie zauważyli że ją mieliście. – dokończył rozbawiony wskazując na kupkę Eldarskiego sprzętu położoną obok ich posłania
- Dobra, opowiadaj jakim cudem się znalazłeś w więzieniu. – powiedzieli jednocześnie Tohran i Lothren
- Gdy biliście się z tymi ludźmi biegłem tropem oddziału Inkwizytorki. Kiedy rezolutnie się poddałeś – tu Tohran się zaczerwienił – zabrałem waszą broń, aby nie poznali w was Eldarów i ruszyłem tropem ludzi. Kiedy zapakowali was do pojazdów wskoczyłem na jeden i trafiłem do miasta. Odszukałem więzienie i odnalazłem tylne wejście niestrzeżone przez wieżyczki. W środku odnalazłem wasze piętro, a tam paru ludzi Tohrana wlekło na przesłuchanie. Resztę opowieści znacie…
Nazajutrz szybko się zebrali, zatarli ślady i ruszyli w drogę, aby nie dać się złapać ponownie. Adissa obudziła się, opatrzyli jej rany. Jak im powiedziała nie wyjawiła nic Inkwizytorce. Była więc pobita i skatowana przez serwitora przesłuchującego. Eldarzy jednak szybko się regenerują, więc już teraz była gotowa do drogi. Ruszyli o świcie. Nikt ich nie zauważył, ludzie nie zagłębiali się w głąb lasu.
- Musimy przejść przez las na południowy wschód, w stronę rzeki Neji-Ghaz. Za jej brzegiem czeka nas Petrovya… - słowa łowcy zaginęły w ciszy złowrogiej puszczy

Dalsza Droga

Puszcza była jaśniejsza i łatwiejsza do podróży niż ojczysty las Tohrana otaczający Nedindal i Góry Wschodnie. Ptaki śpiewały, zwierzęta biegały. Drapieżniki nie stanowiły zagrożenia, ponieważ nie były większe od psa. Podróż nudziła im się, ale wiedzieli, że nie mają zbyt wiele czasu. Muszą dotrzeć do Eldara zanim umrze w celi bez kamienia duszy. Jako, że Etyria nie była w całości rządzona przez Eldarów, nie mogli oni wytworzyć Ducha Planety. Gdyby bowiem udało się go zbudować z sieci Pajęczego Traktu, to każdy duch Eldara zostawałby wyłapywany przez ten system i łączyłby się z planetarnym kręgiem nieskończoności podobnym do tego ze Światostatku. Wtedy wystarczyłoby znaleźć jeden z ołtarzy i porozmawiać z umarłymi Eldarami na tej planecie. Niestety z powodu wszędobylskich kolonistów ludzkich, Eldarzy nie mogli stworzyć Ducha Planety, więc jedyną nadzieją jest dla nich wciąż kamień duszy. Eldarzy żyjący na Światostatkach nie mogą stworzyć czegoś w rodzaju Ducha Planety, bo jest on stacjonarny. To taki pierścień z Pajęczego Traktu chroniący duchy przed Slaaneshem i Spacznią orbitującą na stałej eliptycznej ścieżce planetę. Jako, że Światostatki się poruszają niemożliwym jest bezpieczne wyjście duszy poza kamień. Dlatego tam kręgiem nieskończoności jest Upiorytowy rdzeń Światostatku. Wielka sieć nerwowa, działająca niczym w żywym organizmie. W pewnej najlepiej strzeżonej komnacie znajduje się odsłonięty rdzeń Upiorytu, mózg Światostatku. Wkłada się do niego kamień, który natychmiast się z nim łączy, zapuszcza korzenie, a dusza dołącza do kręgu nieskończoności. Tohrana ciekawiło życie na Światostatku, więc wszystko to opowiedział mu jego ojciec w Nedindalu. Tęsknił nieco za domem, lecz znał powagę swojej misji. Szedł więc zawzięcie nie zważając na zmęczenie. Isha, jego patronka dodawała mu sił. Pozostali również rozważali podobne rzeczy, wszyscy parli naprzód, zatrzymując się tylko na noc. Minęło im tak kilkanaście dni. Żywili się upolowanymi stworzeniami i owocami drzew. Nie trafiali na ludzi, którzy unikali puszczy jak ognia. Dotarli w okolice podlegające zwierzchnictwu lorda Petrovyi. Kiedy przed nimi wyrosła równina pokryta trawą i kępami drzew ujrzeli ich cel. Miasto było mniejsze od Beranthu, lecz wydawało się nowocześniejsze. Niskie kamienice zastępowały tu strzeliste betonowe wieżyce. Miasto otaczał kwadratowy mur z wbudowanymi automatycznymi działami i gniazdami ciężkich bolterów. Po ulicy jeździły różne pojazdy kołowe mieszkańców okolicznych wiosek. Ludzie ci zajmowali się rolnictwem, dostawali zapłatę i ochronę w zamian za dożywianie bastionu.
- Petrovya jest siedzibą lorda Thornmeela, okrutnego sadysty. Podlizując się Inkwizytorce rozpoczął wycinkę lasu. Wszystko po to, aby nas złapać. – powiedział Nal’Foc powracając ze zwiadu – Musimy wejść do miasta i odnaleźć siedzibę władz.
- Jak ominiemy straż? – spytał Tohran
- Zdobądźmy jeden z tych gratów – wtrącił Lothren wskazując jeżdżące po drodze pojazdy – schowamy w nim broń i dostaniemy się do miasta.
- Dobra myśl, chodźmy do tej wioski – powiedział Nal’Foc wskazując niewielki zbiór budowli nieopodal drogi do miasta. – z pewnością zdobędziemy tam transport.
Ruszyli skradając się w stronę wsi. Szli na skraju linii drzew, tuż obok nich rozciągały się pola uprawne. Automatyczne tryskarki podlewały zboże, nieliczni ludzi pilnowali mechanizmów i swojego dobytku przed ewentualną napaścią zwierzęcia. Nagle jeden z nich zniknął wśród złotych kłosów nie wydając żadnego dźwięku. Potem kolejny jakby zapadł się pod ziemię. W końcu trzecia osoba, tym razem kobieta opadła na ziemię, a po chwili stanął przed Eldarami Nal’Foc trzymając ubranie ludzi.
- Przebierzcie się, może będzie nieco za krótkie, ale pasuje tu lepiej od termoplastowych zbroi. – powiedział – Będę czekał na drodze z transportem.
Po chwili opuścił ich ponownie, a gdy młodzi Eldarzy wcisnęli się w ludzkie ciuchy schowali swój dobytek do torby z maskowaniem holograficznym. Dzięki temu byli pewni bezpieczeństwa swojego sprzętu, torba wraz z ładunkiem jest bowiem niewidzialna. Ruszyli żwawo po śladach Nal’Foca. Oczywiście nie były one fizyczne, doświadczonego łowcy nie sposób tropić, Adissa wyczuwała jego ślad psioniczny. Po chwili wyszli na otwartą przestrzeń, była to wycięta droga. Na środku stał czterokołowy pojazd, a w środku siedział wygodnie Nal’Foc. Włożyli torbę do tyłu kabiny. Tohran przejął stery, a łowca usiadł z tyłu włączając kamuflaż. Pozostali Eldarzy wsiedli do środka, chłopak odpalił silnik i ruszył po wyboistej drodze. Sterowanie było banalne. Czerwony przycisk służył do przyspieszania, czarny do hamowania, a okrągłym sterem skręcało się na boki. Co jakiś czas samochód zmieniając bieg wstrząsał nieco pasażerami. Kiedy wyjechali na otwartą przestrzeń wyrosło przed nimi miasto, ominęli wioskę, z której Nal’Foc „wypożyczył” pojazd. Za kubłem na odpadki Eldar wyczuł prawdopodobnego właściciela, związanego i zakneblowanego. Gdy spojrzał na łowcę odpowiedział mu szyderskim uśmieszkiem wyłączając na chwilę maskowanie. Przejechali przez bramę miasta nie zwracając niczyjej uwagi. Rzeka pojazdów rozdzielała się na skrzyżowaniu, huk silników i klaksonów rozbrzmiewał w powietrzu. Nal’Foc wysiadł, Eldarzy domyślili się tego faktu po rozlegającym się trzasku. Po pół godzinie jazdy w poszukiwaniu pałacu lorda Thornmeela, Tohran usłyszał w swej głowie głos łowcy:
- Tohranie, znalazłem! Przyjedźcie w to miejsce. – powiedział Nal’Foc ukazując mu drogę do centrum dowodzenia.
Piętnaście minut jechali powoli w korku. Kiedy dotarli na miejsce ujrzeli wielki, płaski bunkier. W pełni strzeżony, Eldarzy wyczuli obecność Nal’Foca za rogiem budowli. Wysiedli z pojazdu i ruszyli w stronę łowcy.
- Co teraz? – spytał Tohran
- Wejdziecie tam, ja będę za wami. Przyciśniemy tego wieprza, żeby nam wypuścił tego Eldara. – odparł Nal’Foc
Tohran nie ociągając się wyruszył za Adissą i Lothrenem. Przed wrotami zatrzymał ich strażnik.
- Czego tu chcecie chłopi? – spytał zastępując im drogę
- Mamy ważne informacje dla lorda Thornmeela. Widzieliśmy bandę Orków! – powiedziała Adissa udając mocno przestraszoną
- Orków, w tych okolicach? No dobrze… chodźcie za mną – zgodził się człowiek widząc przed sobą tylko nieuzbrojonych nędzarzy. Skinął na pozostałych dwóch żołnierzy, którzy szli z tyłu oglądając każdy ruch przybyszy.
Eldarzy rozglądali się ukradkiem po wysokim korytarzu opracowując plan. Podłużne okna z witrażami były wzmacniane kratami, wnętrze pałacu było luksusowo ozdobione. Wszystko lśniło, marmurowa podłoga, pomniki Imperatora i ołtarze ku jego czci. Mijani ludzie byli ubrani w bogate szaty, u boków zwisały im zdobione szable energetyczne, lub pistolety laserowe, bolterowe, a czasem nawet zdarzał się jakiś plazmowy, czy termiczny. Ogółem najwyższej jakości broń osobista wysoko postawionych kolonistów ludzkich. Bardziej dla ozdoby, ponieważ żaden z nich nigdy jej nie używał w prawdziwej walce. Ochronę stanowiły latające wokół serwoczaszki w towarzystwie gwardzistów imperialnych, lub szturmowców Inkwizytorki. Grupka Eldarów i ich obstawa dotarli do rozlewających się po sali wielkich schodów. Z sufitu zwisały dwa płonące lampiony przypominające o tym co czeka grzesznych. Na szczycie schodów znajdowały się wielkie, ciężkie wrota do gabinetu lorda. Strażnik odezwał się do interkomu.
- Panie, niech Imperator cię zachowa!
- Tak? – odpowiedział mu zachrypły, cienki głos
- Nie chciałbym ci przeszkadzać panie, ale ci oto ludzie mówią, że widzieli w okolicach bandy Orków.
- Ccco?? Orkowie, tutaj? To nie możliwe, ona nie mówiła że będą aż tak blisko… - dopowiedział zaskoczony arystokrata
- Co mamy z nimi zrobić? – spytał władcę żołnierz
- Wprowadzić – odpowiedział, po czym drzwi zaczęły się powoli rozchylać.
W hałasie, który wytwarzał ich mechanizm Tohran wyczuł obecność Nal’Foca, który wślizgnął się do gabinetu przed pierwszym żołnierzem. Młody Eldar wyczuł, że zajął miejsce w kącie. Pewnie chce dowiedzieć się tego i owego, pomyślał Tohran. Gdy blask bijący od odsłoniętego olbrzymiego okna przestał oślepiać wrażliwe oczy Eldara, ten rozejrzał się po pomieszczeniu. Thornmeel był w okolicach pięćdziesiątki. Na jego chudej, mizernej twarzy dominował wielki haczykowaty nos, a pod nim bujne czarne wąsiska. Był osobą niezmiernie mizerną i skromnej postury. Nieuważny obserwator mógłby tego nie zauważyć, bowiem jego biurko było ciężkie i wysokie. Ale Tohran dostrzegł w odbiciu w oknie, że tron lorda jest niemal wyższy od blatu i Thornmeel musi na niego wsiadać po czterech stopniach. Sam baron był zapakowany w obwieszony medalami, za duży jak na niego mundur. W prawym oku miał zamontowany system optyczny wzmacniający jego wzrok. Eldar chcąc sprawdzić ochronę pokoju wyruszył okiem umysłu poza swe ciało. Sam lord, którego najmniej się obawiał miał przy boku miecz energetyczny, a w szufladzie biurka pistolet plazmowy. W ścianach bocznych stały regały z kodeksami i kronikami Imperium. A między księgami znajdowały się zakamuflowane otwory strzelnicze. Eldar wiedział, że wnętrze jest obserwowane przez elitarnych ochroniarzy. Poza tym wyczuł główną linię ochrony lorda Thornmeela. Przycisk pod blatem uruchamiał pole siłowe chroniące cały tron przed strzałami i ciosami. Ogółem uprowadzenie tego człowieka byłoby bardzo trudne. Wszystkich tych przemyśleń dokonał w kilka sekund. W tym czasie wszyscy usiedli na krzesłach przed tronem, a za nimi stanęli gwardziści. Lord machnął ręką i rzekł:
- Możecie odejść!
Tohran pomyślał, że po co mu oni, skoro w każdym momencie ten garnizon z sąsiedniego pokoju mógłby nas przemielić na papkę.
- A więc przejdźmy do sedna… - zaczął dumnym tonem Thornmeel – gdzie dokładnie widzieliście ludzie tych Orków?
W tym momencie poczuł dotyk na ramieniu. W głowie pojawiła mu się myśl Nal’Foca. Adissa nagle wstała i zanim ktokolwiek zdążyłby zareagować przyszpiliła lorda do krzesła mocą psioniczny, tak żeby nie mógł wszcząć alarmu ani się ruszyć. W tym samym czasie Nal’Foc wyłączył maskowanie i jak się okazało stał za krzesłem Thornmeela przykładając mu nóż do gardła.
- Jeżeli zaczną strzelać, zginiesz. – powiedział lodowatym głosem, tak aby słyszeli ich ochroniarze.
- Nie strzelać!!! – szybko krzyknął człowiek ukradkiem sięgając po miecz. Jego twarz stała się najpierw zielona, a potem biała gdy odkrył, że jego zdobioną klingę trzyma jeden z chłopów. Zaraz, to nie chłopi… to Eldarzy! - myślał Thornmeel gorączkowo.
- Eldarzy, mogłem się tego spodziewać… Czego chcecie? – spytał nerwowo wielki władca
Łowca obszedł powoli krzesło i stanął twarzą w twarz z siedzącym na podwyższeniu Thornmeelem.
- Wypuścisz więźnia, dasz go nam i zapewnisz bezpieczeństwo wymarszu z miasta. – odparł powoli i wyraźnie Eldar
Człowiek zabulgotał i oburzył się – Xeno śmiał mu rozkazywać! Lecz kiedy łowca docisnął zimną jak lód klingę, nastrój lorda natychmiast się zmienił. Pot spłynął mu po twarzy, pokiwał głową w odpowiedzi.
- Dobrze, teraz zawiadom swoich ludzi, niech wyprowadzą więźnia pod pałac.
Thornmeel odezwał się do interkomu, bojąc się Eldarskiego przybysza wypowiedział drżącym głosem kilka zdań.
- Wspaniale, teraz grzecznie sobie wyjdziemy. Nie będziesz mnie widział, ale jeden zły ruch i mój nóż rozpłata ci plecy. – powiedział chłodno Nal’Foc włączając maskowanie.
Tohran, Adissa i Lothren ruszyli za lordem, w którego szacie było widać zagłębienie od przytkniętego ciągle czubka noża. Przeszli przez bogate korytarze na zewnątrz. Nie zwracali niczyjej uwagi, lecz za nimi szedł batalion żołnierzy czekających na skinienie ich władcy.
- Co teraz? – szepnął Tohran do Nal’Foca
- Na razie idzie dobrze, musimy się stąd zmywać. – odpowiedział Eldar po cichu
Więzień został przyprowadzony zgodnie z życzeniem, był zakuty a przyprowadziło go kilku żołnierzy. Nal’Foc szepnął coś jeszcze do lorda, a po chwili przed nich przyjechała Chimera. Eldarzy wsiedli do środka, Thornmeel ociągając się również wszedł do czołgu. Nagle został odepchnięty przez niewidzialną siłę. Wypadł przez otwarty właz i wpadł do błotnistej kałuży. Nal’Foc zamknął drzwi włazu, a wszyscy gwardziści otwarli ogień. Na próżno, Tohran i Adissa zasłonili pojazd psioniczny tarczą. Chimera z dużą prędkością wyjechała z miasta, ciężka brama nie zdążyła zamknąć się nawet do połowy. Kolejna ucieczka zakończyła się sukcesem…
_________________
The enemies of the Eldar shall fear my wrath...
 
 
Aspect 
Moderator
Khaine's Wrath



Wiek: 21
Dołączył: 03 Sty 2011
Posty: 1422
Skąd: The Grim Horizon
Wysłany: 2012-02-04, 17:02   

Czarne Chmury Zbierają Się

Po kilku minutach porzucili Chimerę przy drodze podkładając materiały wybuchowe. Ubrali się opróżniając niewidzialną torbę i ruszyli w las nie zostawiając żadnych śladów.
- Musimy iść szybko, mogą wysłać samoloty szpiegowskie ze skanerami na podczerwień. – powiedział Nal’Foc w marszu
Kilka chwil później usłyszeli gromki wybuch – gwardziści znaleźli Chimerę, która teraz wybuchła zabijając wielu z nich. Kilka godzin maszerowali w głąb lasu.
- W okolicy na polanie jest przyczółek Eldarski, jeżeli go znajdziemy zatrzymamy się tam i zregenerujemy siły. – Nal’Foc zastanawiał się nad tym co powinni teraz zrobić.
Wieczorem zatrzymali się, Lothren zrzucił z ramienia ledwo żywego wychudzonego Eldara i usiadł na ziemi. Tohran, Adissa i Nal’Foc zebrali się w kręgu. Jyotti wzięła ceremonialne ostrze i zaczęła kreślić w ziemi świetliste runy. Stworzyła w ten sposób krąg medytacyjny. Umieściła w odpowiednim miejscu swój kamień duszy, pozostali poza więźniem i Lothrenem zrobili to samo. Nal’Foc, Tohran i Adissa unieśli się nad ziemię z zaplecionymi nogami i rozpoczęli potrójną medytację. Ich dusze się zjednoczyły, aby było łatwiej wyszukać ślad psioniczny Eldarskiego posterunku. Piętnaście minut zajęło im przeczesywanie hektarów lasu. Po upływie tego czasu opadli na ziemię nieco spoceni i zmęczeni.
- Ruszamy na wschód, podróż nie potrwa więcej niż godzinę. – oznajmił Nal’Foc
Tohran podniósł więźnia i już miał go ponieść, ale ten odparł:
- Już nie jestem aż tak słaby, pozwoliłem sobie zagarnąć część energii rytuału, nazywam się Varyan. Jestem ostatnim żyjącym członkiem gwardii Ultanasha z Naeloth’Lunar. Rozumiem, że rozmawiałeś z Autarchą?
- Tak, w ten sposób się o tobie dowiedziałem – odparł Tohran – musimy jednak ruszać, porozmawiamy gdy dotrzemy do leśnego posterunku.
Tropiciel wsparł się ramieniem na Tohranie i ruszył wraz z nim za pozostałymi. Po niebie cały czas latały myśliwce błyskawica i inne statki zwiadowcze w poszukiwaniu zbiegów. Inkwizytorka Irrida bowiem dowiedziała się o incydencie i kazała Thornmeelowi odszukać ich za wszelką cenę. Varyan miał na sobie odartą tunikę z upiorytu pokryta była plamami zaschniętej krwi. Jego brązowe włosy były postrzępione i spływały w nieładzie po smukłych barkach. Najbardziej rzucały się w oczy jego błękitne oczy, zachwycające głębią koloru i mądrością.
Po jakimś czasie dotarli na polanę, stanął przed nimi jakiś Eldar. Miał na sobie dziwną, czarną zbroję. Tohran wiedział kim jest. Był to wojownik aspektu Cienistych Widm, trzymał w ręku potężny blaster laserowy.
- Witajcie, jak widzę udało wam się uwolnić Varyana. Znakomicie jestem pod wrażeniem. – powiedział wojownik – Nazywam się Tighar Ilion. Jestem egzarchą Cienistych Widm, jednego z najrzadszych aspektów.
- Miło poznać tutaj, na peryferiach galaktyki jednego z was – odezwał się Nal’Foc – potrzebujemy jedzenia, amunicji i transportu. Jesteśmy wyczerpani po kilkudniowej tułaczce po leśnych ostępach.
- Ależ oczywiście. – odparł Tighar, a na polanie pojawił się eldarski bunkier w kształcie kopuły, maskowały go dwie bramy osnowy.
Gdy weszli do środka Varyanem zaopiekowały się dwie Eldarskie kapłanki i zabrały go do komnat mieszkalnych. Reszta zasiadła do stołu wraz z Ilionem i jego wojownikami. Były to Cieniste Widma i kilkoro Obrońców, kobiet i mężczyzn.
- Jak się trzymacie, nie nękają was ludzie? – spytał przy jedzeniu łowca
- Niee, oni nie zapuszczają się w głąb lasu. Ogólnie mamy tu spokój, chodzimy po puszczy strasząc poszukiwaczy przygód. Pojawiła się już legenda o „leśnych upiorach”, bynajmniej nam to odpowiada. Zajmujemy się głównie zbieraniem danych wywiadowczych i hodowlą Tikalu. – odparł Tighar
Tikal była to roślina uwrażliwiona na bodźce psychiczne. Ścieżka botanika uczy opiekowania się roślinami jadanymi przez Eldarów. Botanicy potrafią przyspieszać ich wzrost, ulepszać ich smak. Tikal szybko rośnie, może być przygotowany na kilka różnych sposobów i smaków. Je się jego czerwone, podłużne owoce i niebieskie zaokrąglone liście. Botanicy potrafią zmieniać ich smak zgodnie ze swoją zachcianką. Tohran uprawiał Tikal w Nedindalu, ciotka Adissy była tam bowiem botaniczką i chłopak nie raz przyglądał się jej pracy.
- A jaki jest wasz stan osobowy i techniczny? – zapytał Lothren, a gdy zobaczył badawcze spojrzenie dodał – Lothren, kapitan straży miejskiej Velmorien. Chcę po prostu wiedzieć jakie siły Eldarskie przebywają na Etyrii.
- Ach tak… niech będzie. W Posterunku Leśnym przebywa trzydziestka Eldarów. Poza mną jest jeszcze czwórka Cienistych Widm, piątka Ponurych Mścicieli i trzynastka Obrończyń i Obrońców. Poza tym kilku botaników, architektów upiorytu i rzemieślników. Mamy trzy motory antygrawitacyjne i Wave Serpenta. Poza tym w kaplicy przechowujemy kamienie duszy innych Tropicieli z gwardii Ultanasha. W razie potrzeby mogą oni pokierować dwoma Upiornymi Strażnikami. – w sali rzeczywiście stali pod ścianą dwaj Upiorni Strażnicy, uśpieni, nie zasilani – To chyba tyle, poza tym mamy tu trzy kapłanki Ishy, zajmują się teraz ranami Varyana.
- No, chyba czas udać się na spoczynek! – wtrącił wstając i zacierając ręce Nal’Foc – Pozwolisz Tigharze, że udamy się do naszych pokojów i prześpimy przed jutrzejszą naradą.
Egzarcha skinął głową, wszyscy Eldarz wstali i pożegnali się. Dwójka Obrońców odprowadziła gości do ich komnat. Tohran dostał mały pokoik z łóżkiem lewitacyjnym, szafką i niewielkim blatem. Był bardzo zmęczony, więc zasnął niemal natychmiast w objęciach ciepłego strumienia powietrza bijącego od generatorów kinetycznych łóżka…
Nazajutrz Tohrana obudziło delikatne stukanie w drzwi. Wypadł z łóżka, ubrał się szybko i otworzył łagodnie suwające się wrota. Na korytarzu stała uczesana, ubrana w nowe szaty Adissa.
- Wiedziałam, że jeszcze śpisz. Zbliża się południe! Doprowadź się do porządku i chodź do sali narad. – powiedziała swym miłym głosem Jyotti
- Co? Ah… no tak, dobrze hmmm… już idę. – odparł jąkając się i przecierając oczy Tohran
Popatrzył na siebie spoza ciała i doszedł do wniosku podobnego, co Adissa – nie mógł się tak pokazać publicznie. Wziął podstawowe przedmioty higieniczne i udał się do łazienki.
Wszyscy siedzieli przy okrągłym stole, czekali tylko na Tohrana. W końcu przyszedł, wyglądał niemal majestatycznie, jego szata runiczna z naramiennikami promieniowały blaskiem. Na swoje krótko ścięte włosy nałożył diadem w miejsce opaski optycznej. Czar Ragliphena został zdjęty zeszłej nocy i Tohran oraz jego przyjaciele wyglądali znowu normalnie. W ręku trzymał miecz energetyczny przedniej jakości. Zajął miejsce nieco zaczerwieniony, bo wszyscy się na niego gapili.
Adissa szturchnęła go w ramię:
- Ale się odstrzeliłeś – szepnęła, ale natychmiast zamilkła skarcona wzrokiem czujnego Nal’Foca
Tighar wstał i zaczął mówić swym mocnym, basowym głosem:
- Witam wszystkich, zebraliśmy się tutaj, aby wysłuchać opowieści tego Tropiciela, członka gwardii Ultanasha, oraz wspomóc radą goszczącą u nas ekspedycję. Oddaję teraz głos Varyanowi, który wraz z Autarchą Naeloth’Lunar i resztą gwardii Ultanasha przebywali u nas w gościnie niejednokrotnie.
Gdy Egzarcha usiadł, Varyan zaczął swoje przemówienie.
- Jak wiecie, gdy wyruszyliśmy z kamieniem Autarchy z Erydii do Nedindalu, w tym lesie zginęło pierwszych dwóch członków gwardii. Ich kamienie zresztą tu przechowujecie. Gdy dotarliśmy do przełęczy w Eyowa Irrida napadła nas ponownie, życie straciło czterech Tropicieli. Ja, i pięciu pozostałych uciekliśmy w głąb lasu, Inkwizytorka nie zrezygnowała jednak z pogoni. Dopadła nas ponownie, już nad Etheyel, w okolicach Nedindalu. Zginęli wszyscy poza mną i Feliethem. Który niestety nie wytrzymał tortur w Petrovyi i zmarł bez kamienia duszy w celi lorda Thornmeela.
- Pozwolę sobie przerwać opowieść. Otóż ja byłem w pobliżu, kiedy wasza drużyna została rozbita. Niestety dodarłem na miejsce po wszystkim, udało mi się odnaleźć kamień duszy Autarchy, dobić jednego ze szturmowców i powyjmować kamienie duszy reszty pokonanych. Teraz spoczywają oni w kaplicy w Nedindalu. – wtrącił Tohran
- To dla mnie wielka radość, że ich dusze są bezpieczne, a co z kamieniem Autarchy? – spytał Varyan
- Niestety, powiedział mi, ze Inkwizytorka uszkodziła kamień, jego dusza wyciekła do Spaczni… - odparł ze smutkiem chłopak
- To wielka strata, jego mądrość mogłaby się nam przydać. Ale nadal mamy pracę do wykonania. Musimy dostać się do katakumb Ultanasha. Najbliższe wejście znajduje się w okolicy Płaskowyżu Forgolt. – powiedział Tropiciel – Musimy mieć zapewniony transport.
- Odwiozę was moim Wave Serpentem aż do Neji-Ghaz. Dalej musicie iść sami, nie chcę ryzykować utraty naszego największego pojazdu. – wtrącił Tighar
Nagle do komnaty wpadł jeden z Obrońców.
- Przepraszam, ale to pilne, chodźcie za mną. – krzyknął
Młody Eldar zaprowadził wszystkich zebranych do komnaty łączności. Tam nawiązał kontakt z – jak się okazało – Czarownikiem Nafayanem opiekunem górskiego posterunku.
- Ach witajcie! Orkowa banda Urgszaka zdobyła władzę w Górach Szarych ich horda terroryzuje równiny. Orkowie plądrują ludzkie pola i budują nowe obozy. Ta cała zbieranina może się przerodzić w prawdziwe globalne powstanie, typowe Waaagh!!!
- To zaiste złe wieści, musimy usunąć Urgszaka zanim stanie się zbyt niebezpieczny. Być może zechce wcielić do swojej armii także klan z pustyni Hadiszar i klany z Gór Wschodnich… - odparł Nal’Foc
- Postaramy się zrobić wszystko co w naszej mocy. – zakończył Nafayan
Kiedy połączenie się urwało wszyscy wrócili do komnaty narad.
- Kolejne złe wieści… Czarne chmury zbierają się nad Etyrią. – zaczął Nal’Foc – Orkowie stają się coraz bardziej śmiali…
Tego typu dyskusje toczyły się aż do wieczora, Tohran, Lothren i Adissa udali się na spoczynek, Nal’Foc i Varyan zostali omawiając wraz z Tigharem przyszłe posunięcia przez całą noc.
Nazajutrz nadszedł czas wymarszu. Cała drużyna udała się wąskim tunelem podziemnym do niskiego hangaru. Był bardzo pusty, posterunek leśny nie posiadał znacznego zasobu antygrawów, w centrum stał zadbany biały Wave Serpent z laserami rozpraszanymi. W rogu były trzy motory antygrawitacyjne. Poza tym było kilka mniejszych pojazdów i kilka desko lotek.
Weszli do Wave Serpenta, Tighar w milczeniu wyleciał przez wrota hangaru i nad drzewami włączył maskowanie. Po kilkudziesięciu minutach dotarli nad rzekę.
- Dobrze, tu was wysadzę. Nie mam urządzeń zagłuszających ich radary, nie chcę ryzykować.
- Rozumiemy, oczywiście Tigharze. – odparł Nal’Foc
Egzarcha Cienistych Widm po wypuszczeniu pasażerów odleciał do swojej siedziby. Ekspedycja ruszyła w stronę płaskowyżu i ich przeznaczenia. Znajdowali się w centrum równiny Erydyjskiej. Kilkadziesiąt kilometrów na południe wznosił się wysoki Płaskowyż Forgolt. Jest to niegościnny, zaśnieżony teren. Znajdowano tam nawet ruiny świątyń czczących C’Tan. Drużyna Tohrana musiała przekraść się obok stolicy planetarnej i znaleźć wejście na płaskowyż.
Maszerowali w milczeniu wśród niewielkich pagórków pokrytych trawą i kępami drzew. Od czasu do czasu na niebie widać było brzydkie, czarne statki ludzi nadlatujące na planetę, lub ją opuszczające. W oddali majaczyła niewielka iglica mieszkalna Erydii, głównej kolonii Imperium. Nie zwracali uwagi na żałosny wieżowiec.
- Musimy iść wzdłuż ściany i poszukać wejścia, ta ściana jest zbyt wysoka na wspinaczkę. – powiedział Nal’Foc gdy dotarli do pochylonej w ich stronę krawędzi płaskowyżu.
Szli kilka godzin ogromny masyw niemal w każdym miejscu był pochylony na zewnątrz. Wieczorem znaleźli wnękę w skalnej ścianie. Postanowili, że zatrzymają się tam na noc. Siedzieli i słuchali opowieści Varyana o tym, co ich czeka w katakumbach Ultanasha. Na Tohranie i Adissie odbiła się ta kilkumiesięczna już wyprawa. Chłopak nabrał krzepy, jego mięśnie zarysowały się mocno na obcisłym skafandrze termoplastowym. Jego oczy nabrały szmaragdowej poświaty mądrości i doświadczenia. Jego dłoń pewniej trzymała rękojeść miecza i wyrzutni szurikenowej. Adissa natomiast wzmocniła swoje pokłady energii tak mocno, że odbiły się one na jej wyglądzie. Jej niebieskie tęczówki zmywały się z białkami, które już nabrały turkusowego odcienia. Od jej ciała biła łagodna łuna, która teraz w jaskini ujawniała się leciutkim, mglistym pobłyskiem. Jyotti nałożyła na swoją szatę upiorytowy napierśnik ze wzmacniaczem psionicznym, oraz pas wypełniony kamieniami energetycznymi dającymi jej dodatkowe pokłady mocy. Za pasem trzymała lustrzany miecz, ulepszony przez kowala z posterunku górskiego. Jakże inni oni byli od tych młodych Eldarów opuszczających swój rodzinny dom…

Atak

Tymczasem w posterunku leśnym Tighar wraz z innymi Cienistymi Widmami wrócił z patrolu. W Petrovyańskiej cytadeli działo się wiele rzeczy. Inkwizytorka Irrida przybyła do miasta i w furii po napadzie Eldarów straciła Thornmeela za herezję. Na tronie osadziła twardego lorda Galio Warthoga. Doprowadził on do porządku siły miejskie Petrovyi i przygotował je do obrony prowincji przed hordą Orków.
Tighar spisał raport w urządzeniu pamięciowym i już miał złożyć się na spoczynek, gdy do jego biura wpadł jeden z Obrońców.
- Tigharze, Nafayan nawiązał połączenie, mówi że to bardzo pilne! – powiedział rozgrzany Eldar
- Już idę – odparł egzarcha
Wziął swój blaster i pobiegł do komnaty łączności. Na ekranie ukazał się Nafayan, na twarzy miał ślady krwi, a jego zmęczony wyraz twarzy zwiastował niefortunne wieści. Słychać było krzyki i odgłosy wystrzałów.
- Och witaj Tigharze, od dwóch dni staramy się nawiązać łączność – rzekł prorok
- Witaj, Nafayanie co się tam u licha dzieje?!
- Orkowie oblegają posterunek, jak na razie nie ponieśliśmy żadnych strat, lecz to tylko kwestia czasu gdy nas zaleją. Nie możemy opuścić bazy, Orkowie jakimś cudem zerwali nasze połączenie z Sieciodrogą. Potrzebujemy wsparcia!
- Oczywiście, już nadlatuję z Wave Serpentem… jak to możliwe, że rozbili most Sieciodrogi?
- Ich herszt, Urgszak wydobył z jakiegoś rynsztoku dziwacznie zmutowanego Orka, uzdolnionego psionicznie. Gdy Orkowie uderzyli na bazę, mutant został zabity, a w wybuchu spaczni towarzyszącym jego śmierci most został zerwany i nasza elektronika siadła!
- Natychmiast wyruszam, będę lada moment. – odparło Widmo
***
W nocy Adissa, która była najlepszą psioniczką z całej wyprawy wyszukiwała drogi dla drużyny. Szybko odnalazła niewielkie osuwisko, po którym można było dostać się na powierzchnię Forgoltu. Jyotti skupiła się na rozpoznaniu terenu. Wykryła obecność żywych istot, najprawdopodobniej ludzi. Skupiła się na nich, nagle coś uderzyło w jej świadomość. Nie mogła się zbliżyć, była to bariera psioniczny stosowana przez inkwizycję. Na wysokich ołtarzach zamykani są psionicy, których niewielką mocą zasilana jest bariera. Blokuje ona wszelkie próby wtargnięcia sił Spaczni, lub świadomości psioników…
Nazajutrz Adissa, opowiedziała każdemu o tym co udało jej się wybadać. Wyszli z jaskini, ognisto-pomarańczowe Słońce oświetlało podnóże Forgoltu gorącym, złotym blaskiem. Eldarzy włączyli urządzenia klimatyzacyjne, chłodząc swoje ciała. Szli żwawym krokiem i po kilkunastu minutach odnaleźli osuwisko ze snów Jyotti. Masyw powstał ze zlepków piaskowca i lokalnej, sypkiej skały. Każdy krok byłby niebezpieczny, gdyby to ludzie wdrapywali się po usianym kruszącymi się skałami zboczu. Jednak Eldarzy zwinnie omijali niebezpieczne punkty i przemykali w górę od czasu do czasu strącając malutkie lawiny żwiru. Na szczycie Forgoltu oczom podróżników ukazał się zdumiewający widok. W odległości kilkuset metrów od nich stała wielka baza wojskowa broniona przez wieżyczki bolterowe i barierę psioniczną. Za lśniącym, przezroczystym murem widać było maszerujące pułki gwardzistów imperialnych odzianych w czarno-czarne zbroje. Typowe dla Inkwizycji.
- Jak udało im się skonstruować taką bazę, w tak krótkim czasie?! – spytał Lothren
- Inkwizytorce naprawdę zależy na skarbach Ultanasha. Zaangażowała w tej sprawie całą armię… Musimy postępować ostrożnie. – odparł Nal’Foc – Schowajcie się tutaj pod płachtą maskującą, ja udam się w pobliże obozu i przeskanuję umocnienia.
Tohran ściągnął plecak i odpiął zawiniętą w rulon tkaninę, przypominała karimaty używane dawno temu na Ziemi, gdy ludzie dopiero poznawali wszechświat. Była jednak delikatna i rozciągliwa. Tohran wcisnął niewielki przycisk na rogu płachty, wtem ta stała się przezroczysta, nałożyli ją na siebie. W ich miejscu było widać tylko nieco zamgloną kępę żółtej trawy. Spod niewidzialnego materiału oglądali postępy Nal’Foca. Ich hełmy były zaprogramowane, aby wykrywać zamaskowanych Eldarów…
Nal’Foc upadł na ziemię, mimo że był niewidzialny nie chciał wejść w pole któregoś z reflektorów patrolujących przedpole bazy. Pod wpływem silnej wiązki światła jego sylwetka mogłaby zamigotać i stać się widoczna dla czujników termicznych i oczu strażników. Kiedy białe koło oddaliło się, ruszył jego śladem. Przemykał od jasnego kręgu, do kolejnego cały czas zbliżając się do pulsującego muru. Po kilkunastu minutach dotarł do iskrzącej bariery. Słyszał krzyki ludzi podpiętych do psionicznego płotu. Cóż za okropieństwo i barbarzyństwo… - pomyślał z odrazą. Kiedy spróbował dotknąć bariery dawka elektryczności poraziła mu rękę, spodziewał się tego. Wyciągnął skaner i uruchomił jego system. Musiał się spieszyć, gdyby urządzenie chociaż minimalnie się rozgrzało, ludzie mogliby go wykryć. Urządzenie działało rozsyłając niemal niewykrywalne fale psioniczne o niskiej częstotliwości. Tylko potężny Eldarski psionik, lub jakiś demon mógłby je wyczuć. Po dwóch minutach łowca miał informacje o ilości broni, pojazdów, wielkości bazy, ilości personelu i żołnierzy… Dosłownie wiedział wszystko czego potrzebował. Wstał więc, wyłączył skaner i przemknął do najbliższego lśniącego kręgu…
***
Tighar dotarł do podnóża Gór Szarych. Widział błyski na jednym ze zboczy, wiedział co to oznacza. Zastanawiał się czemu Nafayan nie kontaktuje się z nim… Nagle iskrzący punkt zaświecił się na szczycie jednej z gór. Potem dołączyły do niego w szyku cztery kolejne punkciki. Cały czas się zbliżały. Kiedy Tighar zrozumiał, że są to rakiety odbił w bok, lecz pięć pocisków skręciło za nim. Poza ryczącym odgłosem silnika rakietowego dało się słyszeć okropny wrzask strachu. Egzarcha Ilion przypomniał sobie co to oznacza – potężne głowice bojowe Orków sterowane ręcznie przez samobójcze Groty, drobnych pobratymców Orków. Była to jedna z ich najdziwaczniejszych i najgroźniejszych broni przeciwpancernych jakimi dysponowali Zielonoskórzy. Wykonał beczkę do tyłu. Szyk pocisków poleciał za nim, lecz z jednej rakiety nagle przestał wydobywać się strumień ognia – skończyło się paliwo. W smudze czarnego dymu, zataczając kółka rakieta opadła na ziemię wraz z drącym się w niebogłosy Grotem i wybuchła w filarze płomieni. Tighar tymczasem zrobił kołowrotek i zwolnił jednocześnie opadając w dół. Dwa Groty połapały się w jego zamiarach i natychmiast ustawiły rakietę na kursie kolizyjnym. Jednak jeden spróbował wykazać się inteligencją i odbił w prawo w znanym tylko sobie celu wlatując w kolegę, który ze strachu stracił przytomność. Podmuch wybuchu strącił trzeciego Grota, który wrzeszcząc spadł na ziemię, roztrzaskując się na skałach. Ostatnia rakieta trzymała się zażarcie na ogonie Wave Serpenta. Jej czubek już stopił się od żaru wydobywającego się z Eldarskich silników, Eldar desperacko odbił w lewo. Grot pomylił się w obliczeniach i zderzył ze skalnym filarem wystającym ze zbocza góry. Wave Serpent ominął skalny klif od zewnętrznej strony góry. Tighar nie zauważył, że była to podstawa Orkowego działa laserowego. Usłyszał jedynie bzyczący dźwięk i huk w ładowni antygrawu. Jego pojazd opadł na zaśnieżony stok góry…
Pół godziny później ocknął się w tlącym się wraku Wave Serpenta. Rozejrzał się po kabinie, ściągnął opaskę neuronalną i zabrał swój komunikator – nie wiedział czemu, ale był pewien, że mu się przyda. Sięgnął po blaster, jego drogocenna broń została złamana na pół w czasie katastrofy. Przezroczysty wcześniej kokpit był teraz cały czarny, pokryty sadzą. Nie mógł otworzyć zawiasów, zaparł się więc plecami i z całych sił walnął obiema nogami w klapę kabiny. Gdy wstał czarne opary całkowicie odebrały mu widoczność. Dusząc się oparami dymu, wychynął na zewnątrz wraku. Nagle na jego nosie spoczęła metalowa lufa, trzymana przez pokaźnych rozmiarów Orka.
- Bierema go, szefu siem ucieszy, żeśmy mu znaleźli jeszcze jednego Eldorca. – krzyknął do swoich ziomków typek.
Orkowie związali mu ręce, a jeden z nich walnął go czymś ciężkim w tył głowy. Tigharowi zrobiło się ciemno przed oczami… Stracił przytomność.
***
Gdy Nal’Foc dołączył do nich z planami bazy zeszli z płaskowyżu i rozbili ponownie obóz w jaskini. Łowca uruchomił hologram. Jak przypuszczał, w centrum bazy trwały wykopaliska, obóz miał około kilometra średnicy. Kilkuset szturmowców, kilka podłużnych bunkrów mieszkalnych i bariera psioniczna. Wejście byłoby bardzo trudne…
- Na razie nie mam pomysłu jak dostać się do środka… przyjdzie nam tu siedzieć i czekać aż nie nadaży się jakaś okazja… - wspomniał Nal’Foc – Spróbuję nawiązać łączność z Tigharem.
Adissa położyła się w rogu jaskini, jej złote włosy związała kawałkiem elastycznego materiału w jeden kucyk za głową. Wzięła w ręce kamień duszy swojego brata, zamknęła oczy i spróbowała się z nim porozumieć. Lothren jak zwykle siadł przy ognisku, czyszcząc swoją potężną broń. Varyan, jak to miał z zwyczaju zamknął oczy i usiadł na straży wychwytując niebezpieczne dźwięki i ścieżki psioniczne. Tohran przeglądał się z ubocza Adissie, myśląc o tym co będzie dalej…
Nal’Foc w końcu znalazł sygnał. Wyświetliła się twarz jednego z Widm.
- Oh witaj łowco. Tighar poleciał sprawdzić co dzieje się w posterunku górskim, ponieważ nie mogliśmy z nimi nawiązać kontaktu. Wyruszył sam, jesteście bliżej jego lokacji, więc przekieruję połączenie, może wam uda się z nim skontaktować.
- Dobrze, dziękuję ci…
Obraz znikł, a potem wyświetlił się na nowo, pokazując głowę Tighara, który rozmawiał z nimi przez komunikator na rękawicy.
- Oh Nal’Foc… w końcu. Jestem przetrzymywany w twierdzy Orków w Górach Szarych. Urgszak zdobył władanie nad całą orkową populacją planety. Zdobył posterunek górski, przeżyłem tylko ja i Nafayan.
- To straszne wieści… ale możemy wykorzystać to na naszą korzyść. Powiedz, że wiesz gdzie jest największa skarbnica ludzi i że go tam zaprowadzisz!
- Nie rozumiem… - odpowiedział zdezorientowany Egzarcha
- Jesteśmy na płaskowyżu Forgolt, wiemy gdzie jest wejście do katakumb Ultanasha, problem w tym, że Inkwizytorka zbudowała tu obóz warowny i potrzebujemy hordy orków, żeby się dostać do środka.
- Rozumiem, zrobię co w mojej mocy żeby przekonać Urgszaka, myślę że zdolności Nafayana mi w tym pomogą…
- Znakomicie, pospiesz się, Irrida może znaleźć sposób na sforsowanie drzwi w każdej chwili!
- Muszę kończyć, idzie strażnik. – powiedział Tighar wyłączając komunikator
Nal’Foc wyprostował się i oparł się o ścianę jaskini pogrążając w myślach. Nagle rozmyślania przerwał mu kobiecy krzyk:
- Wiedziałam!!! – wykrzyknęła niespodziewanie Adissa
- Ale o co chodzi? – spytał ją Tohran
- Pamiętałam skądś nazwę Forgolt, więc porozumiałam się z moim bratem. Opowiadał mi kiedyś o tym płaskowyżu. Otóż powiedział mi, że katakumby są zamknięte przez potężne psychoaktywne drzwi i tylko podwładni Ultanasha mogą je otworzyć. Varyanie, tylko ty możesz to zrobić…
- Tak… teraz pamiętam, oczywiście. – odparł odwrócony tyłem Varyan, nawet się nie poruszając.
- Poza tym mój brat powiedział mi o jaskini, w której trzymał ze swoimi towarzyszami sprzęt saperski… nie mam pojęcia co on z tym robił, ale wiem że może się to przydać podczas szturmu na bazę Irridy. – dokończyła dziewczyna
- Ha! Zdolna jesteś Adisso… wspaniale. – pochwalił ją Nal’Foc
Wszyscy (poza Varyanem) rozeszli się po jaskini szukając niewidzialnego składu… Nagle wyciszony Eldar wstał i zanim ktokolwiek go zauważył odsłonił pokaźny zapas min, dział plazmowych i płaszczy kameleonich.
- Twój brat… miał na imię Talon, prawda? – powiedział Varyan zwracając uwagę wszystkich – Byliśmy najlepszymi przyjaciółmi, dopóki… - przerwał Eldar przybierając smutną minę
- … nie zabiłeś go. To ty! – Adissa wstała, z jej oczu wystrzeliły wyładowania elektryczne
- Adisso, spokojnie… - zaczął Tohran, ale gdy wstał został od razu powalony impulsem psionicznym
Rozwścieczona dziewczyna wzięła do ręki kamień brata i zwróciła się do niego:
- Czemu mi nie powiedziałeś, że to on?! – spytała
- Dlatego, że jestem jedyną szansą na otwarcie katakumb Ultanasha i o tym nie zapominaj! – odparł Varyan – Talon był mi bardzo bliski, ale Deyla wolała jego… nie mogłem mu tego wybaczyć. Teraz żałuję, tamta furia przejęła nade mną kontrolę.
- Świnio, powinieneś gnić w celi inkwizytorki. Przez ciebie zginęła dwójka młodych Eldarów! – krzyknęła rozwścieczona Adissa
Dziewczyna odrzuciła miecz, na jej oczy znowu powróciły źrenice, a elektryczna łuna zniknęła. Teraz Eldarka usiadła zgarbiona, zakrywając twarz rękami. Tohran nie mógł znieść jej szlochu, podszedł do niej i przytulił pocieszając w duchu. Nal’Foc przypatrywał się całemu zajściu wraz z Lothrenem.
- Próżność i miłość, dwie najpotężniejsze siły w ciele Eldara… - podsumował łowca – Idziemy spać, jutro uderzamy na bazę wraz z bandą Orków! Będę Cię miał na oku Varyanie, ale możesz się jeszcze zrehabilitować…
Varyan całą noc siedział na zewnątrz jaskini, rzęsisty deszcz zmoczył go całego. Ale nawet mimo tego szumu mógł wykryć najmniejszy szelest kroków. Myślał o swoich czynach…
***
Tighar ledwo przytomny czuł, że jego nogi suną po nierównym kamiennym podłożu. Rozejrzał się i przypomniał sobie o wszystkim. Siedziba klanu z Gór Szarych była umieszczona w naturalnej jaskini o niewyobrażalnie wielkich rozmiarach. Orkowie drążyli tunele i komory w potężnych kilkusetmetrowych stalagmitach, robiąc w ten sposób sobie mieszkania. Wielkie stożki były podziurawione koślawymi oknami i włazami do mieszkań Orkowych Chłopaków. Eldar dostrzegł, że obok niego dwóch rosłych Orków wlecze także Nafayana, który podczas walki dostał toporem w głowę. Ostrze co prawda nie przebiło Upiorytu, ale uderzenie zniszczyło nieskazitelną skórę proroka. Teraz nad prawym okiem miał wielkiego sińca, który jednak szybko się goił. Wkrótce dotarli do odgrodzonego czerwonym, drewniano-blaszanym murem terytorium Burszujów, którzy mieszkali w osobnej społeczności wokół siedziby wodza. Gdy weszli dalej w głąb jaskini oczom Eldarów ukazał się potężny stalagnat, od razu było widać, że to siedziba wodza. Do połowy jego wysokości były wydrążone balkony strzelnicze z karabinami i rakietnicami obsługiwanymi przez Groty. U podstawy skalnego filaru było wydrążone wielkie wejście, a nad wrotami wymalowane jaskrawoczerwoną farbą szczęki Gorka, boga Orków. W końcu zostali rzuceni przed oblicze Urgszaka, który ubrał się triumfalnie w skórę ze zmoryksa, a w dłoni trzymał niesamowity młot bojowy wykonany w dużej mierze ze spycha montowanego na Chimerach Gwardii Imperialnej. Siedział dostojnie na wyrytym w litej skale tronie ozdobionym głowami 3 Orkowych wodzów, klanów które podbił na Etyrii.
- HA! I co powieta Eldary? Szczenka wam opadła? Teroz ja tu rozdaje korty!
Wszyscy zebrani Orkowie wybuchnęli śmiechem, Nafayan podniósł głowę:
- Tak o wielki! Twoje armie niemal nie mają sobie równych. Jedynie jedna siła nadal śmie opierać się twemu majestatowi!
Orkowie natychmiast zamilkli, rozległy się niepewne szepty…
- Co wy tam szeptocie? Ja zdobyłem Klany Pustyni, Klany z Gór Szarych, a nawet Klan Gór Mglistych! Nikt mi siem nie przeciwstawił, ludzików tyż pobiłem!
- Więc zaskoczy Cię wieść, że u podnóża Gór Szarych bazę zbudowała Inkwizytorka Irrida i planuje napaść na wielki skarbiec ukryty na Płaskowyżu Forgolt! – wtrącił Tighar
Teraz Orkowie zaczęli toczyć między sobą dyskusje, niektórzy krzyknęli:
- Ja, to bym ich nie przegapił
Czy:
- Może byłbym lepszy wodzem… taaa, byłbym haha…
Gdy głowa Orka została wgnieciona w korpus, wszyscy umilki, a Urgszak wytarł młot skórą zmoryksa:
- Jeszcze cuś? Nie? No to jademy rozwalić tych ludziuf! Załatwić tych Eldorców, nie są nam jusz potrzebni.
Nafayan wysłał wiadomość do umysły Tighara:
- Nie zapanuję nad nim, to kolejna anomalia pokroju Gorgutza. Tighar chwycił najbliższego mu Orka i wyciągnął mu pistolet zza pasa, zanim ten się zorientował, już kula przebiła jego głowę. Nafayan ścisnął nerw mózgowy wewnątrz głowy jednego z burszujów, a ten mimowolnie walnął mekaniaka stojącego obok. Gdy ten mu oddał, przypadkiem kopnął dwóch Orków stojących zanim. Gdy Eldarzy opuścili salę tronową Urgszaka, za nimi wrzała już ogólna bijatyka. Wódz miażdżył kolejnych podwładnych próbując nad nimi zapanować, każdy bił każdego. Gdy Tighar i Nafayan przeszli wzdłuż cieni do muru działowego, okazało się że któryś Ork miał dość oleju w głowie, aby zamknąć bramę. Na domiar złego potężny ryk herszta uspokoił zamieszanie i cała horda burszujów rzuciła się tropem Eldarów. Nafayan zebrał całe resztki sił i powalił wrota impulsem psionicznym. Tighar podniósł z ziemi metalową, dwu metrową rurę i powalił czterech strażników, znajdują przy jednym porządny imperialny bolter. Nafayan zadowolił się ciężkim tasakiem. Obaj ruszyli biegiem, a za nimi wszyscy wychodzili ze skalnych wieżowców. Po kilku minutach dotarli do wrót. Były to wielkie betonowe, zautomatyzowane drzwi. Nawet kilku proroków by się przez nie nie przebiło. Eldarzy weszli do drewnianej strażnicy, zabili kilku Orków i parę Grotów, oraz otworzyli drzwi. Musieli się przebić przez kilkunastu chłopaków, Tighar został trafiony z pistoletu w naramiennik, ale pocisk nie przebił termoplastu. Odwdzięczył się Orkowi Boltem wymierzonym w żuchwę. W końcu dwójka wojowników wydostała się na zewnątrz. Zabili kilkudziesięciu Grotów, Tighar wsiadł do jednej z pancerfur, a Nafayan stanął przy pokładowym działku obrotowym. Prorok zasypywał nadciągające grupy Orków gradem pocisków. Z czasem Orkowie poszukali kryjówek i wezwali pojazdy, oraz pancerwałów. W końcu Tigharowi udało się odpalić silnik prymitywnego pojazdu. Ruszyli z wielką prędkością, Orkowie za nimi rzucili się do pozostałych gazików, z jaskini natomiast wyszło kilka Rzeziblach, Orkowych maszyn kroczących.
- Chyba się udało… - napomniał Nafayan
- Ha… Nie z takiej opresji wychodziłem – odparł mu Tighar – To gdzie jedziemy?
- Zobaczmy co u naszych braci w posterunku leśnym…
- Tak… zapakujemy się na antygrawy i ruszymy na Forgolt, nie chcę żeby Nal’Foc i Tohran mieli wszystko dla siebie! – odparł przekrzykując ryk silnika Tighar
_________________
The enemies of the Eldar shall fear my wrath...
 
 
Aspect 
Moderator
Khaine's Wrath



Wiek: 21
Dołączył: 03 Sty 2011
Posty: 1422
Skąd: The Grim Horizon
Wysłany: 2012-02-04, 17:04   

Złamanie Pieczęci

Tohran medytował u boku Adissy, Lothren jak zwykle sprawdzał swoją wyrzutnię. Nal’Foc chodził w tę i z powrotem nie mogąc znieść bezczynności.
- Wy młodzi macie dobrze… Możecie medytować o czymś co was ciekawi, ćwiczyć się w tym co was interesuje. A ja? Ja już wszystko widziałem, nie mam co robić. Nic mnie już nie ciekawi… - powiedział jakby sam do siebie łowca
- A jednak zajmujesz się praktyką w budowie rowów nawadniających… Jeszcze trochę, a zrobisz tutaj niemały strumień. – bąknął Lothren przypatrując się ciągłemu marszowi Nal’Foca
Nagle ich rozmyślania przerwał wstrząs. Varyan wszedł do jaskini.
- Byłem na zwiadzie, Irrida zniszczyła pierwszą pieczęć drzwi. Teraz jej saperzy zaminowują drugą. Za godzinę wedrą się do katakumb! – powiedział Eldar
- To zaiste złe wieści… - burknął Nal’Foc
- Jest coś jeszcze, chodźcie zobaczyć… - Varyan zaprowadził całą drużynę na górę płaskowyżu
Gdy Tohran wyjrzał na wierzch płaskowyżu ujrzał wielką zielono-czerwoną falę, była trzykrotnie większa od samej twierdzy. Tymczasem dało się słyszeć kolejny wybuch…
- Druga pieczęć padła… Miejmy nadzieję że Orkowie ruszą szybko do ataku. – mruknął Nal’Foc
W tym momencie rozległ się długi, brzęczący dźwięk. Po chwili dołączyły do niego kolejne, w końcu cały płaskowyż drżał od huku setek klaksonów w pojazdach Orków. Horda ruszyła, rębacze i groty rzucili się przodem, szczelcy i elitarne jednostki strzeleckie zostali z tyłu. Burszuje wraz z hersztem Urgszakiem dzierżącym swój młot i dźwigającym na plecach wielki czerwono-złoty sztandar ruszyli luźną grupką za strzelcami. Na flankach armii pozostały pojazdy opancerzone i Killa-Kany. Gwardziści wszczęli alarm, widać było jak zajmują pozycje na murach. Działa samobieżne rozpoczęły ostrzał zza muru. Co kilka sekund w armii Orków wybuchały pociski z dział Basilisków i wyrzutni rakiet Manticore. Orkowie nie pozostali im dłużni… Potężne bombardy rozpoczęły ostrzał uszkadzając systemy obronne twierdzy. Gdy Orkowie zbliżyli się na zasięg strzału z broni ręcznej bitwa rozgorzała na dobre.
- A więc, czas na nas… Musimy dostać się do środka, Irrida wkrótce złamie trzecią pieczęć! – krzyknął Varyan
Eldarzy skinęli głowami i rozpierzchli się, aby nie zostać wykrytymi. Ruszyli szybko wśród traw w stronę murów fortecy.
Działa laserowe, plazmowe i armaty automatyczne zasypywały Orków pociskami wielkiego kalibru i falami energii. Dziesiątki Orków zginęły, ale horda rozlała się wokół murów. Nagle Orkowie zmienili taktykę, zza pagórków po drugiej stronie miasta rozległ się ryk. Oczy wszystkich obrońców zwróciły się w tamtą stronę. Po zboczu zbiegały trzy potężne, uzbrojone w wieże z działami laserowymi Rożgniatacze. Szarża potężnych bestii zniszczyła przedpole bazy, druty kolczaste i okopy, już zbliżała się do murów. Jakiś ogarnięty żołnierz wycelował z działa laserowego w łeb największej bestii. Wiązka skoncentrowanej energii świetlnej przepaliła głowę stwora. Załoga wieży wybiegła w panice i rzuciła się do osłony. Pozostałe dwa giganty wbiły się w mur. Ich ciosy wystające z przodu pyska zgniotły betonowe umocnienia, ale solidne mury gwardii nie zostały zniszczone po pierwszym uderzeniu. Orkowie z wież Rożgniataczy zasypywali pociskami mury i zabijały załogę dział i ciężkich bolterów. Potwory raz po raz uderzały ciosami w beton, a nawet stawały dęba i napierały mocarnymi łapami. Z bazy nagle wystartowały dwie Valkyrie, ubrojone w działa automatyczne i zrzuciły ładunek bomb kasetowych na dwa monstra zabijając ich załogę i rozwścieczając same potwory. Imperialne samoloty ostrzelały głowy i nie opancerzone części ciała Rożgniataczy. Ich pociski nie mogły jednak przebić twardej skóry. Jeden z pilotów podleciał bliżej i przestrzelił oko bestii. Śmiertelnie ranne zwierzę w ostatniej furii złapało samolot w pysk i rzuciło go o mur. W eksplozji zginął potwór, ale betonowa fortyfikacja rozpadła się na kawałki. Ostatni żywy Rożgniatacz zaszarżował i wbił się do środka obozu, gdzie powstrzymał go dopiero strzał z działa samobieżnego Baneblade’a. Burszuje zapakowali się na pojazdy i wraz z Urgszakiem objechali bazę Inkwizytorki. Kilkudziesięciu super Orków dostało się do wnętrza bazy…
Tymczasem Tohran wyczuł co się święci i wraz ze swoimi towarzyszami ruszył w stronę wyrwy. Gdy ostatni Rożgniatacz padł martwy, Eldarzy już podchodzili do Wrót Ultanasha.
- Świetnie, mamy jeszcze szanse! – krzyknęła Adissa, gdy zobaczyła, że Irrida jeszcze nie weszła do katakumb
Ludzie właśnie odsunęli się od wrót. Jeden z saperów odpalił ładunki. Gdy gruzy i pył opadły, Inkwizytorka zostawiła swych najlepszych ludzi do ochrony wejścia, a sama wraz z kilkoma Szarymi Rycerzami ruszyła w głąb grobowca. Varyan używał w walce swych dwóch katapult szurikenowych, przygwoździł szturmowców ogniem wraz z Lothrenem. Nal’Foc zrezygnował ze swojej rusznicy, nie byłaby przydatna w podziemiach. Zaatakował ludzi mieczem energetycznym, na plecach trzymał karabin termiczny. Tohran uderzył na wroga mieczem i przestrzelił kilku salwą ze swej wyrzutni. Adissa zmiażdżyła grupkę wrogów atakiem psionicznym. Gdy ludzie padli Eldarzy szybko rzucili się za Inkwizytorką, w całej zawierusze nikt nie wyczuł, że byli obserwowani…
We wnętrzu ciemnych podziemi usłyszeli wybuch, po kilku minutach marszu w ciemnym, pustym korytarzu, usłyszeli go ponownie. Nagle zza zakrętu wyłoniła się niewielka sala, droga rozwidlała się w dwie strony, a naprzeciw korytarza wejściowego znajdowały się ufortyfikowane drzwi. Szarzy Rycerze ostrzeliwali je z wyrzutni rakiet, ale wejście nie chciało się otworzyć. Irrida, odkryła nadejście Eldarów.
- Ha! A więc znowu się spotykamy… Eldarze. Ta wiedza należy do Imperium, do MNIE!!! – krzyknęła niczym opętana
- Nie otworzycie tych wrót w ten sposób, tylko ja mogę to zrobić. – odrzekł Varyan spokojnie
Szarzy Rycerze przygotowali swoje halabardy i poświęcane boltery, a Eldarzy zajęli pozycje do ataku.
- W końcu się przebiję, ale wy zginiecie! – odrzekła kobieta, dając sygnał do ataku
Tohran widział tylko, jak pozostali Eldarzy zaczęli ostrzeliwać opancerzonych wojowników. Pod wpływem ciężkich pancerzy każdy ruch Szarych Rycerzy rozbrzmiewał echem po komnacie i powodował drżenie ziemi. Eldarzy zgrabnie uniknęli pocisków, a następnie odparli salwami szurikenów i rakiet Żniwiarzy. Tohran, zaatakował mieczem najbliższego kolosa. Nawet wzmocnione pole energetyczne nie mogłoby przebić pancerze, więc nie próbował cięć w zbroję. Uderzył mieczem w hełm, człowiek sparował cios rękawicą. Eldar z łatwością uniknął poziomego ciosu halabardą i pchnął mieczem między warstwy pancerza. Ostrze weszło w ciało, Tohran pchnął impulsem psychicznym Rycerza, aby łatwiej mu było go powalić i wyciągnął miecz. W tym czasie padło jeszcze dwóch ludzi, jedynie Lothren oberwał boltem, lecz jego grubsza zbroja uchroniła go przed ranami. Inkwizytorka umknęła w jeden z pobocznych tuneli wraz z trzema Justricarami uzbrojonymi w lżejsze miecze energetyczne i boltery szturmowe. Gdy pozostali bracia zakonni legli martwi, Eldarzy sprawdzili komnatę.
- Varyanie, przystępuj do otwarcia wewnętrznej pieczęci. Wszyscy cali? – spytał Nal’Foc
Eldarzy skinęli głowami, Varyan dotknął konsoli psychoaktywnej w potężnych wrotach. Po chwili runy pokrywające drzwi rozbłysły i wrota powoli rozwarły się. Eldarzy przygotowali broń i już mieli ruszyć w głąb wewnętrznych komnat, gdy Tohran rzekł:
- Mamy towarzystwo…
Eldarzy odwrócili się i w tym momencie do komnaty wkroczył Urgszak wraz z kilkunastoma wielkimi Burszujami.
- Chceta zrabować moje skarby? Waaagh!!! Na nich chłopaki! – krzyknął herszt
Orkowie zaszarżowali z rykiem. Kilku zostało rannych pod ostrzałem Tohrana, Varyana i Lothrena, dwóch nawet zginęło. Gdy doszło do zwarcia Tohran wybił się w powietrze i wskoczył na plecy jednego z burszujów zabijając go ciosem miecza, innych pobliskich Orków poraził psioniką. Nagle usłyszał wrzask psioniczny, to Varyan został wybity w powietrze, po trafieniu toporem dwuręcznym jednego z Orków. Pozostali Eldarzy naparli na zielonoskórych ze zdwojonymi siłami. Większość Burszujów zostało zabitych, gdy Urgszak zrozumiał, że nie ma szans. Wycofał się w drugi z pobocznych tuneli, wraz z mekaniakiem i konowałem, zostawiając Burszujów na śmierć. Gdy Eldarzy powalili kolosów, podbiegli do ciężko rannego Varyana.
- Adisso… wybacz, teraz… masz szansę zrobić coś wielkiego. Żegnajcie…
Gdy Varyan umarł, jego umysł przelał się do kamienia duszy na jego naszyjniku. Adissa w furii zmiażdżyła głowę niedobitego Orka kopnięciem wzmocnionym wybuchem psionicznym.
- Ruszajmy, trzymaj się… - rzekł Tohran podchodząc do dziewczyny
Eldarzy w ciszy ruszyli do wewnętrznego podziemia… Nal’Foc wziął ze sobą kamień Varyana, a Tohran zabrał jego broń. Po kilku godzinach marszu korytarzem, który opadał lekko w dół i był oświetlony lekko pobłyskującymi kryształami, Eldarzy dotarli do głównej krypty katakumb położonej kilkaset metrów pod ziemią. Widok zaparł im dech w piersiach, ściany i podłoga wielkiej na kilka kilometrów jaskini były wyryte w wielkiej bryle szmaragdowego kryształu. Wspaniałe rozbłyski świetlne odbijały się na podłodze wypolerowanej do błysku. Na naturalnie wyglądających ścianach lśniły kryształy energetyczne oświetlające kryptę i powodujące ten wspaniały efekt optyczny.
- To jest… piękne! – wymamrotała w zachwycie Adissa
- Tak, wiedziałem że główna krypta jest wydrążona w ogromnym meteorycie zbudowanym z kryształów kryptoidu, który spadł na planetę miliardy lat temu. Ale nawet w najśmielszych snach nie oczekiwałem, że jest tu aż tak wspaniale! – rzekł Nal’Foc
Nawet na Lothrenie to zjawisko zrobiło wrażenie. Strop komnaty wspierało kilkadziesiąt kryształowych kolumn. Wzdłuż ścian stały natomiast gabloty, wieszaki, kapsuły i mnóstwo innych elearskich sprzętów. Powietrze w sali było świeże i pachnące, kryptoid działa bowiem jak filtr, zamienia metan na tlen w wyniku powolnej reakcji chemicznej. Przez wieki powietrze to stało się idealnie czyste i zdrowe. Gdy Lothren spróbował podejść do gabloty zawierającej jakąś eksperymentalną broń z podłogi nagle wysunął się prostu słup zagradzając mu drogę. Po chwili z kolumny wysunęła się bateria działek laserowych. Otworzyły ogień do Eldara, który dostał kilkukrotnie, ale zdążył się schować za kolumną wspierającą strop. Nie wykrywając intruzów wieżyczka schowała się z powrotem do podłogi i idealnie zlała się z resztą gładkiej posadzki.
- Musimy uważać, system nie rozpoznaje w nas Eldarów. Kto wie co mogło się tu zdarzyć, musimy znaleźć sposób na przełamanie zabezpieczeń… - podsumował Nal’Foc
Ruszyli więc ostrożnie korytarzem wyznaczanym przez równo umieszczone kolumny nośne. Po chwili dotarli do okrągłego stołu. Stała na nim duża, owalna waza wypełniona po brzegi kryształami energetycznymi, lśniącymi mocnym, różowym światłem. Gdy Eldarzy podeszli, z podłogi wysunęły się cztery kryształowe siedzenia.
- Ciekawe, tutaj nie jesteśmy postrzegani jako intruzi… Musimy dotrzeć do konsoli sterowania i zobaczyć co się dzieje. – rzekł Tohran, pozostali przytaknęli
- Owszem, ale może najpierw odpocznijmy trochę, od kilkunastu godzin walczymy, maszerujemy albo biegamy po podziemiach i bazach ludzi. – marudził Lothren
- Mamy misję… - zaczął Tohran, lecz Nal’Foc przerwał mu:
- Lothren ma rację, zatrzymajmy się, zjedzmy coś. Musimy być w pełni sił, aby przedostać się przez wszystkie te pułapki i odkryć tajemnicę. Trochę tu jeszcze zabawimy…
Gdy tak siedzieli, rozmawiali i jedli czas płynął powoli. Ich ciała się regenerowały, stłuczenia i rany goiły się w szybkim, eldarskim tempie. Nagle Tohran przerwał im rozmowy:
- Cisza! Zdaje się, że coś słyszałem… - szepnął
Wszyscy wytężyli słuch, Adissa spróbowała wywołać wizję, lecz natychmiast jej umysł zablokowały bariery pilnujące gablot i sprzętu. W końcu usłyszeli jednak przymglone, odległe odgłosy rozmów.
- To Irrida i jej ludzie… musieli podążyć za nami otwartym przejściem! – rzekł Tohran
- Tak, a jeśli są tu oni, to Orkowie także znajdą drogę! – odrzekł Nal’Foc – Chyba nie czeka nas już ani chwila spokoju… Ruszajmy, musimy dotrzeć do centrum sterowania.
Eldarzy zebrali manatki i ruszyli dalej. Minęli jeszcze cztery takie stoły, za każdym razem wysunęły się cztery krzesła. W końcu ujrzeli ich cel – Upiorytowy, spłaszczony budynek, wraz z niewielką bramą osnowy, dawno nieaktywną. Wtem usłyszeli szczęk jakiegoś mechanizmu…
- O oł… - mruknął Lothren, gdy jego noga wcisnęła ukryty w podłodze przełącznik
- Przygotujcie się, coś się zbliża! – mruknął Nal’Foc
Nagle z podłogi wysunęły się cztery szerokie, wysokie na dwa i pół metra kolumny. Ich krawędzie rozsunęły się niczym drzwi windy, a w środku każdej stało kilkanaście humanoidalnych robotów, trzymających blastery laserowe i broń szurikenową gotowe do strzału. Eldarzy otoczeni, przygotowali broń…

Tajemnice Ultanasha


Gdy kilka dni temu Tighar dotarł do posterunku leśnego wraz z Nafayanem, natychmiast przygotowali się do opuszczenia bazy. Teraz, po ewakuacji, w kompleksie pozostał jedynie sam Egzarcha Tighar Ilion, oraz jego szóstka Cienistych Widm. Elitarnego aspektu wojowników Khaine’a specjalizującego się w szybkich miażdżących atakach dystansowych z ukrycia. Prorok Nafayan wraz z ocalałymi z posterunku górskiego, oraz miejscową załogą udali się przez Osnowę do Eyowa, najbliższej kolonii Eldarów. Tighar właśnie myślał o tym, co powinien uczynić, gdy nagle jeden z jego podwładnych zapukał o ścianę, aby zwrócić jego uwagę.
- Ilionie, krytycznie ważna wiadomość… od Arcyproroka Neo Liphii. – oznajmił podkreślając uroczyście nazwisko legendarnego Eldara
- Co? Natychmiast ruszam – odparł zaskoczony Tighar i pobiegł korytarzem do konsoli łączności
Na ekranie było widać ramiona i głowę Neo, który kilka lat temu w epickiej walce wygnał Slaanesha z powrotem do Spaczni. Miał poważną minę, na jego twarzy widać było resztkę znikającej blizny.
- Tu korweta flagowa Czarnej Marchii Ai’ Mann. Arcyprorok Neo Liphia, jaki jest status kolonii?
- Panie, tu Egzarcha Cienistych Widm, Tighar Ilion. W puszczach na północy bezpiecznie żyją wszyscy pozostali Eldarzy, w tej chwili toczy się wielka bitwa na Płaskowyżu Forgolt…
Gdy Tighar opowiedział Liphii o wszystkim co wiedział, twarz doświadczonego Eldara przybrała wyraz zaskoczenia.
- Wasza grupka dokonała wielkich czynów… Przybyliśmy tutaj ścigając niebezpiecznego wyrzutka, Pół Eldara – Pół Człowieka. Bardzo prawdopodobne, ze nasze cele są zbieżne. Ja i moja drużyna Fia ruszymy czym prędzej na Forgolt i wspomożemy Nal’Foca, Tohrana i ich drużynę. W wolnej chwili zajmiemy się zagrożeniem ze strony Orków i Imperium.
- Dziękuję panie, za pozwoleniem moja drużyna została, aby pomóc Tohranowi. Musimy tam iść, możemy skorzystać z waszych bram osnowy, nie mamy antygrawu pod ręką…
- Jeżeli to sprawa honoru, to oczywiście, przełączymy was do nadajnika teleportacyjnego, już został zrzucony u podnóża płaskowyżu. Powodzenia!
***
Tohran wyciągnął podwójne katapulty Varyana, wyrzucił się mocą psioniczną w górę i obrócił zasypując otaczających Eldarów przeciwników. Głowy maszyn zostały podniszczone falą szurikenów. Nie zrobiło to na nich jednak wrażenia. Otwarły ogień, Eldarzy natychmiast rozproszyli się i weszli pomiędzy roboty. Wtem, sztuczna inteligencja zaskoczyła ich i maszyny zaatakowały wręcz. Były bardzo potężne, cios odrzucił masywnego Lothrena do tyłu i powalił go na posadzkę. Nal’Foc wyciągnął miecz i porozcinał kilka maszyn na części. Te jednak, nawet bez nóg, czy części tułowia celowały do Eldarów i starały się strzelać. W końcu zdesperowana Adissa podniosła kupę termoplastowych części i zgniotła je w jednolitą kulę metalu.
- Nie chciałbym cię obrazić… - rzekł zdumiony Tohran
Po zniszczeniu robotów windy wsunęły się w posadzkę i zlały z resztą podłogi.
- Było ciężko, nie wiedziałem, że Eldarom udało się zbudować inteligentne maszyny… - powiedział Nal’Foc – Przeczuwam, że zaskoczy nas coś jeszcze.
Gdy ruszyli dalej, byli mniej więcej w połowie wielkiej krypty. Otaczała ich pusta przestrzeń, na środku tej części jaskini stała olbrzymia, gruba kolumna, koloru idealnie błękitnego. Gdy podeszli bliżej, podłoga zadrżała.
- Przygotujcie się… - krzyknął Tohran, Eldarzy chwycili broń
Nagle część sufitu obok kolumny zjechała na dół zawieszona na grawitacyjnym haku. Na tego typu windzie zjechało na dół kilkoro… ludzi.
- Ah… eldarskie skarby, będą zniszczone! A gdzie jest Varyan? – krzyknęła Irrida
- Chyba jego kawołek siedzi jeszcze na moim młocie – krzyknął basowym głosem… Urgszak
Ludzi i Eldarzy spojrzeli w stronę z której dochodził głos. Po drugiej stronie kolumny na takiej samej windzie zjeżdżało pięciu Burszujów wraz z Hersztem.
- Był mój! Zginiesz za do dryblasie. A kiedy spalę ten skarbiec, już się postaram o Exterminatus na tych Eldarskich ścierwach i zielonych Xeno!
- Prędzej zginiemy niż do tego dopuścimy – krzyknął Tohran – Eldarzy, na nich!
Justicarzy Irridy, Burszuje Urgszaka i drużyna Eldarów starły się w miażdżącej walce na trzy fronty. Tohran uderzył na Szarego Rycerza zderzając miecz z jego grubszą klingą w snopie iskier. Człowiek spróbował użyć boltera szturmowego, Tohran zobaczył, że ręka uzbrojona w naczepiany bolter wycelowała w jego brzuch. Zareagował wybijając swe nogi w powietrze, w efektownym salcie, wolną ręką ostrzeliwując głowę Rycerza pociskami psionicznym. Częściowo ogłuszony człowiek, spróbował kolejnego ataku mieczem. Ciął poziomo w pół obrocie, Eldar uniknął ciosu i pchnął mieczem między warstwy metalu. Justicar opadł na jedno kolano. Tohran wykonał obrót i powalił kolosa, który wstrząsnął posadzką. Adissa w tym czasie powaliła falami psionicznym Burszuja i już zaatakowała Szarego Rycerza. Irrida starła się w walce wręcz z Burszujem, unikając jego topora i atakując zawzięcie swoim rapierem energetycznym. Urgszak powalił Lothrena uderzeniem pancernej łapy. Nal’Foc zabił dwóch Orków, lecz dostał boltem od ostatniego z Justicarów i padł na ziemię. Gdy Tohran przebił tors ostatniego Marine’a, a Irrida otarła krew ostatniego z Burszujów, Adissa krzyknęła:
- Ty! Zginiesz za to, co zrobiłaś Eldarom…
Eldarka rzuciła przeciwniczką o kolumnę, a Tohran uderzył łokciem Urgszaka w twarz. Inkwizytorka odparła w końcu nacisk Adissy i uderzyła ze zdwojoną siłą napierając z mocą tysięcy niutonów na przygniecioną dziewczynę. Herszt tymczasem nie mogąc dorwać szybkiego Tohrana, podstępnie kopnął go w piszczel. Eldar z krzykiem upadł na ziemię. Zamiana, co? – spytał psioniczne Tohran Dobra, bierz ją! – odparła Adissa, z trudem wstając. Wciąż odpierała atak kobiety, której nacisk jednak nieco osłabł. Tohran obrócił się na ziemi, wyciągając wyrzutnię i wystrzelił serię do Inkwizytorki, która zdekoncentrowana uwolniła Eldarkę. Jyotti natychmiast odciągnęła opadającą rękę Urgszaka, który zdezorientowany stracił równowagę i opadł na jedno kolano. Tohran przeskoczył nad Orkiem, odbijając się od jego grzbietu i spadł tnąc jednocześnie mieczem tuż obok Irridy. Adissa tymczasem uderzała raz po raz wielkiego Orka falami energii. Walczący jednak nie zauważyli, że wszędzie wokół z podłogi wychynęły dziesiątki wind wypełnionych robotami, a z drugiego końca głównej krypty dochodziły odgłosy jeszcze większej bitwy. Tohran całkowicie skupiony na walce z Irridą, wiedział że ona i Urgszak to najpotężniejsi przeciwnicy z jakimi miał do czynienia. Kobieta przewyższała go nawet pod względem mocy psioniczne, zwłaszcza że był znacznie osłabiony. Nie mogła się jednak równać z jego zdolnościami szermierki. W dodatku musiała odbijać salwy szurikenów. W końcu od wysiłku psionicznego z kącika jej ust wypłynęła kropla krwi. Tohran doszedł do wniosku, że czas na ostateczne uderzenie. Wyskoczył w górę i zrobił salto, Irrida sparowała cios. Doszło do ostrej wymiany pchnięć, ciosów i poziomych uderzeń. Adissa tymczasem coraz bardziej męczyła się odbijając raz po raz potężne ciosy ciężkiego młota. W końcu jednak zauważyła, że Urgszak zadaje ciosy coraz wolniej, młot ślizgał mu się w łapskach. Pojedynek miał się ku końcowi. W tym samym momencie ocknął się Lothren, widząc walkę Adissy i Tohrana stanął po ich prawej stronie i zasypał nadciągające roboty gradem rakiet Żniwiarzy. Nal’Foc również doszedł do siebie i siekał mieczem maszyny nadciągające z lewej strony walczących. Tohran poślizgnął się na krwi jednego z Szarych Rycerzy, Inkwizytorka chcąc to wykorzystać cięła z dołu w górę chcąc dotkliwie zranić Eldara. Zapomniała jednak o jego szybkości, Tohran bowiem zachował równowagę, sparował jej cios i wystrzelił kilkadziesiąt szurikenów bezpośrednio w jej brzuch. Irrida nie była w stanie się przed nimi ochronić. Padła upuszczając miecz na kolana. Eldar dobił ją cięciem z obrotu i padł wyczerpany na posadzkę wśród ludzkich trupów, w kałuży krwi. Adissa zebrała resztki swych sił i pociągnęła młot Orka w swoją stronę. Zaskoczony Ork wypuścił broń, która uderzyła w jednego z robotów niszcząc go na miejscu, Urgszak rozpędził się i w desperackim ataku zaszarżował na Adissę. Eldarka wyciągnęła zaklęte ostrze i wystrzeliła się uderzając z ogromną mocą w klatkę piersiową kolosa. Herszt padł na podłogę, a Eldarka ze wstrętem zabiła go pchnięciem w serce. Całkowicie wyczerpana pogrążyła się w medytacji chcąc zebrać resztki sił i zmobilizować organizm do ostatecznego wysiłku. Nal’Foc został kilkukrotnie trafiony eldarskim laserem, wielokrotnie potężniejszym od tych gwardyjskich. Lothren również był ranny, lecz obaj nadal niszczyli nadchodzące bez przerwy roboty. Maszyny jednak ciągle spychały ich do ledwo żywych Adissy i Tohrana. W końcu wszyscy czworo zbili się razem i pogrążyli w walce o życie. Lothren nagle dostał laserowym pociskiem w głowę. Powoli, z czcią odłożył swój karabin, upadł na kolana. Padł martwy na podłogę, a kamień duszy w jego naszyjniku nabrał rubinowego koloru zbierając duszę dzielnego Eldara.
- Nieee! To się nie może tak skończyć, Lothren! Nal’Foc!!! – krzyknęła Adissa
Łowca został bowiem trafiony tyle razy, że jego zbroja już zmieniła kolor, w końcu jeden z robotów walnął go z wielką siłą w pierś. Eldar padł na ziemię śmiertelnie ranny. Adissa z ledwością odepchnęła dwie maszyny na pół metra, Tohran ledwo utrzymywał miecz w ręku. Nagle jednak maszyny przerwały ostrzał. Eldarzy rozejrzeli się. Nagle kilkadziesiąt automatów wzleciało w powietrze i uderzyło w wielką kolumnę z ogromną mocą, roztrzaskując się na kawałki. Neo Liphia rozrzucał i niszczył dziesiątki robotów siłą umysłu. Majestatyczny Duriel rozcinał maszyny na części swym olbrzymim ostrzem. Milithion wystrzeliwał impulsy kinetyczne niszczące całe szeregi robotów. Fuegan topił metalowe maszyny do białości, widząc tak potężne wsparcie Adissa i Tohran również ruszyli do walki. Po kilku chwilach wszystkie roboty zostały unicestwione…
- Nal’Foc! – Tohran podbiegł do krztuszącego się łowcy, obok przyklęknął też Neo
Adissa podeszła do ciała Lothrena i odpięła od jego naszyjnika kamień duszy.
- Tohranie… to była niesamowita podróż… jestem rad, że mogłem Ci w niej towarzyszyć. Teraz udam się na spoczynek… - z trudem przemówił Nal’Foc
- Przyjacielu, dołączysz do kręgu nieskończoności. Na Czarnej Bibliotece, jako jeden z naszych bohaterów. – powiedział Neo
- To zaszczyt... – wymamrotał w swoim ostatnim tchnieniu Nal’Foc
Gdy jego kamień duszy zalśnił granatową łuną, Arcyprorok odpiął od naszyjnika błyszczący klejnot i założył go na swój napierśnik.
- Po wszystkim dostarczymy kamień duszy Lothrena do Velmorien. Teraz ruszajmy. – powiedział Neo
- To zaszczyt móc współpracować z drużyną Fia Czarnej Marchii… - rzekł Tohran
- Tohranie, dokonałeś rzeczy niemożliwych, teraz ty również zasługujesz na miano herosa. – odparł Neo
Liphia chwycił za ręce Adissę i Tohrana, jego oczy zabłysły jasną łuną. Młodsi Eldarzy poczuli jak fala kojącej energii leczy ich rany i wzmacnia ich własne siły.
- Tyle mogę dla was zrobić, ruszajmy. – zakończył Arcyprorok
Gdy dotarli do końca komnaty stanęli przed wielkimi wrotami. Duriel naparł na nie z całą swoją siłą. Gdy jedno ze skrzydeł się zawaliło, Eldarzy weszli do środka.
- Fueganie, Milithionie i Durielu, zostańcie tutaj na wypadek, gdyby jakieś zabłąkane oddziały ludzi, Orków czy tych robotów chciały nas zaatakować. – rzekł Neo, po czym wraz z Adissą i Tohranem ruszył do pomieszczenia kontrolnego. Panowała tam niemal całkowita ciemność, Liphia ubrał hełm, Tohran nasunął opaskę optyczną na oczy, a Adissa założyła maskę banshee. W centrum stały dziesiątki ekranów interaktywnych ułożonych w równy półokrąg. Na środku komnaty, stał wysoki obrotowy fotel, po lewej i prawej znajdowały się dwie komory, lecz z powodu słabego oświetlenia nie było wiadomo co jest w nich przetrzymywane. Gdy trójka Eldarów podeszła bliżej, fotel się odwrócił. Siedział w nim dziwnie wyglądający osobnik, ubrany w zbroję przypominającą te używane przez Mrocznych Eldarów. Na jednej ręce miał zamontowane jakiegoś typu działko, w drugiej ręce trzymał masywny, zakrzywiony miecz pobłyskujący energią. Na twarzy miał założoną maskę do oddychania i jednostronne, czerwone wizjery na opasce. Był łysy, jego uszy były dziwne, ani nie szpiczaste, ani nie okrągłe.
- Oglądałem wasze postępy. Udałem się tutaj, ponieważ wiedziałem że jestem ścigany. Sprowadziłem na tą planetę Inkwizycję, aby umożliwić sobie dostęp do tych skarbów… – półeldar przerwał na chwilę, gładząc dłonią swoje ostrze – Nazywam się Viram. Skarby Ultanasha należą do mnie, a dzięki armii androidów stworzę nową potęgę… Na waszych trupach.
- Odsuńcie się, jest bardzo groźny, zajmę się nim sam. – rzekł Neo do młodszych Eldarów
Viram wstał i wystrzelił zostawiający za sobą energetyczną łunę pocisk z działka, Liphia odbił go na jeden z ekranów. Eldar zaatakował zaklętą włócznią, wzmacniając cios psioniką. Tohran wiedział że coś jest nie tak, Viram był zbyt pewny siebie. Mimo, że walczył z prawdopodobnie najpotężniejszym żyjącym psionikiem w galaktyce, nie czuł strachu. W istocie półeldar nie czuł niepewności, sparował potężny cios z łatwością, a jego ostrze zostawiło dość znaczną szczerbę we włóczni Neo Liphii. Viram wykonał obrót i ciął poziomo mieczem. Na szacie Neo pojawiła się czerwona kreska, a następnie na czarną zbroję spłynęła strużka krwi. Eldar krzyknął i chwycił się za ranę. Viram zaatakował z góry, lecz coś zatrzymało jego uderzenie, Adissa odważnie weszła między niego, a Neo. Odrzuciła mrocznego przeciwnika z powrotem na fotel i uderzyła pociskami psioniki. Viram rozwścieczony powalił dziewczynę strzałem z działa, który ledwo co zatrzymała. Wtedy zainterweniował Tohran ostrzeliwując broń Virama, która zaiskrzyła nieco. Zakrzywiony miecz już leciał w stronę głowy chłopaka, lecz zdołał sparować cios swoim mieczem. Zza drzwi dochodziły dogłosy walki, w istocie ktoś chciał zaatakować Eldarów i pozostała część drużyny Fia toczyła ciężką walkę. Gdy Viram mocował się z Tohranem, Neo zaatakował włócznią z tak wielką mocą, że część naplecznika odpadła, półeldar krzyknął złowieszczo i wytworzył falę uderzeniową z generatora kinetycznego na rękawicy. Trójka Eldarów upadła na kolana, najszybciej wstała Adissa uderzając piorunem w Virama. Nie zrobiło to na nim jednak wrażenia i szybko wystrzelił kilka miażdżących pocisków. Adissa skierowała je w podłogę, ale i tak została ranna, z powodu wybuchów. Tohran trzasnął Virama w opancerzoną rękę. Jego działo naręczne już straciło swój początkowy wygląd, a z rdzenia zaczął wydobywać się czarny gaz. Eldar został zaatakowany mieczem, sparował cios o centymetr za blisko i część ostrza wbiła mu się w rękę. W tym czasie Neo naparł najsilniej jak mógł na działko Virama, aby w końcu się go pozbyć. Niewielki wybuch podpalił rękę półeldara, który maniakalnie się wydzierając zaatakował mieczem całą trójkę, Eldarzy uderzyli w ścianę, aż zabrakło im tchu. Ich przeciwnik widząc siłę Eldarów tymczasem wycofał się z centrum dowodzenia. Gdy Tohran doszedł do siebie wszędzie wokół nastała cisza, do komnaty sterowniczej wszedł Milithion.
- Odparliśmy napór robotów i Orków, którzy chcieli się schronić w podziemiu. Czy dorwaliście tego półeldara? – spytał wielki łowca wchodząc
- Niestety, zdołał uciec. Jest ranny, ale te katakumby są olbrzymie może się zaszyć gdziekolwiek. Z pewnością już nie będzie go na Etyrii, gdy wszystko tu uprzątniemy i przystąpimy do bitewnej medytacji – odparł Neo
Tohran poszperał przy konsoli. Przeglądnął wszystkie mapy, włączył oświetlenie i wyłączył zabezpieczenia.
- Ten kompleks jest ogromny! – rzekł ze zdumieniem chłopak
Wtem usłyszeli kroki, do komnaty wszedł Tighar, oraz sześć rannych Cienistych Widm.
- Chyba ktoś wam uciekł… - rzekł głośnio Egzarcha, po czym rzucił na podłogę komnaty związanego, bezbronnego Virama – Ciężko z nim było, ale widocznie był osłabiony i w końcu go złapaliśmy.
- Tigharze, zachwycasz mnie. Otrzymasz kontrolę nad tą nową w pełni Eldarską planetą kolonialną, oraz zabezpieczysz te katakumby. – rzekł Neo – Przedstawię Ci szczegóły…
Gdy Arcyprorok wraz z Tigharem wyszedł, a Milithion i Fuegan zajęli się ranami Widm, Adissa została sama z Tohranem.
- Ciężko było… Ale się udało – rzekła dziewczyna
- Tak, cieszę się, że mam ciebie w drużynie. – odparł Tohran z uśmiechem – zobaczmy co kryje się w tych komorach.
Dwójka Eldarów otwarła pierwszą kapsułę, ich oczom ukazała się bezkreśnie czarna szara z potężnymi, potrójnymi wzmacniaczami psionicznym i wielkimi kryształami psychoaktywnymi, do przechowywania energii. Obok niej było powieszone też idealne, potężne i lśniące zaklęte ostrze.
- Ha! To chyba coś dla ciebie. – rzekł Tohran
- Tylko nie podglądaj. – odparła Adissa z zadziornym uśmiechem
Tohran odwrócił się, a gdy Jyotti dała mu sygnał okazało się, że szata leży na niej idealnie.
- Aż czuję się potężna! To jest znakomite… - rzekła – Zobaczmy co jest tutaj.
Podeszli do drugiej komory. Tohran otworzył ją. W środku był umieszczony potężny czarno-czerwony egzoszkielet, wyposażony w potrójnego przędzarza śmierci, dwie pary odnóży cybernetycznych zdolnych przebić pancerz czołgu. Tohran ściągnął elementy zbroi i wszedł do komory w upiorytowej tunice. Egzoszkielet rozwarł się automatycznie, Tohran wszedł do niego. Zbroja zamknęła się, Tohran zyskał dostęp do wszystkich podzespołów. Rdzenia teleportacyjnego, cybernetycznych ramion i potężnej sieci z karabinu.
- Widzę, że ty też coś znalazłeś. – rzekła Adissa zdumiona
- To jest potęga! Będę najpotężniejszym wojownikiem Eldarów! – krzyknął Tohran
W tym momencie do komnaty powrócił Neo.
- Ach tak, widzę że znaleźliście wasze przeznaczenie. Z tego co mi wiadomo, Ultanash przewidział, że zostaniecie jego czempionami i stworzył ten ekwipunek dla was. Proponuję wam dołączyć do Czarnej Marchii i egzekwować prawo Eldarów w całej galaktyce!
- To… zaszczyt – odparli młodsi Eldarzy
- Najpierw musimy jednak udać się do Velmorien i Nedindalu. Potem, nic nas tu już nei będzie trzymać. – rzekł Tohran
- Niechaj tak się stanie – zakończył Neo
Tak oto zakończyła się pierwsza przygoda Tohrana i Adissy… Od nich bowiem będą zależeć losy całej rasy Eldarskiej…
_________________
The enemies of the Eldar shall fear my wrath...
 
 
Aspect 
Moderator
Khaine's Wrath



Wiek: 21
Dołączył: 03 Sty 2011
Posty: 1422
Skąd: The Grim Horizon
Wysłany: 2012-06-13, 17:51   

Nudziło mi się, więc sobie pomyślałem, że to przeczytam. Jak zobaczyłem ile tego napieprzyłem to sobie dałem spokój xD
_________________
The enemies of the Eldar shall fear my wrath...
 
 
Retrion 
Masakrator


Wiek: 24
Dołączył: 29 Gru 2010
Posty: 455
Wysłany: 2012-06-14, 21:09   

No mało tego nie jest.
_________________
"For the Emperor and Sanguinius! Death! DEATH!"
 
 
Heian 
Administrator
Imperator



Wiek: 23
Dołączył: 29 Gru 2010
Posty: 1175
Wysłany: 2012-06-23, 18:38   

Muszę się zgodzić, ale nie dochodzi do mojego ;");-)
_________________
"Ja jestem Sa'kage, pan cieni. Zagarniam cienie, których Cień nie sięga. Jestem zbrojnym ramieniem zbawiania. Jestem Nocnym Wędrowcem. Jestem Szalami Sprawiedliwości. Jestem Tym, Których Strzeże Niewidocznego. Jestem Zabójcą-Cieniem. Jestem Bezimienny. Zbrukani nie pozostaną bez kary. Moja droga jest trudna, ale niezłomnie jej służę. W hańbie i honorze, we wstydzie i godności. W ciemności i w świetle. Będę zaprowadzał sprawiedliwość i miłował łaskę." – Durzo Blint, Anioł Nocy

Mój osobisty blog z opowiadaniami.
 
 
 
Wyświetl posty z ostatnich:   
Odpowiedz do tematu
Nie możesz pisać nowych tematów
Nie możesz odpowiadać w tematach
Nie możesz zmieniać swoich postów
Nie możesz usuwać swoich postów
Nie możesz głosować w ankietach
Nie możesz załączać plików na tym forum
Możesz ściągać załączniki na tym forum
Dodaj temat do Ulubionych
Wersja do druku

Skocz do:  

Powered by phpBB modified by Przemo © 2003 phpBB Group


Style created by Kula & Gozda
Strona wygenerowana w 0,62 sekundy. Zapytań do SQL: 9